{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Agnieszka Marek

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 


Rozjazdy, mijanki


Zrobiło się trudno.
Noce nie radzą sobie z czasem,
minuty pełzną. Prędkość łzy - od kącika powieki
po łagodność podbródka -  zdaje się być kosmiczna.
Pamiętasz, ten zegar kupowaliśmy razem – był upał,

trafna decyzja, leniwy powrót do domu. Teraz już tylko
trwa odmierzanie, więc dlaczego nie wierzę, że coś mija?
Wciąż jeszcze nie znasz trasy – z punktu A do B
(i tu właściwie mogłabym wymienić nazwy naszych miast,

ale zabrzmiałyby zbyt natrętnie). A przecież wszystko się zmienia –
krajobraz za oknem, zapach powietrza w przedziale, myślenie.
Im bliżej, tym mocniej pulsują

tory.


 

True colors                                                                                 

A może oswoimy ten kolor paznokci
u stóp moich, co zawiódł, wcale nie zachwycił,
nachalnie landrynkowy i okrutnie trendy,
udający optymizm, który mieć powinnam.

A przecież jestem całkiem jego przeciwieństwem
i mógłbyś mnie powlekać zwykłą, czarną farbą .
(Taki półmat jak w mroku mają twoje oczy,
gdy wpatrujesz się we mnie, poszukując prawdy).

A ja jestem daleka od tych dwóch kolorów,
co dotykają nudą, pachną jak rutyna
i choć tamta jaskrawość już mnie nie przekona,
jeszcze mogę uwierzyć, że w duszy masz światło.

A może nawet przyjdziesz i pokażesz z bliska
twoje rany i barwy, i pozwolisz dotknąć,
żebym sama poczuła, jakie w tobie słońce,
i może uwierzyła w sens lustrzanych odbić.

 

 

Art of dreaming                                                                  

 

Zasypianie obok ciebie staje się sztuką, marzeniem w fazie

realizacji. Wszystko dziwi – dopasowanie dłoni do szorstkiego

od zarostu policzka, zderzenie kolan pod zbyt ciepłą kołdrą.

 

Tuż przed zamknięciem oczu szukasz we mnie łagodnych

załamań, muru, który skruszysz w znany sobie sposób. Pośladki

pasujące do twojego podbrzusza to jedynie początek. Później

jest rozchylanie wciąż chętnych ud, wyścig po lepkie owoce tego lata.

 

Niepokoić może jedynie wzrok, którym zahaczasz o zegar.

Nigdy nie mam pewności, czy chciałbyś zatrzymać czas, czy też

łagodnie przyspieszyć przemijanie. A może właśnie uchwycić –

krople soku w kącikach ust, zrywanie dojrzałych kiści.

 

 

 

Przesłuchania

 

Najczęściej śnią się jeziora, jak wersy (blisko siebie, nocą).

Chcesz czytać pomiędzy, bo właśnie to potrafisz najlepiej.

Okazuje się, że wilgoć to nie tylko woda, a odbite światło

księżyca już dawno przestało być romantyczne.Coś jednak lśni.

 

Otwierasz oczy i pamięć, odnajdujesz. Gładkie wnętrza ud,

niczym piaszczyste brzegi, później ścieżki prowadzące do

wewnątrz. Musisz przegrać z uchyleniem powiek, o ile

marzy ci się dotarcie do dna. Rejestrujesz. Zapach mchu,

 

bo las blisko, jak zwykle. Krople słonej rosy. I odwieczne

wahanie – czy bezpieczniejszy będzie ląd. Ryzyko mieści się

w zaczerpnięciu głębokiego oddechu, wstrzymaniu. W ustach

przeciętych zaskakująco ostrą trzciną. Najczęściej śnią się

 

odwołane loty. Niby bez związku. Pytania o nieobecność chmur.

Brak wzbijania, wrośnięcie w ziemię.

 



Bez kontraktu (I)                                                                                  

 

Coś nas łączy. Przestrzeń, twoje tafle wody.

Szczyty po drugiej stronie mapy. Sformułowanie

miasta partnerskie zaczyna brzmieć inaczej,

gdy wymawiasz je mocno wpięty we mnie.

 

Wszystko pasuje – nie nagle i nie gwałtownie.

Inne ratusze, lecz identyczne schody na rynkach.

Mosty i zamki. Otwierasz, za każdym razem

z zachwytem, ale coraz pewniej.Czasami jeszcze

 

zaskakuje cię śmiałość – nagła ochota na czekoladę,

szeroko otwarte uda. Wreszcie możesz zapomnieć

o stukocie kół. Zaczerpnąć.

 



Bez kontraktu (II)                                                                                    

Widzisz te dwie rybitwy?
Gdy związać je ze sobą, nigdzie nie polecą.

/W. Roszkowski, Czarny ptak, biały ptak/

 

Niezaobrączkowani, wzbijamy się w górę. Pomyśl:
lato nie przyniesie bladych pasków na serdecznych
palcach, odcisków. Nikt nie będzie rozpaczał. Na pewno
poczekasz cierpliwie na nieopalone miejsca: te na plecach

i inne trójkąty, może półkola. Ja odkryję sól wokół sutków,
piach nie tylko pod powiekami (nieprzespane noce wejdą
w nawyk, głęboko w nas, po brzegi). Nie pokazuj mi kościołów
ani żyłkowanych kafelek na podłogach pewnego rodzaju

urzędów. Zaskakuj i bierz – co twoje, moje, nieuchwytne.

 

 

Przypływy (wymykanie)                                                                        

 

Ławka pokryta rosą. Hałas gwiazd i świerszczy.

Tamten sierpień. To miały być spacery – dzieci wierzyły,

że znikniemy gdzieś za zakrętem. Zamiast bursztynów

wolałeś szukać mnie – gdzieś pomiędzy świeżo zbrązowiałą

 

szyją i zwyczajnie już przyspieszonym oddechem. Namiastki

morza były wszędzie – chłód kafelek pod plecami imitował

zmiennocieplność Bałtyku, a palce wplątane w moje włosy

myślały o sieciach. W końcu łowiłeś – ten krzyk, to półotwarcie

 

ust. I byłeś falą. Ja brzegiem. Może na odwrót.

 

Agnieszka Marek –  bielszczanka, urodzona w 1977 r.  Ukończyła filologię polską
na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowo bibliotekoznawstwo. Pracuje jako nauczycielka języka polskiego i wiedzy o kulturze. Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich.


Publikacje:czasopisma literackie „Migotania”,  „Bliza”, „Tygiel”;  portale poetyckie: Pisarze.pl, Salon Literacki, Latarnia Morska;  tomiki i almanachy pokonkursowe.


Debiutancka książka poetycka „Wypuść mnie, wypuść” ukazała się w 2013 r. Była to główna nagroda w konkursie im. J. Różewicza w Radomsku.


Prywatnie – mama Michała, wielbicielka gór, Warmii i Mazur oraz dobrej literatury, muzyki i fotografowania. 


Pin It