{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Jan Stanisław Kiczor

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 


 

Zaduszki – 2014 r.

 

 

Spóźnieni

 

 

„…A być umarłym to trud i doganianie straty,

aby odczuć powoli cząstkę wieczności…”

 

/R.M.Rilke - elegie/

 

 

Umówione spotkanie nie doszło do skutku

z przyczyn  nieodgadnionych, choć bardzo możliwe,

że niósł nas pęd wydarzeń w taki gąszcz spraw błahych

które światła zielone paliły przed nami,

tyle, że na sąsiednich nieznanych ulicach.

 

Teraz idę do ciebie spokojny, że zdążę,

ja przed bramą, ty za nią, lecz w sumie dość blisko,

bukietami chryzantem przystroję czerń ziemi,

a gdy lampka ku niebu rozkołysze płomień,

spokojnie pogadamy szelestnym milczeniem.

 

 

 

 

Między niebem a nami

 

Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot

Że w obczyźnie cmentarza czują się – bezdomnie…

/B. Leśmian/

 

Często na nas (w różnej porze),  z zapomnienia patrzą twarze

(kłamstwem jest, że tylko błądzą – między nawą a cmentarzem).

 

Zaglądają w naszą pamięć, wspomnień naszych chcą być cieniem,

Chociaż własne mają zmierzchy i w istnieniu – nieistnienie.

 

Oczekują naszych spojrzeń, w mrok westchnienia krótką chwilę,

Za czas, który przez nie przeszedł - marzy im się ten przywilej.

 

Zabłąkani w wiekuistość, w  labiryntów mroczną trwałość,

Zostawili coś na ziemi  i chcą wiedzieć, co przetrwało.

 

Odwzajemnij im spojrzenie, gestem obdarz, dobrym słowem,

Niech w  bezkresach własnej drogi znajdą pola jagodowe.

 

Niechaj się wygodnie moszczą w chmurnym puchu, w gwiazd zadumie 

Może napotkają Boga. On ich wezwał, więc zrozumie.

 

 

 

Sen, jeszcze nie ostateczny

 

Była noc dookoła, lecz też była noc we mnie

I uciekła precz dusza tam gdzie było najciemniej.

I nie chciała powrócić w wątłą ciała posturę

Biegłem za nią, szukając na cmentarny pagórek.

 

Jakaś jasność się błąka w chwastach i oczeretach

Myślę – dusza to moja. Patrzę – dusza, lecz nie ta.

Coś się gmatwa w ciemności, coś mnie zwodzi i myli

Nad płomieniem znad lampki ktoś dwie dłonie pochylił.

 

Zagrzał drobne kosteczki, od nadgarstków po kciuka

A świetlejąc pieśń własną po cichutku wydukał.

Mgłą się omglił, przedreptał pośród liści zmurszałych,

I w dalszą nieistotność wśliznął do swej pieczary.

 

Było pusto i cicho i bezludnie wśród ludzi,

Byłem duchem… gdzie dusza?... ktoś mnie jednak obudził.

 

 

 

 

Miejsce

 

„…Nie trzeba cmentarza. Ból po stracie jest największy

w miejscu, gdzie wspomnienia najsilniej się odzywają…”

/autor nieznany/

 

Dąb starzeje się wolniej  niż my wszyscy razem

I wie też dużo więcej, niż my sami wiemy,

Więc czemuż nie mam przed nim, jakby przed ołtarzem,

Tych lampek zapalonych ustawić na ziemi?

 

Nie cmentarne to miejsce, ale miejsce wspomnień

Zabaw w cieniu konarów, spotkań i wygłupów;

Lecz czas się zechciał o tę beztroskę upomnieć

Rozeszło się gdzieś bractwo w świat żądz, strat i łupu.

 

Samotny pozostałem, z tą gorzką niewiedzą,

Gdzie ich groby, jak trafić, gdym sam już nad grobem

I jedynie w tym miejscu, na ławeczce siedząc

Widzę wszystkich, śmiech widzę i liści cynober.

 

Dziś, kolejno, im wszystkim – lampki palił będę

I wieczne spoczywanie – zmówię pod tym dębem.

 

 

 

Pamięć

 

Zajrzyj czasami w zaułki cmentarne

Gdzie tkwią zbutwiałe, wywrócone krzyże

Gdzie nie migocze płomyk lampki marnej

I kwiat nie wyrósł z uschniętych łodyżek.

 

                              Pamięć się całkiem zagubiła w świecie,

Umarli bardziej niżby sami chcieli,

Nikt ich, choć sztucznym, nie obdarza kwieciem

I żadne drzewo nie okrywa cieniem.

 

                              Zapewne brak im małego płomienia,

Westchnienia, które zechce w górę lecieć,

Więc by nie  trwali w wiecznych pobłądzeniach

Może choć fragment drogi im oświecić.

 

Jeżeli czasem, to co ja – poczułeś;

Zajdź, choć na chwilę, w cmentarny zaułek.

 

 

 

Razem - reguiem

Zimno, szorstko, nijako...
Lecz jak pięknie nam było;
Biegliśmy całą paką,
Śpiew, gitara i miłość.

Później coraz mniej warte
Były takie spotkania,
I ten odszedł i tamten,
Nie ma komu się kłaniać.

Wystygł popiół w ogniskach,
Ścieżki dawne szlag trafił,
Zapomniane nazwiska,
Sfrunął z łąk barwny pawik.

Teraz pakę zgromadzić,
Żeby razem się spotkać,
Można - trzeba połazić
I poszukać w nagrobkach.

 

 

 

Korespondencja

 

Kolejny już list wysłany do ciebie,

wraca z adnotacją: adresatka nieznana.

 

Dlaczego i komu - nieznana?

 

Istniejesz – wiem to.

Widuję cię w każdym swoim śnie,

w konstelacji gwiazdozbioru Panna,

 

dostrzegam strojność sukni,

bezradny uśmiech

i czuję zapach bzu

zwieszającego się nad ławkę,

na której czytałaś wiersze

z tomiku „Kubek tajemny” Brylla.

 

Odkładając co jakiś czas książkę

analizowałaś  przeczytane strofy

dzieląc się spostrzeżeniami

z  wiewiórką

czy ciekawską sroką.

 

Wieczorami, ta ławka

była biurem projektowym

                              naszego dalszego życia

w którym nie było miejsca

na bóle, lęki, frustracje.

 

Do poczty nie można mieć zaufania,

sprawdziłem:

Aleja VII,  kwatera XV, grób Nr 14

 

 

 

Kondukt

 

Nieśli znicze różnokolorowe,

                              taszczyli wieńce.

 

Nie przeczuwający

własnych przypadłości,

przyczajonych w nich samych.

 

Szli zagonieni (póki co) przez codzienność

(dyskretnie spoglądali na zegarki),

jak i ci dla których to może jedyna już atrakcja

od dłuższego czasu.

 

Szło z nimi usilnie skrywane zadowolenie,

że to jeszcze nie ich czas,

pełni złudnej wiary, że samo uczestnictwo,

od nich samych oddala

ostateczność.

 

Nikt nie śpiewał, któż się teraz uczy tekstów

na ostatnią drogę?

 

Było cicho, rzec można – dostojnie.

 

 

 

Nic nie straszy

 

Jeżeli nam się wydaje,

że niebo jest otwarte całą dobę,

jesteśmy w błędzie.

 

Jakbyśmy nie znali realiów

choćby z naszej codzienności.

 

A przecież Święty Piotr (jak każdy święty)

musi mieć trochę czasu dla siebie:

żeby odebrać z pralni świeże szaty,

przetrzeć aureolę, zagadać z Panem Bogiem,

czy przejrzeć najnowsze instrukcje.

 

Załóżmy zatem (chwilowo brak dokładniejszych danych),

że niebo jest czynne od godziny ósmej

do dwudziestej drugiej ichniego czasu.

 

Tutaj daje się zauważyć brak korelacji:

kostucha uwija się bez względu

na porę dnia czy nocy

z zawziętością godną lepszej sprawy.

 

I cóż mają robić owe szlachetne dusze,

Tak nie w porę wysłane do niebios?

 

Czasami wracają do nas, ciesząc się

każdą z nami chwilą.

 

A my, wystraszeni, zwiększamy

częstotliwość modłów, szukamy egzorcystów

i nie znając szczegółów

rozpowiadamy o nich

 

- zbłąkane dusze.

 

 

 

 

Patrząc z boku

 

Już ma spokój.

Wyzwolił się od świata, od nas,

wreszcie od samego siebie.

 

Leży z całym bagażem

własnej wielkości, małoduszności,

śmieszności, mądrości,

talentów niewykorzystanych

czy wykorzystanego do cna beztalencia.

 

Bałamutne stwierdzenia,

że nigdy nie zapomnimy,

że żal, że pustka

nic tu nie wnoszą,

ponad dobre samopoczucie

przemawiających.

 

Jego kolejne wcielenie (tak się umówmy),

ma to wszystko gdzieś,

rozpoczynając własną inność

w nieznanym nam wymiarze.

 

Pin It