{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Małgorzata Południak

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Droga

 

 

Irlandzkie poetki piszą o Belfaście i o końcu

końców. O wieczorze w Dublinie, królowej Magii,

dziewicach, dziwkach, Magdalenkach, ich dzieciach,

cieniach, które rozciągnęły się od północy na południe.

 

The Wild Atlantic Way i stajesz przede mną z plecakiem,

termosem z kawą. Popatrz w dół klifu. Obraz rozwija się,

przywierasz do skały, nasłuchujesz. Poetki patrzą w słońce,

nad brzegiem oceanu plotą o figlach z rybakami.

 

Wyobrażają sobie dni, kiedy głodne sączyły krople whiskey

o smaku pól torfowych. Znad urwisk okrzyki niosą się, zatrzymują.

Nie chodzi o ciebie, a o chłód muzealnych posadzek. Puste kurhany.

Odciśnięte kciuki na kamieniach, ich linie. Ołówek rozmaże się,

ślad po nim na zawsze pozostanie tajemnicą.

 

Zdolność naprawiania błędów wymowy, odwzorowywania

szablonów. Budzenia się w nocy, na wyspie, w środku wilgoci.

Mam tę samą czerwień na ustach, co Seamus Deane.

Kilka nowych książek, rzeczy, starszego mężczyznę. Dom

nad oceanem.

 

 

 

Spłonąć od spojrzeń

 

 

Prawdziwe historie smakują

truskawkami, chyba że zbliża się lipiec.

Ktoś jest do kogoś podobny, przed, czy po?

 

To jak przejście przez bramę Belfastu,

by spłonąć w protestanckiej dzielnicy.

Wyobraź sobie wagę chmur, liście herbaty

ukryte w ciele. Nie zawsze dym wskaże kierunek

buszowania wiatru.

 

Zostajemy w domu, pękają ściany,

mniej lub bardziej kruche. Tąpnięcia.

Po wszystkim, tłum przejdzie i pójdzie.

Przepłynie rzekę, muł osiądzie na twarzach.

Nie ma końca. Bo jak rozległy może być ból?

 

Spaliłam wiersz, za mocno pachniał tytoniem

z twoich książek.

 

 

 

 

Relacje

                                                       

                                                             Judycie

 

Trzęsie się ziemia, wtapia budynki, drzewa,

co zostanie zgarnie ocean. Ptaki będą wbijać dzioby

w skały. Znikną granice, nie będziemy się rozśmieszać

i bić. Czuję jak nadchodzi, twoja głowa jest wyżej,

ale nie dostrzegasz piękna, gramatyki, czasowników.

 

Przytrzymujesz mnie wszystkimi zmysłami, w ramach szaleństwa,

dyktujesz list do dzieci. Zmyślam do łez. Robię z ust rybkę,

potrafię też smoka, ale głupio wyglądam, więc przestaję.

Ani nie wierzę, ani nie odwołuję się do stron, których nie znam.

Miasto tańczy w culture night. Tylko koty nie tracą rozumu.

 

Śpią na rękach przechodniów. Mam wrażenie, że trwa walka.

Potykam się o coś wystającego. Wyszczerbione drzwi, pogięte balustrady,

dymiące kominy. Dodajesz mi otuchy, słońce przypiecze nas

na małym ogniu, lecz kiedyś zejdziemy z dachu. Przed pójściem spać,

zaakceptujesz regulamin aukcji, przestanę sobie łamać głowę rebusami.

 

 

 

 

 

O przechodzeniu

 

 

Wiersz dla Judyty nie był o Judycie. Ile mitów i prawd

musiałabym spisać, żeby obudziła się rano, parę dni,

kilka lat później. Pobłogosławiła dzieci,

żeby zboże z puszczonych kiełków rosło wyżej i wyżej.

Gulgotanie to rodzaj oczyszczenia, wypluwania z siebie

guzów, nocnych koszmarów, łańcuchów, w które się wplątała.

 

Nie, to nie było o Judycie. Ona wierzy w namaszczenie, a może

ja nie wierzę, dlatego pamiętam cały ten koncert życzeń babci.

Dlatego uważnie patrzę, próbuję się skupić na porcjach płynów,

diabeł drwi ze szczegółów. Albo przechadza się między nami

i burczy w brzuchach. Daje dyla, gdy tracimy pamięć i zaczynany

 

od nowa. Życie z przełożoną, mężem, kimś zaślubionym. Ile razy moczyłaś

stopy w occie i pocierałaś palcami czoło. I było tak, jakby ktoś gąbką

szorował ci mózg, wyrywał ciernie lub na oślep wbijał gwoździe.

Za twoje i moje, pij. Pij, może łatwiej zamordować strach.

 

Nagle okazuje się, że naokoło pachnie czarnym bzem.

Wolno się nie zgadzać, w końcu, zamiast ciebie Judyta stoi w kolejce.

Wstaje, śpiewa jutrznię i czeka. Godzinki ciągną za sobą ptaki,

nawołują ławice ryb. W łańcuch zdarzeń włączają się słowa

z Pisma Świętego.

 

Każdy święty umiera inaczej, później towarzyszy nam w barach,

urzędach. Za obrazami i za pamiątkowymi tablicami chowają tajemnice.

Wpatrują się w dal, milczą. Jest ich więcej i więcej,

a nad nimi "niebo gwiaździste"?

 

 

 

 

Bez ciebie jestem obca

 

to jak żyjemy,

lękliwie czy zuchwale,

zostanie naszym życiem - Seamus Heaney

 

Masz do mnie cierpliwość, jak ja do snów.

Od kilku dni leżymy, jestem twoim kwiatem,

cierpliwością, skłonna do poskramiania 

zwierząt domowych. Za murem ogrodów

narasta wymyślony przez nas świat.

 

Czuć wilgoć, pieczeń, maślaną fasolę.

Przyglądam się mężczyznom w mundurach. W kolorach liści,

wędrują tam i z powrotem, szurają po placu, jakby próbowali

ukryć trofea, porzucone listy, obietnice.

 

Najszybciej zapomina się o stworzeniach, które żyją

na wolności. Używamy słów, płyną,

malują postacie, każdego inaczej. Patrz, zarastają mchem,

może ich tam w ogóle nie było, może powinniśmy przeniknąć

czyjąś piosenkę? Biegamy po lesie, bo tak nam się podoba.

 

Nie spotkałam Seamusa Heaneya, więc kto będzie o mnie pamiętał,

kiedy przepłynę wpław Morze Irlandzkie. Lubię słuchać muzyki,

fotografuję miejsca, kamienie, kości. Szybuję tam

i tu, więc jestem. I kiedy widzę twoje ciało zatopione

we mnie, mam ochotę na głośną arię, herbatę z mlekiem.

Na słodkie.

 

 

 

Mullaghmore

 

Dla mnie, to miejsce jest czymś więcej niż snem,

w którym rozbieram się z ciemnych błękitów, w doskonałości

z wyrzeczeń przechodzę do żywego. Nad torfowiskiem

dostrajam sierpniowe good morning do materii.

Łagodnieje nad brwiami.  Roje robaków, polują jak dawniej.

 

Czy możemy tak trwać? W ich życiu przechadzać się, wahać.

Nasze ciała mogłoby leżeć pod drzewami.  Jednak wstajemy

i bez lęku dodajemy kolorytu pagórkom, toniemy w oceanie,

wypływamy, nabieramy ostrości. Ta sama siła, która zgina konary

w locie. Ścigani przez umysł, porywani przez nurt, nikt nas nie chce

 

w raju owadów. Tak się zestarzejmy, wchłaniając zapach,

fragmenty rond, kwartałów, mury ogrodów.

Nawet sprzedawca precli spokojnie wyrabia ciasto, a ty

brzęczysz nad uchem, rozpalasz siatkówkę w oku.

 

Aż w końcu spadnie deszcz. Wyłowią nas razem,

z żabami, wonnymi kwiatami, ze stawów. Nie zmarnowaliśmy

swojej szansy.

 

 

 

Wizje

 

                               Baśce

 

 

Sąsiedzi budzą mnie o czwartej

czterdzieści osiem. Poszło o ilość żon 

i kochanek. W kolejną bezsenną godzinę

chciałam być gotowa na przejście, moment.

Z twoich pudełek wyfrunęły ryby.

 

Poranne rozważania, czy chcę lecieć z nimi

do Dubaju, Antwerpii, czy Muszyny drażniły bardziej

niż deszcz słów. Chwilę po tym szukałam

schronienia pod drzewami. Wtedy owce przebiegały

pole. Niedzielny odpoczynek wlókł się na ostatnich nogach.

 

Niekiedy przystawałam, bo odezwał się fragment wiersza,

dźwięk muzyki. Nie wiedziałam, gdzie mam ukryć poćwiartowane

kawałki fraz. Sprawdź, czy wszyscy są.

I tak ich nie zapamiętam.

 

Nie mogę powiedzieć: moje życie jest nudne.

Analizuję drogę, żeby zrozumieć tych, co czekają.

Wydaje się, że kiedy jest stromo, łatwiej dobiec.

Wprost do oceanu.

 

 

 

 

 

Godziny pachną równowagą, chyba że wychodzimy na spacer

Malowanie
posuwa się, i ja się też posuwam, i dni
również - Frank O'Hara

 

 

Pojawił się jak znamię, ułożył pod włos. Owce leżą gdzie popadnie,

mam dla nich wiersz o sardynkach, czytam na głos.

Dlaczego nie jestem malarzem, chociaż na płótnie wszyscy

mają równe szanse. Dzieci śmieją się zjeżdżając z góry na deskach.

Kilkoro najszybciej. Pełno ich w tym roku.

 

Ślizgają się wzrokiem, po zielonych grzbietach. Chciałabym wiedzieć,

co mieszczą w środku, ile wełny przylega do ciała.

Raz jest za tłusto, innym za chudo. Mówisz ze smutkiem,

że nie chodzi o poetę, malarza, sardynki albo pomarańcze.

 

Jedynie o litery, które podbudowują człowieka. Ile wypija wody,

jak grubo kroi owoce, czy na miejsce odstawia gadżety.

Wraca do nich, gasi światło. Naśladuje dźwięki,

maluje kreski pod oczami. Linię brwi unosi o milimetr,

długo spogląda przed siebie.

 

Rozmawiamy o tym, jak wygląda tydzień w układzie gwiazd ,

ich blask nie kłamie, wiersz o sardynkach, malarzu i o wszystkim,

czego mu brak. Blada twarz, papierowe torby w rękach.

Fajnie, gdy ktoś przypomina sobie kim jestem, zapisuje zdania

w kalendarzu. Mój przyjaciel Giza maluje nosorożca. W ten dzień,

czaruję pogodę, proszę o intensywnie niebieskie niebo.

Małgorzata Południak - redaktorka "sZAFy", felietonistka "eleWatora". Autorka tomów poetyckich: Czekając na Malinę (2012) i Liczby nieparzyste (FORMA 2014) Blog autorski: http://wcieniuskrzydel.blogspot.ie/


Pin It