{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Patryk Nadolny

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 


Ewolucja


Szukałem lokum na noc, pokoju wyposażonego w wał albo gród łóżka
i dzwonek do drzwi, który jest wieżą strażniczą.
W tarczę zegara, na której czas się ani razu nie osłonił
rażony wskazówkami. Jestem pacyfistą
od czterech kątów, siedmiu boleści z widokiem.
Znalazłem. Miał kalendarz z obwódką na daty
zastępującą umbo, mieczyki w wazonie,
dach zamiast hełmu albo stary telewizor
stojący na kredensie niczym ścięta głowa.


Coś wypowiedziało wojnę karaluchom w kuchni,
a światło szykowało manewry nad ranem,
nad raną – wyjaśnioną nalotem kolorów.
Na ścianach były zdjęcia – wynajęły twarze,
na których cisza plecie samotność na gniazdo.
Wyszedłem, (dusza niczym pranie na balkonie
zwisała z mgły i nocnej pochyłości gruntu
gminnego miasta. Pokój jednak jako pierwszy
mógł wejść przesz szparę w oku, wprowadził się do mnie.


Buszował i przestawiał z boku na bok tarczę
słoneczną, którą chciałem zrzucić z mostka w rwący
ból w klatce, sny, podkładam uśmiechnięte miny.
Zawadza o framugę i sufit pod czaszką.
Zagadki nie pukają, nie ciągną za klamkę,
nie noszą drzwi ze sobą, tak, czaszka jest dachem.
Na gorącym widoku chciałbym złapać podróż
i pozamykać wszystkie oczy we wszechświecie,
podróże wyrastają z poletek na butach.


Czas - odciąć mieczykami w wazonie i jesień?
Więc od dłuższego czasu żyję w niepokoju,
bo pokój, który do mnie przychodzi na nocleg,
próbuje umeblować mnie nowym przeciągiem,
pociągiem do podróży poprzez wąwóz w gaciach,
wymienia kibel, stawia być, lub nie być jakby
lampkę wina - nie świeci, piwo, fiuta nocą,
w niezręcznej sytuacji, czoła jasnej czaszce -
wyrosła jako wzgórze na wieży rentgena.
Być, nie być głaszcze nagość szafy z ubraniami.


Przeglądam być, lub nie być zamiast rannej prasy
gradem pytań, od kropek, brzytwą spekulacji,
przeglądam w lustrze, lustra nie włożę na siebie,
odbicia, które puchnie od bicia szyb, kumpli
i nie jest do odbycia i picia w kieliszkach.
Więc zakładamy lustra na prawie lustrzanym
niemieckim, nie zaludniam pustyni odbicia.


Zdejmuję i zakładam reinkarnowane
ja w jaja, ego w lego, w piksele na zdjęciu
dowodu tożsamości – zdjąć, aby być gołym.
Obosieczne anteny odpierają fale
(znów emitują Donbas) i chociaż na siebie
nie biorę prochów przodków, odurzam się tylko
rozkładem jazdy, który wczoraj skserowałem
(punkt ksero, 10 minut drogi do cmentarza)
i zakopałem w stertach pożółkłych papierów.



Tapeta na matrycy z tropikalną wyspą


Pokazała na mapie punkt przecięcia równika z południkiem
Greenwich, mówiąc, że nie wyłowiła palcem pępka świata
z jasnoniebieskiej farby i zdjęła sukienkę
zwiniętą potem w łódkę. Pot płynął do portu,
lecz usb bez wolnej przystani, cumują
pornosy, są ściągane z gaciami przed szkwałem
hormonów, wypływają w burzą elektronów
bez żagli. Ląd i morze wymieniają fale
elektromagnetyczne, krążę wokół pępka
językiem (sterem ślina) i nikt nie zobaczył
czy na nim się przecina równik z południkiem
zerowym. Czy na brzuchu można nosić Londyn?


Bo mapa nie ma twarzy i się nie podnosi
jej poziom wód lub farby drukarskiej jak z krzesła
i nabieramy ziemię na sztuczki łopaty
i doły żartujące z pogrzebanych planów,
grzebania w cudzych rzeczy, psów w parkach, umyśle.
Dziewczyna założyła sukienkę, zwinęła
mapę w rulon. Ląd z morzem przekazują sobie
piętrzone pliki - sztuczny atol na pulpicie,
platformy do wiercenia się na krześle, kutry
poławiające łuski, płetwy dokumentów,
zatopionych z walizką mafijnych banknotów
widzianych w filmie, który oglądałem on-line.


Nie pisze w wikipedii, czy nie ma tsunami
z fal pochodzących z burzy, gwiazdy, wnętrza Ziemi,
polarnych zórz, nastawiam radiogalaktyki,
planuję lot na Svalbard, by świecić przykładem,
polarem z odblaskami poudawać zorzę.
Ponoć kiedyś, gdy żuło się gumę za kółkiem
wierzono (to legenda miejscowych rybaków),
że częściej się łapało w oponie, na stopa
samotne koleiny rozpędzone auta?


I trzeba było tylko wymienić lipcowe
przymrozki i Wikingów płynących na mgiełkach
oddechów - niczym deski, (gdzieś wcięło drakkary),
po odświeżeniu matryc piksele zmarszczkami.
Zaparzę Sagę w kubku, surfuję na falach
doniesień, elektrycznych (surfuję na linkach)
i któraś wyrzuciła mnie na brzeg witryny,
nie liczę, że na pewnej rozpalę ognisko.



Wielka księga gender


Nic nie translatujemy na alfabet Morse'a,
który wybrał kałuże jako odbiorniki.
Szczęśliwy traf: uderzyć niebem, bo wiadomo:
stół odezwie się kiedy nożyce zadzwonią
(odbiorę, co najwyższej długi). Zapal sobie światło,
skręć w lewo, bo tam łatwiej szukać dymu - kwitnie
przy bujnym handlu (prochy) na licznych gałęziach
przemysłu (lale, ale to nie zabawkarski,
kondomy, z tych zakładów wychodzi lubrykant,
Kant byłby oburzony, bo przecież kobieta
nie byłaby w nim, ale nad nim - jakaś gwiazda
emitująca program rozgrywkowy, światło
z kamerą w roli głównej i akcje na giełdzie,
tętnicy? (w barze tętni od mokrych wymoczków),
głos kilku-oktawowy i film mu się urwie:
odetną prąd, (nurt wódki nie wpada do morza
klozetu, spłuczka działa, wrzucam papierową
łódeczkę i wypłynie na otwarte morze),
nurt filozoficzny, w fiucie jest ujście, a pęcherz
to port czy jakaś delta, zamówię kebaba.
Dlatego karawaną jest ciało wypchane
zapachem perfum? Będzie długo penetrować
szlak nocnych latarń, ale nie znajdzie jedwabiu
zmęczony facet, który pracuje na stoczni.
Czas płynie czy czas w płynie? Może da się wybrać?
W grudniowego popołudnie miasto prowadzone
dogorywa jak cielę przed rzeźnią przymrozków.
Zaparkuj, na przeciwko jest jawna agencja,
szpiegują biznesmenów i tropią hormony
obciągających sobie nogawki lub wino
w hotelu, na spotkaniu w interesach, w dresach
materiał genetyczny porywają w nocy
za banknot z Władysławem Jagiełłą, pośmiertnie
sprzedaje się z efektem multiplikowania.


Rżnę głupa i rżą konie na którejś zabitej
dechami wsi, a strumyk poprowadzi śledztwo,
dowodzi, że gdzieś cisza jest narzędziem zbrodni
dokładnie wymierzonej na ciałach niebieskich
i w nie, tykanie (Sumer - na ruchu wskazówek?),
by na kalendarzach albo zegarach był wreszcie
najdłuższy korek, przyszłość to tylko karambol?
Ruch na zegarku będzie sparaliżowany,
nie znana tylko data, ani nawet eon,
co połknie samoloty i transport podmiejski.
Jest podejrzany tartak, który nie zabłądzi
w trzebieży, wyrąbując turystom błądzenie.
Rzuciłem strumykowi na świadka odbicie,
a lustro ciemnej wody mi się nie przyjrzało.


Neolit


Mówiono o tym miejscu, że ponoć neolit
nie rozbił jeszcze wszystkich namiotów i naczyń
(krwionośnych), siedzi w norze, bo wybrał las, w którym
chciał przezimować, jednak zaspał o tuziny
pokoleń, przespał Rzymian, bo nie miał budzika.
I którejś wiosny pismo się zazieleniło,
uwiło sobie gniazda z glinianych tabliczek,
by wysiadywać ciepłym piórem, trzciną - kliny
i odlatywało coraz rzadziej na południe.
A pismo położyło się nago na wszystkim
i nie wydaje żadnych owoców bez reszty
na piktogramach zamiast gałęzi, linijkach.


Mówiono jeszcze, rzeka przegląda się w lustrze
tysiące lat i płynie dopóki nie wpadnie
na twarz dziewczyny, z której wybijają łzy -
przypominające źródła pisane, bo szuka
(a nigdy nie zobaczy) swojej rwącej twarzy.
A przecież niczym kropla potu w letnim skwarze
zsunęła się jak czapka z daszkiem z świecącego
i zmarszczonego czoła lodowca bez czaszki.


Mówiono, lit powinien być skałą nad morzem,
a nie jest, chociaż mówi tak nomenklatura
łacińska - niewzruszony język pisanego
ognia w księgach, przynajmniej być domem na skale;
a przecież lit w probówce nie będzie kamieniem
węgielnym lub nerkowym, ten najlżejszy metal
nie spali się ze wstydu, reagując z tlenem,
ma locum w organizmach w śladowych ilościach.
Dlatego postarzany na świeżym powietrzu
goni neo - łaciński prefiks przed kamieniem.



Mapy nigdy nie będą obrane ze skóry


Weź swój grób i idź.
(Thomas Transtromer)


1. Mapy nigdy się nie zakorzeniają


W portfelu nadal trzymam zdjęcie chorej matki.
Przynajmniej nieśmiertelność jest wywoływana
do gabinetu? niczym wypadek, trzęsienie
nie moich snów, tsunami, kiełkujący głód


na mapach (tłumaczyłeś dlaczego nie mają
odwrotu i było w tym coś z długiej wyprawy
na biegun, z tą różnicą, że przewędrowały,
to co noszą za jednym zamachem we wszystkich


kierunkach. W takim miejscu rośnie porównanie:
przemierzasz las i wielką powierzchnię, a nawet
nie poruszyłeś brwiami. Już raz nakreślone
bez szans na odwrót, trudno im wyjść poza siebie.


W dzieciństwie otwierałem nawiasy, a potem
patrzyłem, czy czasami nie będą gniazdami,
myślałem. chociaż cisza będzie wysiadywać
powietrze, w wirowaniu podfruną kolory.


Nie jadę do map, kiedyś odpowiem sam sobie,
że gdyby miały morza, lądy na odwrocie,
to pozbawione skali wyśnione zaświaty?
A na odwrocie cisza, ale nie mam maku


i jestem po badaniach, chyba przesiewowych.
Wybijająca cisza – nie wiem czy jest wyspą,
a może kontynentem, oceanem, tryska.
Moją matkę zabrało kiedyś pogotowie,


a jednak razem z domem i krajem noszonym
na noszach map, dlatego kiedy się je zwinie,
to jest już śmierć, umierać palcami po mapie?
Czasami kiedy czekam na nocny autobus,


wyczuwam czułość zmarłych na rozkładzie jazdy,
chłód w palcach jakby były wieżami na skałach
i wsiadam, na t-shircie wiatr na coś przysięga.
Wysiadam, rozkład jazdy przemieszcza się w kościach


i nie śpi, tylko gnije po kościach znajomych
ze studiów. Szukam tanich księżniczek na płatkach
i kolcach róż, walczący ze smogiem, smoczkami.
Nad ranem (nie opatrzę, zresztą nie mam czasu),


znajduję na chodniku podstrzelone mżawką,
w kałużach burze strzałek, bo grano w podchody
i podstrzeloną w płuca żarówkę, więc wyszła
na światło dzienne świecić za wszystkich rozkładem


2. Dojrzewanie skali


i śmierci w oczodoły, nie ma gilotyny,
a przecież bez korpusu zachodzi i wschodzi
najpopularniejsza gwiazda. Gdyby była ściętą
i podrzuconą kurzą łapką, zakopaną


w ogródku. Dajmy na to, że zakładaliśmy
na siebie domy, były obcisłe lub miały
za duży rozmiar. Jednak po nocy zakwita
uschnięte łóżko, gubi rozchylone ciało


i płatki krwi – na wannie, ale nie na drzewach.
To czułość: głodne gniazdo na otwartym sercu,
porozciągane zamiast membrany na bębnie,
wycieka, ale nie ma na ranach ucieczki.


Zakwitną ciało łóżka i ciała niebieskie
penetrowane w NASA, rozprute przez
światło i głód kruszony zamiast kopi plików. Zresztą
chcę ściąć warkocze komet, z którymi się prześpię.


Wracając do map, zawsze mnie zastanawiało,
dlaczego ot tak wszystkie nie wejdą na siebie,
zbudują wieżę albo odfruną, pomimo
że przypominają gniazda wymarłych podróży.



3. Podglądanie ciszy


W portfelu nadal trzymam zdjęcie chorej matki,
a zdjęcie nie dostało ani jednej zmarszczki.
Czy nie jest tak, że trzeba samemu być mapą?
Fizyko, oddaj wszystkie zabrane atomy!


Tak, wypuszczone świeże pędy samochodów
ścinane uporczywie maczetą kolein
i mgły, odrosną, zwietrzał sok światła w powietrzu –
czy ściemnia, że na zdjęcia nie zachodzi rakiem?


Uważaj, ale będzie to tylko o ciszy,
która okazuje się najszybciej rozprzestrzeniającą się epidemią
lub jeśli ją nazywać zarazą lub plagą.
Oparta o głód – jednak nasyca się bardziej,


oparta o głód, który okaże się laską –
wanilii? Nie wiadomo co już od tak dawna
się nią podpiera, cisza? Trzymam zdjęcie matki.
Czy ściemnia, że do bloków nie zachodzi rankiem
wysokoprocentowe światełko na zdjęciu
znad morza - bez patrzenia na nim zamieszkuję?


Ostatni wiersz o ciszy


Po ojcu odziedziczyłem angielską wełnę i czas, z którym codziennie wędkuję w pobliskim jeziorze.
Wełna płynie i we śnie zastępuje niebo, które łapię za nogi i sprowadzam na dół.


Na lato dojrzewają kobiety i jabłka, więc ziemia jeszcze bardziej żywi się kosmosem.
Na trzech pastwiskach owce wypasają los. Wiatr - włóczęga pomaga nosić w sobie podróż.


Tylko cisza sprowadza zagraniczne plagi, nie sprzyja pojawianiu się dojrzewających gitar -
rozrastaniu się strunek, na których zakwitną samotne samogłoski kobiecych powrotów.


Ta cisza (chociaż sama jest trudną do wytępienia, pierworodną plagą),
rozkłada się - trawiona w brzuchach wielorybów i słonych oceanów, ale zdąży zabrać


muzykę - kiełkującą z rytmicznie wysypujących się główek maku.
A gdyby samotność była piosenką, czy ktokolwiek zaśpiewałby ją przed publicznością,
na dworze lub po ciemku - gdy czyste, w pokoju?


Jest rozniecona w bezustannie poruszających się wargach grawitacji (to czułość), nie ma zmarszczek
(lustra tak samo się nie starzeją), przy napalonym na mrozy zerowym Kelvinie i nosi koniec świata


jakby to była zwykła czapka z daszkiem i trzyma koniec świata jak torbę zakupów.


Uluru


Przyśniło mi się, o tym, że byłem w Australii,
i zbierałem kamienie ze skały Uluru,
pomimo, że jest świętą górą - monolitem
Aborygenów, czułem, że jestem Uluru.
I rozmawiałem z dwoma turystkami, nie wiem
czy niosły pochodzenie wchodzeniem na szczyt,
pomimo, że jest zakaz, aby nie obrazić
Aborygenów (wszędzie noszą z sobą duchy).
Kobiety zapytały o Alpy z tych stron
i nagle wszystkie góry zbliżyły się do mnie,
po lewej Wielkie Góry, tak, Wododziałowe
usiadły, a po prawej piętrzyła się cisza.


A potem śniłem wiersze, których nikt nie zdążył
napisać, nie istnieją do czasu lub nigdy
nie będą napisane, miałem w ręku z siedem
tomików, almanachów, a raczej tych drugich.
Na jawę przemyciłem niczym poprzez lata
zamiecie, wiersz w szczątkowej formie, tylko o tym,
że ze strony Patryka Nadolnego czas
zasługuje na urlop i inne ujęcie:
nazwaniem chociaż wzgórzem, ale nie koniecznie
osobą ze znakami szczególnymi, raczej
nie okaże się własnym dowodem osobistym.



Ciała niebieskie nie noszą ubrań


Jeżeli spada, krąży czułość grawitacji,
powinniśmy uganiać się za niebieskimi
ciałami, ale czy w zimnym kosmosie planety
(no wiesz te cholernie egoistyczne układy słoneczne),
nie połączą się chociaż kulistym dotykiem,
a jednak przyciągają i ze wzajemnością?


Pomiędzy nimi tylko ciemność wchodzi w siebie,
(pamiętasz, co mi kiedyś mówiłaś na dworze,
że kosmos przede wszystkim jest ślepy i nagi),
dlatego meteoryt uderzy z impetem
o jakikolwiek księżyc - oto właśnie bliskość,
rozbierane latami świetlnymi bez równań,
(fotony łechcą stopy) zderzenie nagości.

Poznań, 23 maja 2014r.


Wejcia i wyjścia ewakuaycjne


Rozkład jazdy przerzedza śmiertelnie przystanki.
Po dwudziestu minutach wchodzę do tramwaju,
przyznaję, ten czasownik powinien być męski,
przede mną dwie brunetki wysiadły. Zmierzają
do galerii handlowej - ich łydki i cycki
obrócą się w wyprzedaż i ślinę nad ranem.
Podróżuję w pociągu przez stacje z blondynek,
a konsumpcja rozstąpi się jak Morze Martwe,
może nawet Czerwone na szklanych witrynach.
Wysiadam. Jestem w drodze do akademika.
Dlaczego tramwaj, droga to kształty falliczne,
gdy wchodząc do pokoju, śnię o innym wejściu?


Odkopywanie duszy


nad ranem cisza zdradza mnie z całym kosmosem
ciałami niebieskimi - przychodzą jak dziwki
księżyc świeci na łóżku
daleko wśród gwiazd
może chociaż istnieje stacja benzynowa
skromny motel zabity brudnymi deskami
z drogowskazem że podróż powinna trwać dalej


Paralaksa


Trzeba to przyznać, mapy nie będą drzewami,
dlatego nad wulkanem unoszę zapałkę
i szukam związką między szklanką wody w kuchni,
a Pacyfikiem. Łączę zaginione miasta
ze snem synka i szukam najbliższej okazji,
bym mógł się napić wódki z kwantową fizyką.



Awaria


Przyniosłem bukłaki z wodą, bo u nas ostatnio
jedynie stoi stara sprzed kilku tygodni,
a potem późną nocą zgodnie z prądem w domu
czytałem Bułhakowa i dokąd wpadałem?



Życzenie


Układaliśmy horyzont, gdy opowiedziałaś,
że wybierzesz się do Instytutu Geologii, jutro
wystawa meteorów - spadających gwiazd,
bo może gdy odpoczną, dopiero spełniają
każde z życzeń, gdy siedząc bezradnie w gablotach
uznają, że są dobrze traktowane. Czułość
spaliła w atmosferze większość z nich, to jakby
trzeć dłonie o śnieg, albo liczenie na litość
atomów, w których ciągle krążą elektrony,
nie pocą się, pomimo, że są również w pocie,
nie urządzają strajków pod jądrem wodoru.


Nie wiem dlaczego w cieniu klonu wchodzącego
do kuchni (najadłem się ciągnącym tykaniem zegarka),
nie powiedziałem w sobie, ale nie głęboko
jedynego pragnienia (piłem whisky z lodem),
a później się okaże (tylko to się liczy)
przypominającego wieżę na klifie języka,
które kiedyś wyrosło pomiędzy drzewami
i spośród wszystkich innych nosiło na plecach
planety zaprzęgnięte w grawitację, pismo:
zraszało glinę, skóry kóz, drążyło skały.


Naprawdę było ważne - tam gdzie czekaliśmy,
aż wszystko zacznie zrastać się z wiatrem i liśćmi,
bo porzuciłem jesień i przez to się wzięła
(nie w nawias) słota, błoto, wirowanie ciszy.
Kolory to pamiątka, że z którąś jesienią
opadły miasta, sterty niesprzątniętych ruin.
Po zmierzchu tylko rany nie zachodzą, kwiaty
w wazonie nie ułożą owadów do snu.


W między czasie przechowywaliśmy w nas samych spichlerze,
ale nikt nigdy się nie odważył zobaczyć czy są puste lub co mają w środku.
Przechowywaliśmy je tak samo jak dodatkową tubkę pasty,
albo zapasową taśmę
i tylko przeciągamy horyzont jak linę,
wsłuchując się w świt w kneblach z chmur znad Atlantyku.


Wiersz o ziemi leżącej w kobiecej nagości


Choćbym miał to napisać dla samej albo bujnej nagości,
przekonam się, że może wypłynąć na burce,
przekonam się, że może wypłynąć z rozmowy
(port tylko przypomina), wynurzyć się, wschodzić.
Dojrzewać i wyrastać, pomimo, że nie wyda owoców - na ścięcie.
Pomimo, że nie piszę dla wód w wódce, rany
wijącej rano gniazdo z odblasków, promieni.


Wypiętrza się i śpiewa w syrenach karetek,
(to metalowe skały w zatokach parkingów),
na klifie (spadł turysta), co najwyżej w łuskach
nabojów, ktoś otworzył ogień bez witryny.


Jakby nie mogły płynąć inne łodzie (a woda wrócić, dojrzeć tylko w pełni odbić),
dłubanki, na nich pełne kosze ciemnych źródeł, depozyty źródeł, -
zabranych, wziętych w nawias, wyniesionych nocą.
Rzeka tratwą, a sterem odbicie w bezruchu.


Wbrew przekonaniom pismo nie jest do zamieszkania.
Ten język przechowuje pęknięcia i czułość
małż na dnie - ze skrzydłami, gdy dachem są fale.
Wbrew przekonaniom na łzie uwija się burze.


I nie ma, że na piśmie odkłada się tkanka
na biało, pismo - raną, a zorze polarne
wypasa się na kołach podbiegunowych, ciekną
pustelnie długopisów i nie ma, że boli.


I nie ma, że gdzieś bardziej czas się zazielenia,
a ogień mógłby zająć się sobą, czymś innym.
A cisza wykiełkuje, zakwitnie na wszystkim,
posłucha się w języku wydeptanym w gwiazdach
(i chociaż sama innym językiem, przetłumacz).


Ale tego nie piszę z niezagojonej, świecącej nagości
jak palec całkiem samej, zjadanej przez wanny,
nagości obiecanej, na ciałach niebieskich.


Ale tego nie piszę z pochmurnej i wietrznej,
choćbym wszystko przekreślił i miał nie powrócić dla zeskrobanej, pisanej nagości.
Dlaczego wywiedziona z szaf i porozrzucanych
t-shirtów na podłodze, ma w sobie bałagan?


Łza w oku - oto kamień gotowy na smutek
z wylotem, ostrzem, trzymam dłuto pod powieką.


Ale tego nie piszę, by w czas się zamienić,
złowić rybę i mówić, że cały ocean,
a czas się obróci w rwącą nagość, rozpuszczony
nagością. Dokąd wpada z leniwym ciążeniem?

 

Patryk Nadolny – ur. 15.02.1993r. w Szczecinie jest studentem archeologii na UAM w Poznaniu.

W  tym roku ogłosił swój debiutancki tomik poezji pt. Wyławianie Atlantydy, wydany w ramach  nagrody grand prix w VI edycji ogólnopolskiego konkursu poetyckiego o „Granitową Strzałę” w Strzelinie. Nie publikował ani razu w prasie literackiej, bo jakoś nie mógł się do tego wystarczająco zmobilizować.

Pin It