{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Magda Gałkowska

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

Wróble

 

nie tracisz ostrości, bo to tylko film,

urwany jak historia nad Tamizą.

do piątku nie pijesz, obiecałeś żałobę

bardziej sobie niż tym, co nie będą wracać.

 

bez nocy na kwasie i balonów nad miastem,

z poranną kawą w tekturowym kubku,

parujesz wszystkie ciosy i opuszczasz miejsca,

które można zobaczyć z dachu kamienicy.

 

mógłbyś rzucić wszystko jak kostkę w tej grze,

zwiększyć dystans i czekać, aż zostanie za progiem

żar z papierosa, co podpali trawnik,

pospolite ruszenie szarych jak dym wróbli.

 

 

 

 

Obraz

 

rozpięto mnie, rozkrzyżowano i schnę

od wczoraj, rosną mi włosy. zanurz dłoń,

odchyl głowę i spójrz, jak opadają na oczy

tą opaską, czerwonym śladem wokół.

 

widzisz? miałam tylko jedno imię, jedną twarz

ukrytą w innych twarzach, małych fragmentach

cudzych historii wynoszonych na ołtarze,

ofiar składanych w oczekiwaniu na deszcz.

 

teraz schnę powoli jak pergamin, jak jedwab.

zanurz palec i opisz mnie, zacznij od szyi,

zakończ na stopach. własnym językiem opisz

jak okrąg, nie posiadam początku ani końca.

 

 

 

Warszawa

 

jesteś zajebista – to zawsze działa

jak lek na przebudzenie, wtedy łatwiej

utrzymać szklankę z wodą. czuję jak płynie

do formy, w której zamarza na lód i będzie

 

jeszcze zimniej. za oknem drzewo zasłania widok

na Pałac Kultury, pionowy jak ściana kamienicy.

kończy się trawnikiem przed Dworcem Centralnym,

pustym parkingiem i spacerniakiem za bramą.

 

na chodniku przy Chmielnej tkwię zajebista,

z wilgotnymi włosami, bo dziś tak się odprowadza

tych, co odjeżdżają, a potem samemu schodzi

z drogi pod spacerniak, pod trawnik, pod ziemię.

 

pochyla głowę i szuka miejsca w przedziałach.

kodeina, paracetamol, ibuprofen, czarna kawa.

przepychana przez wąskie korytarze wagonów

opieram czoło o chłodną szybę. palę obrazy

 

przesuwające się za oknem.

 

 

Z tomu „Fabryka tanich butów” Łódź 2009

 

 

 

Niebo

 

myśli mnożą się jak puste butelki

w szafce pod zlewem. chwilowy chaos.

będziemy oglądać film i nie będziemy

wiedzieć, co zrobić z rękoma. one żyją

 

własnym życiem: błądzą, znajdują,

kołyszą nami, jak w symulatorze lotów.

gdy wznosimy się zbyt wysoko, obraz

kurczy się w biały punkt, potem znika

 

i opadamy na wrzeszczące miasto.

 

 

Stygmaty

 

módl się — mówiła matka. dobry mąż,

zdrowe dzieci, wino własnej produkcji.

brałam do ust ściągany przez rurkę mętny płyn,

grzesząc, uczyłam się przełykać.

 

masz w sobie światło — szeptałeś, a we mnie

oszalałe ptaki biły skrzydłami o szyby.

mam obtarte nadgarstki i kocham

ten ból, wyssany z palca nieznany smak.

 

nosimy w sobie boski pierwiastek, napisany

pod dyktando bezbłędny harmonogram zdarzeń,

bunt i sofię nabitą w butelkę. w naszym języku

gwoździe przemieniają metal w krew.

 

 

jak najbardziej współczesny wiersz o miłości

 

koparka przecięła kable. wiesz, u nas

to jeden wielki plac budowy. sieć

przerwana i nie złowimy nawet słowa,

nie mówiąc o czymś dłuższym, na przykład

 

stu sześćdziesięciu znakach, bo komórka

też się miga. w tej chwili nic już nas

nie łączy, ale wciąż jestem kobietą

twojego życia, więc opróżniam butelkę

 

wina z okazji imienin córki i tłumaczę

ścianie, na czym polega problem. to tylko

świat nie chce się dostosować, zbuntowany

żołądek wysyła wiadomość: nie panujesz

 

nad treścią.

 

 

Z tomu „Toca” Gniezno 2012

 

 

 

Błąd serwera, czyli Jezus żyje

 

stacja czterdziesta piąta: poeta kolejny raz upada

pod wierszem. ta suka - wena podaje mu arkusz papieru

ściernego, granulat dwieście dwadzieścia. niech ma

za naszą i waszą twórczość. za wszystkie peany

 

na cześć obwodu w biuście i walorów intelektualnych.

niech sobie wytrze resztki z palców, zanim

konserwatywni twórcy ułożą mu stos z tępych ołówków

i tomów wydanych przez gminne ośrodki kultury.

 

stacja czterdziesta szósta: poeta odlatuje na zbyt mocnym

skręcie, wypada z toru. naczelny redaktor lokalnego pisma

o literaturze mówi z umiejętnie udawanym żalem:

dobry był, ale nie pasował do linii ideologicznej.

 

 

 

The face on the piecyk

 

Sylvii Plath

 

matko wszystkich poetek, które nic nie wiedzą

o sobie, oraz o tym, o czym chcą powiedzieć,

rozwieś nad ich głowami transparent z napisem:

tota tua everyday always and together.

 

błogosławioną szminką na tej świętej szybce

wyraźnie zaznacz poziom, od którego głowa

napęcznieje i pęknie. jak w tanim horrorze -

śnięte białka, rys twarzy, krew i spalenizna.

 

matko wszystkich wariatek, poetko nadobna

uwolnij nas od siebie, byśmy nigdy więcej

nie musiały pobierać lekcji gotowania

w samotności, i w parze, na zwolnionym ogniu.

 

 

 

Chiromancja

 

“I’ll wait my turn

To tear inside you

Watch you burn”

Placebo

 

 

bóg w podróbkach ray banów wiecznie mrużąc oczy

rył imiona w kamieniu. samozwańczy rzeźbiarz,

spec od piętna i bólu, topił nierządnice

w oceanie swej łaski, jak cień niezmierzonej.

 

dłoń w białej rękawiczce, co zatyka usta

na chwilę przed spełnieniem, każe łapać oddech

tylko po to, by zaraz odebrać, co jego:

śpiew, absurdalną skruchę, marne obietnice.

 

i wybuchały światy, kończyły nad ranem

w przypadkowych objęciach, na krawędziach dłoni.

i wybuchały światy, niczym tanie race,

kupione na bazarze po cztery pięćdziesiąt

 

 

 

Z tomu “Fantom”Tychy 2014

MAGDA GAŁKOWSKA

ur. 1975r. Publikacje m.in. "Odra", "Tygiel Kultury", "ProArte", "Czas Kultury" oraz "Solistki. Antologia poezji kobiet 1989-2009". Laureatka nagrody głównej XIV OKP im. Jacka Bierezina 2008r oraz XIV Tyskiej Zimy Poetyckiej 2014r. Autorka książek poetyckich: "Fabryka tanich butów" Wydawnictwo Kwadratura Łódź 2009r ,"Toca" Zeszyty Poetyckie Gniezno 2012r i "Fantom" Teatr Mały Tychy 2014. Współpracuje z pismem INTER, gdzie prowadzi rubrykę "pogotowie poetyckie" oraz portalem POEMA.PL, w którym zasiada przy Biurku Krytyków.


Pin It