Przemysław Dakowicz

ur. w 1977 r. w Nowym Sączu. Poeta, krytyk literacki, historyk literatury; doktor nauk humanistycznych; adiunkt w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego; stały współpracownik dwumiesięcznika literackiego „Topos” i kwartalnika literacko-artystycznego „Pobocza”. Wydał zbiory wierszySüßmayr, śmierć i miłość (2002) i Albo-Albo(2006), książkę krytycznoliteracką Helikon i okolice. Notatki o poezji współczesnej (2008) oraz rozprawę historycznoliteracką "Lecz ty spomnisz, wnuku. Recepcja Norwida w latach 1939-1956. Rzecz o ludziach, książkach i historii (2011). Redaktor tomu zbiorowego Moja Musierowicz. O twórczości autorki „Jeżycjady” (2008). Publikował m.in. we „Frazie”, „Kresach”, „Odrze”, „Pamiętniku Literackim”, „Toposie”, „Tygodniku Powszechnym”, "Wyspie" i „Zeszytach Literackich”. Tłumaczony na czeski, serbski i słoweńsk.


Mój prapradziadek Jan

widzę go
kiedy stoi przy studni
w parcianych spodniach
z nagim torsem
i ziewa
miarowym ruchom drewnianej korby
towarzyszy zgrzyt łańcucha
wiaderko z wodą wędruje ku górze
już je chwycił nalewa wodę do dzbanka
przechodzi pod okno kuchni
na drewnianej ławie
miednica i przybory do golenia
w oknie kobieta
rozmawiają słychać śmiech
za jej plecami ogień trzaska w kaflowym piecu
na blasze mleko
zaczyna pokrywać się gęstym żółtym kożuchem
mężczyzna przeciąga się
patrzy na drzewa grządki
na wbite w ziemię tyczki z pędami fasoli
odwraca się i chwyta brzytwę
świetlne refleksy igrają na pobielanej ścianie domu

widzę go
kiedy idzie przez miasto
mija kino szkołę z czerwonej cegły
za jego plecami słońce przed nim rzeka
już słyszy jej szum
lubi patrzeć jak woda bije w przyczółki i filary mostu
myśli wtedy o zastępach budowniczych i architektów
którzy od wieków próbują ujarzmić naturę
jest murarzem
jako jedyny w okolicy
posiada licencję na stawianie kominów fabrycznych
rodzinne podania wspominają o jego udziale
w budowie Politechniki Lwowskiej

teraz stoi w środku grupy robotników
gestykuluje pokazując na wysoki komin z czerwonej
cegły
tamci na przemian przytakują i kręcą głowami
wreszcie rozstępują się i przepuszczają go
obserwują jak wspina się
ku szczytowi niedokończonego komina
opierając ręce i nogi na kręgach cegieł
wysuniętych jak schody z lica muru

mój prapradziadek Jan
po drabinie Jakubowej komina
wstępujący do nieba

angelos posłaniec niebieski
w parcianych spodniach z szelkami
i zgrzebnej koszuli

jeszcze nie wie że tam na górze
zaprawa nie zdążyła stwardnieć
i mur ustąpi pod jego ciężarem

a kiedy będzie spadał
wśród gradu glinianych cegieł
może w nagłym błysku
zobaczy
oddziały w żelaznych hełmach
maszerujące na wschód i na zachód
łuny pożarów
zaorany brzeg Bugu
gdzie nie ma już żadnego domu
i nas wszystkich
uciekinierów z ziemi rodzinnej
synów i wnuków
prawnuków i ich dzieci
z których jedno pochyla się nad reprodukcją obrazu
sokalskiej Cudownej Matki Bożej Pocieszenia
na poszarzałej karcie pocztowej
wydanej nakładem ojców Bernardynów w Sokalu
na początku ubiegłego wieku

2004


Patrzymy przez okno

moja córeczka i ja.
W dole ośnieżone dachy,
światła wieżowców,
neony, samochody,
miniaturowe ludzkie postacie.
"Widzisz - mówię -
to są domy. To jest śnieg.
Samochody jadą. Ludzie idą."
Stwarzamy świat.

Wzrok rocznego dziecka jest jak dotyk.
Wnika w obserwowany przedmiot,
zespala się z kształtem, staje się ruchem.
Setki, tysiące szyb będą odbijać twoją twarz, córeczko.
Będziesz osłaniać oczy przed światłem
albo wpatrywać się w mrok. Czasem
będą tam inne twarze,
roześmiane lub smutne, dalekie albo bliskie.
Będziesz kogoś żegnać i kogoś witać,
stojąc w oknie. Cierpieć,
bo nikt nie jest wolny od cierpienia.

A kiedy będzie Ci ciężko i źle,
ta wątła chwila wieczności, gdy patrzymy
przez okno, powróci. Zawołamy ją,
wymówię imię tej, z której serca wyszłaś.
Ona utuli nas do snu, córeczko.

Będziemy stać w oknie, śniąc
ośnieżone dachy, neony, samochody
i nas samych,
miniaturowe ludzkie postacie
za szybą, na trzynastym piętrze wieżowca.

7 stycznia 2006 roku


Pranie *


Więc najpierw anioł rozwożący wędliny
bo podróż koleją to przecież zbyt proste
człowiek od kiełbas mielonek mortadel
w zdezelowanym mercedesie-benz
dosyć szalony aby brać poważnie
gościa z trzema ryzami wierszy pod pachą
stówa sto dziesięć tuż pod dworzec stadion

Najsampierw zatem kiełbasiany anioł
a potem długa wędrówka w głąb
droga bezbłędna prosto do celu
gdzie się zapuszcza las w jezioro
i w oczach ludzi wzbiera światło

Więc łódź przycumowana do brzegu
schody w oczekiwaniu na wojsko
gwar stworzeń przyziemnych
podkoronna gawęda ptaków
po drzewach idzie szum

Na obrazku ludzkie postaci
przy stole a jakże nad misą soczewicy
z czosnkiem cebulą boczkiem tymiankiem liściem bobkowym
uwieńczeni

Mijają nas ledwo widoczne na linii horyzontu
kawalkady obiecująco skandalizujących poetek i poetów
z rozkładówek kulturalnych pism

Trzymam wasze twarze pod powiekami
Jagienki błogosławiącej jadłem i napojem
Wojciecha opiekuna słoneczników z lampą wiersza w dłoni
Brunona co pyta i nie błądzi w lesie
nas wszystkich którzy nucimy kolędę internowanych
i mamy święta
Boże Narodzenie w ciemną czerwcową noc

I jesteśmy internowani
zamknięci w tej kuchni
a ona otwiera się ku górze
gdzie organista księżyc
i gwiazdy spadające

To anioły myślę
anioły rozwożą kiełbasę

13-14 sierpnia 2006 r.

Pin It