{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Elżbieta Musiał

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

na śmierć zegarka przejechanego zimą przez samochód

 

(fragmenty poematu)

 

 

XIII

 

I pomyśleć, jak ewoluuje chaos.

                                                 Jak nurza korzenie w czasie.

I jak za namową swoją wstępuje w ciszę.

 

Cisza jest muzyką bezruchu –

                                             krok w siebie

i znowu krok.

Tam dogania przestrach.

                                      Tak wtedy zerkam,

jak złodziej zlękniony raz po raz

przez ramię,

a cień mój dźwiga na swoich barkach

w dwójnasób ciężkie przeczucie –

                                                     ciebie

i siebie.

Ja i Ty. I jeden cień.

Prawda,

              że to zabawny rachunek?

Jak ostatecznie układa się w nieistnienie.

 

XIV

 

Kim jesteś, że nie jesteś słowem,

choć ciałem się stajesz.

Uschłym ciałem tatuowanym surową filozofią wiatru.

Ciałem,

            co wyparło się siebie.

 

Jestem swoją skórą,

która zdąża w przyszłość.

 

Myliłam się,

                     moja skóra

nigdy nie należała do mnie.

Tak jak moim nie był każdy dzień

ani dom,

              ani książka,

tym bardziej obraz.

Przychodzą nie wiedzieć skąd,

pomieszkają w nas trochę

i odchodzą.   

 

XV

 

Pytał mnie  poematem: Kim jest

ten trzeci, który ciągle idzie obok ciebie1.                                        

                                    Właśnie siedziałam na wygrzanej ławce października

                                                      samotna.

Gdy liczyć nas jesteśmy tylko ty i ja2.

Jaki zabawny rachunek.

Jak ostatecznie układa się w nieistnienie

na tej „ziemi jałowej”.

 

Cień słów,

ciało bez cienia

i wiekuisty pochód ziaren piasku.

 

I piach w oku.

 

Eliocie,

miałam plażę w sobie

rozległą po brzegi czasu

i nigdy nie miała rozstać się ze mną.

Nie myślałam o braku,

o braku czegokolwiek, choć zgubiłam,

zgubiłam czas z oczu.

 

Nie należało wspominać o Trzecim.

Nie potrzebowałam przecież niczego

na pustkowiu miasta.

                                  Byłam cicha

obok twojej niemej wiedzy.

Potem spadł liść

i jasna stała się ponad moją głową

wasza rozmowa. Twoja z Trzecim.

A nie trzeba było zachwiać

tego spokoju na pustkowiu miasta.

Lepiej było nie powiedzieć. Lepiej. 




Na zdjęciu wciąż żyjemy

(fragmenty poematu)

                    

1.

Nie mogę rozwinąć myśli:

lato dojrzewa w przyszłych szkieletach jabłek.

Przeszkadzają mi nieustające wniebowstąpienia

w wierszach. Brzemienne powietrze sierpnia.

Obłoki przeludnione.

Tak, przeludnione

jak niebo nad Nangar Khel1

pewnego dnia hurmem zdobyte. Wszyscy myślą,

że to przez pieprzony Afganistan. Że stamtąd

jest bliżej. Zapewne mają rację.

Maha nie miała czym

nakarmić dziecka, a już było po wszystkim.

 

1 Incydent w wiosce Nangar Khel miał swoją datę: 16 sierpnia 2007 roku (podawały wszystkie publikatory). Wtedy to właśnie polscy żołnierze ostrzelali afgańską wioskę wielkokalibrowym karabinem maszynowym i granatami moździerzowymi. Śmierć poniosło sześć osób, trzy zostały ciężko ranne. Wśród poszkodowanych były kobiety i dzieci. Działo się to podczas pokojowej misji Polaków w Afganistanie.

 

 

(…)

7.

Ty przynajmniej się nie starzałeś, Giordano.

Geniusz w ciele zuchwałego nie zazna

powolnego umierania. Dlatego pozwól,

że kobieta opowie mężczyźnie.

Podnosił się dzień,

                               jak tobie wtedy.

Słońce jeszcze niskie zwoływało przekupniów

na jarmark codzienności.

Dotknęło i mnie z ukosa.

Właśnie pochylałam się, by obmyć sen.

                                       Skóra w lustrze.

Ona tuż nad jedną i drugą piersią

i aż do wgłębienia obojczyków.

Misterna draperia utkana

                               na krosnach dni,

które rozsypały się pomiędzy „teraz”

a  „od pierwszego kształtu”.

                          Nigdy wcześniej aż tak.

                          Nigdy pod takim kątem.

Nie mogłam oderwać oczu.

 

8.

Dotykać skóry, ale tak, jak fresku Rafaela.

A potem milczeć, jakby się szło

                                                     przez cmentarze.                                      

 

9.

Chwytam się życia i  twojego wiersza, Anno. 

Boskie udo, ślubne udo, pogańskie udo

                                         – wyborny projekt;

do miłosnych obrządków powołał  je czas,

a potem łupił je ten sam czas i odrywał

od drugiego ciała.

A w trakcie – biczowanie ironią i zimną wodą,

                   mój Boże, jakbym była przy tym.

Inne daty, odmienne imiona, a te same

upływały nam porządki

                                      i klucze żurawi

przybyłe z nie wiadomo której jesieni.

Kochanki świata. Wygnanki królestwa.

Jak dobrze, że to było, 

jak dobrze, że tego już nie ma6.

Dwa szczęścia po sobie żyjące,

puchnące w krtani metafizyczne drożdże.

 

6 Anna Świrszczyńska, „Gdy budzimy się rano”, z tomu Ogromniejąca perła samotności.

(…)

 

12.

Przekonują mnie słowami bogów,

a ja utraciłam pewność, co jest złem

i gdzie w nas grzech;

zakładam tylko, że być muszą,

bo sędziów wokół pełno.

Tkwiąc w wiecznym szachu,

można mieć wątpliwość.

Nieopatrznie nadepnęłam

                               na całe życie chrząszcza,

zmierzałam do kościoła zbyt prosto.  

Czy będzie mi odpuszczone, gdy już uklęknę

na szachownicy posadzki

                     w ósmy dzień tygodnia?

Białe pole, czarne pole.

Ocenzurowane szachowsko,

a figury rozdane.

 

(…)

20.

Nie mogę prosić o nabrzmiałe sokami ogrody,

gdy już szubienica drzewa.

                                       Pora do tego dojrzeć. 

Nadgryzły nas owoce.

Stygnący skurcz trzyma w uścisku.

Wyglądamy jak zeschłe liście

na gałęzi. Wisimy głowa w głowę,

a  każda ciąży ku ziemi.

Przypominamy

              wylinki cykad13

maszerujące w szeregu,

z których już wyfrunęło,

co miało odlecieć.

Przez nasze skóry

opustoszałe od życia

przecieka słońce.

Na zdjęciu wciąż żyjemy.

 

13 Wylinki cykad – zewnętrzne, chitynowe powłoki pozostawiane przez te owady na liściach i gałęziach drzew po zakończeniu ich ostatniego cyklu rozwojowego, czyli po linieniu. Wylinki wciąż wyglądają jak żywe owady dorosłe. Co prawda, same się już nie poruszają, zatem do animacji potrzebne są im wiatr i słońce, ale w warunkach naturalnych to dzieje się samo. Proces linienia można dziś oglądać w Internecie i nie trzeba w tym celu wypuszczać się na Cyklady na bezkrwawe łowy. Ale ostrzegam, jest to obraz służący wyłącznie celom poznawczym i z estetycznego punktu widzenia mało zachwycający. Najpierw pęka na grzbiecie zewnętrzna osłonka, z której jako pierwsza wyłazi główka z czerwonymi oczami, a następnie cały dorosły owad (imago). Wylinka pozostaje na miejscu, a owad rozpoczyna swoje życie rozrodcze. Samce urządzają wtedy koncerty w poszukiwaniu partnerek. Najciekawsza w tym wszystkim jest informacja, że samiczki milczą. Pewien starożytny Grek zażartował nawet: „Błogi żywot cykad chwalę, bo ich żony milczą stale”. O ile głos pojedynczego osobnika – słyszany jak trzeszczenie i terkot – można by nazwać nawet śpiewem, to już chór setek i tysięcy nakładających się na siebie dźwięków jest raczej wiatrem wyjącym w tunelu (wysłuchałam w Internecie). Zastanawia mnie, jak w tym harmiderze samiczka może rozpoznać swojego kochanka i czy nie dochodzi do życiowych pomyłek. Wszak cykady żyją w cyklach, co zwiększa jeszcze to prawdopodobieństwo. Jednym słowem, regularnie i publicznie pojawiają się co 13-17 lat. Wydobywają się wtedy otworami z ziemi i przylepiają  do drzew, gdzie następuje wylinka, o czym już było napisane. W środkowej części Stanów żyje gatunek cykad, który z powodu swej okresowej masowości błędnie jest nazywany „17-letnią szarańczą”. Cykady zamieszkują ciepłe obszary. W Polsce obserwowane są jedynie w Dolinie Nidy na dwóch reliktowych stanowiskach, które objęte są ochroną rezerwatową.

Cykady wdarły się z powodu chóralnych wystąpień do literatury. Większość z nas zna je z piosenki Maanamu „Cykady na Cykladach”.

 

(…)

19 Rusałka domowa – tak malarz Jerzy Duda-Gracz nazwał jeden ze swoich obrazów z 1978 roku. Reprodukcja zamieszczona została w albumie zatytułowanym Jerzy Duda-Gracz i wydanym przez Arkady (Warszawa 1985). Jego malarskie prace mają świadomość społeczną.

 

 

(…)

30.

Po cóż mi jeszcze twoja tęsknota

zielona –

ciężar bliskości tego, co daleko.

                                         O jedną szklankę

koniaku za dużo, o jedną obcość, która tuż obok.

                                                    Ale ty spróbuj,

jeszcze raz zaśpiewaj dla mnie, Cize20. Póki nie

zasłonił cię obłok ostatni z ostatnich.

Raz jeszcze morny21 w oparach papierosa

zrośniętego z twoją krwią jak z drzewem.

Jeszcze raz zdejmij buty

                                      przed spektaklem,                                      

lub prościej będzie,

gdy ich po prostu nie włożysz.

Nie zwlekaj. A będzie, jakbyś wydeptywała

własnymi stopami łąki Mindelo22.

Takie handmade, na które zwołasz pamięć,

wiatr nędznych portów i jeszcze

głodniejszych braci.    

Nalej nam do szklanek koniaku

i otwórz ten przeciąg w duszy.

20 Cize – tak pieszczotliwie nazywali swoją sławną rodaczkę, Cesarię Evorę, mieszkańcy archipelagu Zielonego Przylądka. Być może był to rodzaj ciepłej wdzięczności za to, że „bosonoga diva” nawet na scenie umiała się z nimi solidaryzować.

21 Morna – to melancholijny styl, to przepełniona tęsknotą tradycyjna muzyka Wysp Zielonego Przylądka, opowiadająca o trudach codziennego życia. Wbrew utartym opiniom nie pochodzi od portugalskiego fado, choć wywodzi się z tego samego muzycznego pnia i powstała w tym samym okresie. Ale niektórzy mówią o niej „tropikalne fado”, gdyż łączy je siostrzana, nieokreślona bolesna tęsknota luzytańskiej duszy, a  portugalski przymiotnik „morno” – znaczy ciepły, delikatny. Długimi oklaskami i owacjami nagradzano na koncertach każdą piosenkę Cesarii Evory. 

Evora śpiewała morny i coladery (szybkie) w barach portowych już od 16. roku życia i pozostały w jej repertuarze nawet wtedy, gdy po długim czasie muzycznego niespełnienia i rozczarowań, nagle zaznała późnej sławy. A rozpoczęło się od płyty „Miss Perfumado”, która stała się złotą płytą; wchodziła wtedy w szóstą dekadę swojego życia.

22 Cesaria Evora urodziła się w 1941 roku w Mindelo na Wyspach Zielonego Przylądka, jako córka muzyka i kucharki. Zmarła 17 grudnia 2011 r.

 

(…)

33.

Znienacka

przyjechali do kraju na Wigilię 25.

Niecali. O 21 gramów lżejsi26.

Teraz tylko leżą, jakby dopiero co

wrócili z wojny i nie mogli się wyspać.

Pięć żon chciałoby objąć

                                       pięciu mężów.

     Przeszkadza im w tym pięć trumien.

Fatamorgana.

Ziarnami pustyni sypnęło i popiołem.

I myśl do pokoju wstępuje:

                      że skoro nie można objąć,

to przestało istnieć. 


25 Tuż przed Bożym Narodzeniem, 21 grudnia 2011 r., przy drodze A1 w prowincji Ghazni w Afganistanie zginęło pięciu polskich żołnierzy z 20. Brygady Zmechanizowanej w Bartoszycach. Jechali wozem opancerzonym, który otrzymali od armii USA. Niestety, nawet tak nowoczesny pojazd nie uchronił ich przed miną-pułapką podłożoną przez Talibów (z prasy komentującej zdarzenie). Kontrolowana przez Polaków prowincja Ghazni – to dziś jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Afganistanie.

26 21 gramów waży dusza człowieka. Taki wynik podał dr Duncan McDougall, a podstawą do jego ogłoszenia był eksperyment przeprowadzony przez niego w 1901 roku. Badanie z naukowego punktu widzenia nie było zbyt skomplikowane, acz łamało pewne zasady, tajemnice, może bojaźń przed ruszaniem nietykalnego. Więc cóż takiego zrobił lekarz naukowiec? Położył na specjalnej wadze umierającego suchotnika i obserwował, co się dzieje ze wskazówką przyrządu w chwili śmierci tego człowieka. Zaobserwował wtedy ubytek ciała o 21 gramów. I tak McDougall zaobserwował duszę. Po jednokrotnej udanej próbie jeszcze powracał do podobnych badań z umierającymi ludźmi i psami. Ale przebieg następnych zawsze zakłócały jakieś komplikacje i okoliczności.  Pomimo to McDougall postanowił podać wynik. Nikt po nim nie wykonywał już podobnych eksperymentów, bądź też zyskały one klauzulę tajności.

 

 

(…)

39.

Dopuszczam myśl, że kosmos

                             też chodzi stadami –

Plejady na iluminacyjnych łąkach.

Wolę jednak myśleć o galaktykach

                                                    we mnie,

gdy to ja granicę wyznaczam wszystkiemu.

W popłoch wprawia mnie doprawdy

zmierzch w trawach i w oczach.

                                Ty wciąż

upierasz się przy mnogości  

Ziem zaludnionych?

A w centrum każdej miałby być

                                        jakiś inny Dali?

Giordano, zjedz anchois z Dalim31 w Port Lligat,

właśnie nadgryzł owoc.

Wytłumaczy ci patykiem na piasku

                        własną kosmogonię.

I na pewno zgodzisz się, że Bóg

przesadził z tą liczbą aniołów.

31 Salvador Dali mówiąc i pisząc o sobie, robił to w taki sposób, jakby opowiadał o kimś innym i jednocześnie ważnym, jakby nazwisko wziął z encyklopedii.

 

(…)

40.

Niechby chociaż był w czerwonej wstążce

u szyi ten czarny kot, co przeszedł drogę.

 

Niechby ta czarna droga

u nogi była rzeką, do której drugi raz już nie.

 

Niechaj czas, który jak rzeka

i niechby litościwy.

 

Nocą z nieba zsunął się Perseid32 skosem

i minął mnie.

32 Deszcze, a nawet ulewy Perseidów można zobaczyć każdego roku na nocnym niebie w połowie sierpnia. Są to spektakle niekiedy tak piękne, że miłośnicy zjawiska umawiają się najczęściej poprzez Internet na wspólne oglądanie „spadających gwiazd”, jak je literacko nazywają. A dawniej mówiono na nie „łzy świętego Wawrzyńca”, ze względu na dzień 10 sierpnia upamiętniający jego męczeńską śmierć – wtedy to właśnie zaczyna się największa aktywność Perseidów, czyli meteorów. Te „łzy” malujące na sierpniowym niebie jasne smugi są tak naprawdę małymi (milimetrowymi) skalnymi odłamkami z rozpadu komety czy planetoidy, które rzadko kiedy osiągają nawet wielkość pięści i które, wpadając do ziemskiej atmosfery, spalają się. Dzieje się tak wtedy, gdy na drodze roju meteorów, wybiegających jakby z gwiazdozbioru Perseusza, znajdzie się Ziemia. Rój Perseidów z coroczną regularnością obserwowany jest już od 2 tys. lat. Spadające gwiazdy są nam, jak widać, bardzo wierne.

 Ars moriendi, czyli poradnik czynności nieużytecznych

 

1.

Jeśli już zdasz sobie sprawę z tego, że nie masz

żadnej władzy, ani kontroli nad niczym, sprawdź,

czy jesteś przy sobie. Nakryj do stołu, albo popraw

okulary na nosie. Tyle możesz zrobić dla siebie.

I jeszcze popatrz,

czy nauka noszenia kamieni nie poszła w las.

 

2.

Jedyna i raz przychodzi. I bez prób udaje się wszystkim.

Ją trzeba w sobie przygotować.

Tak,  śmierć potrzebuje celebracji.

Ubiera się długo. 

Podejmij dla niej jeszcze jedną czynność

przyziemną. Jest ona potrzebna również tym,

których opuścisz. Przecież nie wypada wysłać człowieka

nieobutego przed oblicze Boga.

                                      Więc wyczyść buty,

które ci potem założą w ostatnią drogę. I pamiętaj,

by były wygodne, by stóp nie raniły.

Nie zostawiaj ich z tym problemem. Gdy wezmą czyścik

do polerowania, będą musieli się pochylić. Jeszcze raz

nad tobą, jeszcze raz nad śmiercią.

 

3.

Ubiera się długo. Musi zestroić w jeden świat

obie strony życia. Wtedy trochę mami, trochę

obiecuje, na przykład widok z lotu ptaka

z domieszką kwiatu konopi i kleksem

błękitu pod stopą. Co, obrazek przewrotnie

chagallowski? Więc dodam jeszcze:

i będziemy jak rekruci rysujący czarnymi lakierkami

glazur nieba.

 

4.

Wschodzą w niebo, wreszcie znośni dla siebie.

Wznoszą serca z litu najlżejszego. Chagallowscy

rekruci. A na ziemi położą im głowy ciężkie

na krochmalne poduszki. Mój Boże, czy Ty słyszysz,

jak to brzmi? Poduszka do snu ostatniego?

                                     Oni muszą się wyzwolić

z przyciągania ziemskiego, by zakończyć

co nieodwracalne i wypełnić co nieuniknione.

Pojedynczo. Nie inaczej. Chagallowscy rekruci.

Ale gdy raz zakołują nad głowami, gdy porwie ich

trawa wonna, już sami nie są. Bez skrzydeł a lecą.

Klucze, całe klucze niby żurawi.

(…)

10.

Porządek. Do niego musisz się przyłożyć

przed odejściem. Przejrzeć wszystkie szuflady.

Wyjąć listy, porzucone wiersze, zapisane plany.

Starannie je posegregować, by w stosownej

kolejności ujrzały ogień. On jest niezwykle

pomocny w nauce powściągliwości.

                             Śmierć potrzebuje celebracji.

Jeśli już zostawiać coś, to tylko prochy słów

po sobie, po sobie prochy.

(…)

16.

Słowo daję, że żyła. Ona tylko niepostrzeżenie przysiadała na brzegu

łóżka, bo myślała, że to łóżko jest jej, jak już nic bardziej

na świecie. Przecież gdzieś musiała wracać po całym dniu.

W końcu to jedna trzecia jej lepszego życia na tych

czterech nogach i kilku sprężynach.

                           Nigdy nie mówiła o swoich snach,

a właściwie tylko raz, ale nie chciałam uwierzyć.

Była już wtedy po całym życiu, nigdy po pracy.

Może dlatego przysiadała na rancie łóżka.

                                               Jak dusza na ramieniu

między dniem a odlotem, do którego już 

musiała się szykować od dłuższego czasu,

tylko ja tego nie zauważyłam między jednym a drugim

moim krokiem. Słowo honoru, ona była. W tym domu, ale jego

już nie ma. Stał tu, na swoim miejscu, gdzie teraz jest ziemia, która

ją nosiła. Naprawdę. Najpierw sprzed okna odeszła stara czereśnia,

tej odmiany już nie ma,

                                       ale babcia Stefania jeszcze wtedy była.

Zgarbiona chodziła ścieżką do domu. Ścieżkę przenieśli.

Na niej postawili nowe fundamenty. Ona naprawdę była.

Jak mam to jeszcze powiedzieć?

(…)

22.

Tak, śmierć zaczyna fascynować, gdy już

nabieramy pewności, że da się ją jakoś przeżyć.

 

26.

Albercie, czy rozwiązały ci się wszystkie wzory?

I czy czas w nich jest? Ten Heraklitowy czynnik panta rhei,

przez który wszystko, co u nas pachnie, pąsowieje,

trwoży się i boli, trzeba pomnożyć albo podzielić.

Tobie uwierzę. Nawet

jeśli mi do ucha szepniesz, że duch też ma płeć.

A moje wzgórza na tę wieść spłoną.

 

 


Pin It