{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Adam Ochwanowski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 


Homeland

 

Ojczyzna to paszport namiętności

garb obowiązków

kinetyczny porządek ekonomii

urząd podatkowy

terminy spłat

ostatnie przemówienie prezydenta

to niedzielny mecz

marihuana i seks naszych dzieci

Ojczyzna to kablowa telewizja

gry komputerowe

i problemy domowych zwierząt

 

Sercem ojczyzny są poeci

A ściślej mówiąc ich groby

 

 

 

Wódka z weteranem

 

Bóg zginął w Wietnamie

mówi Joe

stracił na wojnie nogi

nie tak szybko się zdycha bracie

przepijaj wódkę piwem

urżniesz się szybciej i taniej

nie pójdę na żadną paradę

w dupie mam ich ordery

i ulgi podatkowe

widzisz tego chłopca z Navy

on też pójdzie na wojnę

słowo pokój nie pasuje

do natury człowieka

biznes lubi karabiny

słyszałem o twoim kraju

Polacy lubią się bić

I za innych umierać

 

Hej Susan

podaj jeszcze dwie wódki i piwo

 

 

 

 

Opowieść Żydówki z Chicago

 

Uciekliśmy z łagru

dwunastu mężczyzn i sześć kobiet

jeśli chcesz poznać piekło

przejdź na piechotę Alaskę

czy wiesz, że ludzkie mięso

ma słodki smak

co noc

jak wtedy

uciekam

dwie kobiety

które doszły ze mną

dawno umarły

dziwne

że nie przeżył żaden mężczyzna

 

 



Wigilia błazeńska

 

 

Cienie na rampie pogasiły światła

Sny - pomieszane z taboru turkotem

Echo oklasków - pod przydrożnym płotem

W bełkocie ulic kolęda się gmatwa

 

Jarzy się w oknach choinki makatka

Jak myśl - palona wewnętrzną pożogą

Kiedy się twarze posklejać nie mogą

Czeka przy żłobie skuta lodem Matka

 

Co w nas ocali Betlejemska Gwiazda?

Człowieka w błaźnie? Czy w człowieku błazna?

 


 

Błazeńskie tropy

 

Szedł przed orszakiem i torował drogę

Znał tajemnice dworu i alkowy

Choć miał dwie twarze - nie opuszczał głowy

Wadził się z królem, prawował się z Bogiem

 

Aż mu nad karkiem ciężki topór błysnął

Kiedy, jak krzesła, wywracano trony

Gdy szubienice stawiał lud szalony

Aż się prostaczo wielkością zachłysnął

 

Dziś, kiedy wolność po manowcach hula

Król - niewart błazna, ani błazen - króla

 


 

Clown odrzucony

 

Gdy sekundy tężeją wypełnione chłodem

Miast fruwać razem z sercem pod areny dachem

Śmieję się jak szalony choć spętany strachem

A na widowni słychać cichy jęk zawodu


Gdy spadasz, gdy się liną okręcasz zbawienną

A wam, krew cudza krzepnie w rozpalonych głowach

Kiedy nie da się ciszy przełożyć na słowa

A ty - w moich ramionach. Choć nie jesteś ze mną


O jakże pragnę wtedy waszych braw fałszywych

Co równo obdzielają umarłych i żywych





Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Błazen pijany

 

W ramionach linoskoczka duszna przestrzeń kwili 

Iluzjonista wodę na wódkę przemienia

W samotnej garderobie wariują wspomnienia

A noc nogi rozkłada czepiając się chwili


Na dnie pustej butelki - ballada okrutna 

Co od dawna nie może pomieścić się w głowie

Wrogość przejrzystych myśli, kryta w każdym słowie 

Modlitewnego świtu - jasność bałamutna

 

Gdy spojrzenia się kłócą ze świętym obrazkiem

Zdejm Panie mnie i sobie ociemniałą maskę

 

 

Musisz oswoić śmierć...

 

Musisz oswoić śmierć

przyznać dzieciom

że są życiowym błędem

musisz wyrzec się ojca, matki

i kawałka obiecanej ziemi

jesteś numerem

w demokratycznym oflagu

komputerową tożsamością

historii kredytowych

twoja gwiazda ma kolor szary

jak zimowy świt

i nie ma nazwy

 

 

 

 

***

 

ucz się języka

potem zostań mechanikiem

najlepiej samochodowym

ożenisz się

kupisz dom

jesteś jeszcze młody

zapomnij o wierszach

to zajęcie dla emerytów i idiotów

najważniejszy jest biznes

w kościele też

gdyby nie brakowało księży w ameryce

też pewnie byłbym mechanikiem

 

 

 

 

***

 

nie wiem jak długo wytrzymam

mój szef zna setki polskich dowcipów

boję się urzędu podatkowego

emigracyjnych służb

i zwykłych chorób

skąd jesteś?

z marsa – odpowiadam

mieszkam w piwnicy

raz w tygodniu właścicielka

płaci za seks

dobra robota – mruczy

a ja

tak naprawdę

nie wiem

co robię

 

 

 

 

***

 

ameryko

matko milionerów i żebraków

piszę o tobie poemat

ja syn starej europy

wczoraj powiesił się

mój meksykański przyjaciel

właśnie rozpoczął kurs angielskiego

i pracę na czarno

chciał być dobrym amerykaninem

nie wytrzymał idiota

w nevadzie ogromne upały

mieszkam w samochodzie

przyjęcie urodzinowe liz taylor

kosztowało milion dolarów

ameryko

kapłanko ziemi obiecanej

piszę poemat

nim zdechnę z miłości do ciebie.

 

 

 

 

e-mail-j.christ@new york. com

 

Nie wiadomo

gdzie i kiedy narodzony

kim są rodzice

skąd przybył

uzdrawia chorych

wskrzesza umarłych

obiecuje królestwo

z tego świata

wypędza ze świątyń niewiernych księży

przemienia malboro w marihuanę

coca-cola w whisky

mówi po angielsku z cudzoziemskim akcentem

w biurze na manhattanie ma dwanaście

                                                           komputerów

na szyi nosi telefon komórkowy

i dyskietki z moralnym kodeksem

ma problemy z urzędem podatkowym

fbi i cia

wygląda na trzydzieści lat

mówi

że ma tylko trzy lata

na naprawienie tego

co zepsute

 

1998

 

 

 

 

Ostatni seans z Julią


To był cudowny film

o miłości, która jest zdradą

o zdradzie, która jest miłością

w kinie „wolność”

zapachniało kalifornijskim winem

zamigotały palmy

drogie hotele

pieniądze leżały na ulicy

na całym świecie zakochani

całują się w ostatnich rzędach

na próżno szukałem ust

i niecierpliwych dłoni julii

uciekła z chuck norrisem

nowym ferrari

clint eastwood uratował jej życie

a al pacino wykąpał w szampanie

zanim ogłoszono szczęśliwy koniec

julia przestała być moją kobietą

posiadł ją marlon brando

obsypał diamentami

tkliwością

i siłą

na jaką nigdy się nie zdobędziemy

ani ja

ani onanizujący się w kabinie

kinooperator

 

 

3/4 I 98

Adam Ochwanowski urodził się 6 lutego 1952 roku w Zło­tej (Pińczowskiej) na Ponidziu. Zawiązała mu pępowi­nę, jeszcze w blasku naftowej lampy, babka Peruńka z Niegosławic. Stąd pewnie miał i ma słabość do wszystkiego, co paranormalne. Bywał tu i tam. Teatr, kino, literatura, cyrk - towarzyszyły mu na wszystkich - nie tylko pol­skich - drogach, pełnych za­krętów, wybojów, niedo­rzeczności i zwariowanych azymutów, drogach po ro­zum do głowy, które nie mają początku ni końca. Trawestu­jąc powiedzenie znanego aforysty, chce wyręczyć Was w odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ten i ów jest błaznem? Ano dlatego, ponieważ nie posiada dość charakteru, by nim nie być. „Dwunastu gniewnych błaznów" to jego dwunasta książka.

Pin It