{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Bohdan Wrocławski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

Na schodach rzymskiego senatu

                                   (Karolkowi)

Odkąd zmyto krew ze schodów rzymskiego senatu
Brutus stał się nieśmiertelny
cywilizacja bogatsza
i nikt nie przypuszczał że w życiu
może być coś ważniejszego niż republika rzymska


świat nadal odwiedzali uzurpatorzy
umierała miliony razy miłość 
atakowali Germanowie


budowali nową cywilizację – każdy chciał
być wodzem najnowszej demokracji
i wygrać wojnę w imię pokoju


tymczasem wieśniacy 
niespokojnie spoglądali w niebo


kruszyli suchą ziemię w palcach
i kłaniali się niżej niż zachodzące słońce


to w ich zgiętych plecach poeci odnajdowali natchnienie
a filozofowie spokój ciągle umykającego czasu


któregoś roku zbyt wcześnie opadły liście kasztanów
wszystkim wydawało się 
że to umiera niespokojna Europa


nikt wtedy nie odgadł drogi do nowego lądu
nikt nie zbudował wieży w zamku fromborskim
z której Kopernik o twarzy ascetycznego anioła
patrzył w krążące dookoła słońca planety


i chociaż wieki mijają wolniej 
niż stygnący na mrozie Syberii kubek gorącej wody


lub marznąca w tym samym czasie
krew zastrzelonego


to nam tworzącym siebie odejścia wydają się zbyt szybkie
a śmierć bardziej spragniona niż nagrzane w południe
piaski Sahary


dlatego przyspieszamy nasze kroki 
biegnąc w zdumieniu ogromnym zaczynamy gubić szczegóły
ktoś z głębi poza nami podpowiada nam odgaduje
kolory naszych myśli 


dziwne coraz częściej
godzimy się na to niechętni obolali i wiemy 
znów
zakwitną akacje niebem przelecą klucze kormoranów
ich cień prześliźnie się po ziemi 
nie do odtworzenia


zapamiętaj tam jest twój dom twoje codzienne wzruszenie


dzieci biegające z krzykiem mew w cieniu krzewów
skrzypiąca huśtawka autobus przejeżdżający przez
środek drzemiącej Europy pusty bez pasażerów
którzy dawno opuścili już szlaki odkrywców


słychać równomierny rytm jego serca – wtedy
na krańcach Sycylii trwa sjesta wieśniacy opadają
w głębokie krzesła w dłoniach trzymają kapelusze
chroniące przed słońcem ale i ono płaskie jak naleśnik
przylepiony do niebiańskiej patelni stanęło w miejscu


przeminęły już dynastie
kto miał umrzeć ten umarł a kto ma się urodzić
ten czeka ściśnięty w tłumnym niepokoju poczekalni
i palcami ślepca błądzi po nakłutych kartkach papieru


jutro będzie twoim synem w najczystsze popołudnie
dorośnie


zczerwienieją norweskie fiordy jak błękitna krew
w czasie rewolucji francuskiej
morze stanie się zbyt chłodne i zachłanne


wtedy staniesz z nim na łodzi
będziecie wyławiać wędką skaczące do nieba łososie
historia wyda się zbyt odległą


a napływający mróz będzie ważniejszy 


niż pełne trwogi łupieżcze wyprawy Wikingów


wydawać się to może dziwnym nikt bowiem
nie powraca z bladego świtu miejskich bibliotek
są one snem wiecznym ich nienawiść jest bardziej zaraźliwa
niż wszelkie mijające dżumy świata
a miliardy literek nigdy nie zatracają spokoju


w tym wnętrzu czujesz puls liczysz go jest wolniejszy
i odleglejszy niż światła pędzącego w nocy pociągu
dlatego pełen chęci zdumiony nawiedzającą cię odwagą
wysiadasz na pierwszej z brzegu stacji


zaspanymi oczami czytasz nic nie mówiącą ci nazwę
potem wykrzykujesz ją prosto w mrok 


jest nadzwyczaj próżna i pusta aby zechciało powtórzyć ją echo


przypadkowy mężczyzna opowiada ci o cmentarzu bohaterów
którzy ułożyli ciała wzdłuż podmiejskiej promenady
trwa zbyt duży wiatr abyś mógł zrozumieć jego słowa
pełen gorączki próbujesz ucieczki na odległe łąki
w śnie widzisz na niej wszystkie kwiaty dzieciństwa


ktoś dorosły w tobie zabrania je zrywać


nie chcesz się z tym zgodzić 
obawiasz się swego buntu
zatem spisujesz ich nazwy starannie rysujesz
pośrodku kartki własne pragnienia 


być może rozniosą je chmury
jesiennego krajobrazu a być może na zupełnym progu wiosny
umrą ucięte przypadkowym nocnym przymrozkiem


tak umierają w poddaszowych pracowniach kaszlący
artyści
i ich odwieczny strach przed niepamięcią


ale inni tańczą wzdłuż Półwyspu Iberyjskiego muzyka
wrze jak krew spragnionego radości życia torreadora


krok taneczny jest zbyt hardy i śmiesznie mały
dlatego najodleglejsze oceany zamykają się w dłoniach
wciąż żywych i wiecznie spragnionych
tej samej miłości


jest noc przez najsmutniejsze zakamarki jej ciała
słychać niezbyt odległą kanonadę na Kaukazie
i na Bliskim Wschodzie


twoje dzieci śpią wśród rozrzuconych krasnali
i pluszowych misi


kiedy się obudzą
zaczniesz opowiadać im o schodach rzymskiego senatu




Między wyspami dzieciństwa

 

Nie ja krzyczę nie ja szepcę nie ja łkam

nie ja modlę się aby było mi dane aby było

 

odpuszczone wszystko to czego dokonać nie potrafiłem

 

nie ja odwiedzam podmiejskie targowiska

ich muzykę o konsystencji mgły

rzeźnie pełne miłości liryki i śmiechu

 

wygasa w nich przepływanie krwi szlachtunku

wyobraźni

 

pole morskiej bitwy na którym zatopione okręty

ogromnieją do monstrualnych kształtów

wypełniają oczy

konającego ptaka

 

słyszysz łopot serca drżą pióra

tańczy cygański korowód tabor milczenia  ognia

więdną kępy tataraku mdli zapach

cynowobrązowych okrętów perskich a może fenickich

które odpływają prosto do bezchmurnego nieba

 

ta historia trwa wiecznie literatura umiejscawia ją

odtąd do nikąd

 

nie ja krzyczę w cieniu podalpejskich sadów

pełnych dojrzewania i gorączki

 

lub w innych miejscach zapomnianych przez opatrzność

przy brzegach Morza Białego

gdzie ktoś zabity nadal milczy a jego

wiecznie więziony głos

 

spływa wzruszony we wzniesienia

skutych kajdankami dłoni

 

i znów stają się one bezimienne

 

widzisz jak rozstępują się w nich wszystkie pustynie

najbardziej kolorowe oceany i fantazje

 

jakiś krzyk monotonny o smaku ciepłych skał

ciągle kogoś przywołujący

kryształki mrozu wieczny popiół nieobecności

tafle lodu na których ktoś porozsypywał zapach kwiatów

 

to szepcą w nas pożółkłe kartki starych książek

przyznaj się nie zdążyłeś ich przeczytać w dzieciństwie

 

próbujesz o tym rozmawiać wiedząc że najtrudniejsze

są rozmowy z samym sobą

 

kiedy zamarza wzruszenie

 

wokół

gesty pełne niewyraźnej ciszy wypudrowane ulice

ciągła przestrzeń przemilczeń

śmiech gwar jakiś przypadkowy

pogrzeb

 

a także

to coś co nie pozwala nam umrzeć zbyt wcześnie

 

nawet jeśli jest to owad lub mała jaszczurka z powiekami

pod które amsterdamski jubiler

wepchnął świecące brylanciki

 

tymczasem coraz szybciej mijają pory roku

twoje myśli rozleniwiają ruchy rąk

w powietrzu gęstym

od upału  przyzwyczajeń  urojeń i fantazji

 

ten dzień wciąż brzmi w zaułkach

fascynuje go czyjeś zagubienie

 

niespełnienie myśli  natchnienia

haseł które wywołują nas

z ciągle nie napisanych zdań to ich cień

ledwie zarysowany między nadbrzeżnymi krzewami

o zapachu bagien wciąga nas

w głąb własnego istnienia miękki niczym ruch

zwijanych skrzydeł drapieżnego ptaka

 

nie ja słucham przerażenia pękających orzechów

z których miąższu wypada wszystko to

czego nie potrafiła dotąd ocalić przestrzeń sztuki

 

a to tylko znane nam galaktyki gubią swój oddech

w wysychających krajobrazach naszego ciała

więzną w stawach mięśniach wykrzywiają usta

w niecierpliwym uśmiechu i bezbronności

 

strofa za strofą czarne dziury zachłannej liryki

 

znów słyszysz dźwięk kroków

krzyk komend gwałtownie zamykane okiennice

za którymi drży zniecierpliwione słońce

 

pewnie i ono pełne niechęci wkrótce zechce nas opuścić

 

rzadziej odwiedzają cię przyjaciele

wzdychasz rozumiejąc - ten seans trwa nadal

jego akcenty wczesują się w całą dookolną przestrzeń

 

jesień powoduje że nabrzmiewający horyzont

zapada się w tobie słyszysz jak trzeszczą

łamane szkwałem żebra

 

jęczy poranione wiatrem morze

 

więdną wszystkie zioła które sadziłeś wiosną

ich zapach umiera wśród pustoszejących gałęzi

 

wypływa  krew

cieplejsza niż wyobraźnia dziecka i nie wiadomo skąd

przywołane sonety Mickiewicza

 

opadają liście schną paprocie pustoszeją gniazda

szeleszczą obojętne na twoje prośby i wezwania

 

dziś wydają się one wielkie i cięższe niż stary plecak

który przesuwasz wzdłuż bioder

obserwujesz rysy na materiale przebarwienia łaty

 

cały ten splendor podróży

który zastygł na wieczność

niczym bursztynowa inkluzja

zapisały go twoje linie papilarne na rozdrożach

pokaleczonych przez chmury gwiazd

 

zdajesz sobie sprawę że są one ustawicznie nienasycone

jak więźniowie w syberyjskiej tajdze

do wielu z nich nigdy nikt nie dotrze

 

zatrzymają go gęste krzaki głogów puste koperty

krzycząca przeraźliwą samotnością noc

 

niepokój lęk zimowe tropy zwierząt i wszystko to

czego nie możemy dotknąć własnym instynktem

 

pobliskie domy nawiedziła powódź i pożar

ten sam

który ośmiela nasze oczy do wiecznych poszukiwań

miłości

 

i ten sam chłód

którego bliskość staramy się oswoić w sobie

jak przypadkowo przybłąkaną zimą przepiórkę

 

wtedy nie ma większego znaczenia

żadna z naszych zmarszczek

wśród wyleniałych traw

 

ostów

z wiecznie napiętymi kolcami marzeń

zapach piołunów

stad ryczących jeleni wałęsających się skrajem września

 

zamilkły oceany

resztki stygnącego słońca pełne lęku przed sztormem

czepiają się twych ramion jasnym cieniem uderza albatros

 

jego drapieżny śmiech

łodzie które zastygły w najdoskonalszym

dotyku pędzla i światła

 

to śmierć zawołasz

 

agonia gestu i scenariusza światło

wpadające przez porwaną kurtynę w głąb sceny

 

doskonale zdajesz sobie sprawę że nikt

ciebie krzyczącego nie słucha i nie zapamięta

 

oprócz twojej wyobraźni

 

zresztą nawet ty sam rozumiesz

że staje się ona coraz odleglejsza

coraz bardziej niebezpieczna  głodna

dla przestrzeni twojego ciała

 

jej nerwy zapach ściętego drewna

ciemną gałęzią chmur uciekają przez wąwozy

najodleglejszej planety unoszą w dal jak okręt

zagubionego Odysa

 

twoje pytania

szukają miejsc do ocalenia

towarzyszy im ostry krzyk jastrzębia coraz wyższy lot gołębia

strach zamykający powieki

wilgoć nisko zawieszonych chmur

sens przestrzeni twardej jak czerniejący granit

 

dźwięk jego pękania bez obaw znów wyminiemy

wszystkie pagórki ślepy zapach Mierzei Wiślanej

wątłe kępiny traw o czerwonym zmierzchu

 

obumierające

drzewa akacji

z kolcami wpiętymi w czyjąś radość

w tym momencie w którym pragniesz być bezpieczny

 

twoje ostrożne kroki

wahanie drżące wargi spięte lękiem

cieplejsze niż schnące na poboczu grządki zioła

dziąsła nasączane niepewnością

 

wtedy

zaczynasz się bać

zawieszonego między niebem i ziemią powietrza

 

jest zbyt miękkie abyś na nim mógł

oprzeć skrzydła dlatego zastygasz

 

cień między marmurami

 

krzyczysz

spadasz

konasz nawet wtedy kiedy rodzi cię matka

 

już wiesz że we wszystkich miejscach które odwiedzałeś

mieszka to coś co można zrozumieć

tylko w tym jednym ostatecznym ułamku sekundy

 

zapewne jest to lot ćmy w kierunku światła

dla nikogo nie widoczne

skrzywienie warg skrzypienie starych drzwi pokojowych

modlitwa

ścieżka wśród piołunów zapach pór roku śmiech dobiegający

z obszarów najczystszej młodości

 

dotyk dłoni

na wiecznie suchej i spragnionej pieszczoty

skórze

 

wieczna zmarzlina pełna zwątpień poszukiwań

z witrażami światła  obojętności

 

łagodnie zarysowanymi cieniami tych ptaków

którym serce pękło od wysiłku

w czasie wiecznego lotu

 

między nabliższymi wyspami dzieciństwa

Pin It