Agnieszka Marek

 

Labirynty                                                                                         

 

Ponoć mamy się nie bać tego, co nieznane,
co się nawet nie przyśni, bo noce za krótkie
na sny, jakim trudno zaufać, gdy trzeba
mocno zacisnąć zęby na stwardniałej prawdzie.


A jednak wciąż przychodzisz, jeśli zamknę oczy
i wciąż jeszcze się godzę na to, czego nigdy.
Spocone obojczyki i rozgrzane lędźwie,
kolana słodko zdarte, obolały język.


Do rąk świeżo zmęczonych wciskasz kłębek nici,
bym trafiła do ciebie, nawet gdy się skończy
sen, a w nim wreszcie będę niepodzielnie twoja
i może niepodwójna choć przez krótkie mgnienie.


Tylko czemu poranki budzą mnie szorstkością
i sznurkiem tak sparciałym, że zostaje w dłoniach ?
Zupełnie kontrastowo do twoich zanikań.
Do snów, które wypada zapomnieć przed zmrokiem.

 

 

Zaklęcia                                                                                        

 

Trudno uwierzyć, że łomżing dodaje ci czaru,

raczej spłyca. Powoli opadamy na dno, choć

złocisty płyn musuje, wypuszcza na powierzchnię

 

lśniące cząstki. Złudzenia. Współczesność próbuje

wziąć cię pod włos, zamiast czerpać. Z tamtych lat,

z dawniej. Właściwie chodzi o to, by nie zreklamieć.

 

Dać szansę spacerom po Starówce, wodom Narwi.

W chłodne ucho Bielickiej szeptać, że miłość, że jednak.

 

 

Przemiany                                                                                     

 

                                                                                 Być z tobą albo z tobą nie być –
                                                                                 oto jest miara mego czasu
                                                                              
/J.L.Borges, Złoto tygrysów/

 

Nazywasz mnie kolekcjonerką smutnych rzeczy, czasami chwil.
Te czarne sukienki (zbyt cienkie, za krótkie), kolczyki,
które przeszkadzają ssać płatki uszu. Momenty na skraju torów,


wieczne balansowanie. Każdy kolejny pociąg powoduje zmiany
(śnieg wiruje w popłochu, błyszczy, drażni). Srebro szyn kusi,
wszystko wydaje się zaskakująco proste i gładkie. W końcu


staję się Anną. Nabrudzę tu, nakrwawię.
Będą długo zmywać tory. Będą pamiętać.

 


Kontrolnie

 

Właściwie wiesz, że to kiedyś minie. Jak katar, czkawka,
wiosenne gradobicie. Jak inni przed tobą. Przepowiednie
zdarzają się od czasu do czasu. Zasłonięte okna, wyciszony


 dźwięk. Drobne kroki. I możesz być pewien, że myślę wtedy
o krwi po zbyt mocnych pocałunkach, dłoni skradającej się,
gdzie tylko chciałeś. Najgorzej jest utracić czucie, zapomnieć


ciepło. Ale przecież do wszystkiego można przywyknąć.
Wyniki badań dziwnie nie zaskakują. Krzepliwość uczuć

znacznie powyżej normy.

 

 

 

 

Odkrycia                                                                                           

 

Najbardziej lubię niezaścieloną wyspę i zapach,
który kroplami wrasta w prześcieradło. Bez trudu
odnajduję w nim jin i jang, nasze skradanie na palcach,
później nagłe decyzje. To jednak zaskakuje –


muszę być pogryziona do krwi, cięta na pół mocnymi,
gwałtownymi ucieczkami. Wtedy prawie nie boli to,
co próbowałam spłukać z siebie pod prysznicem. Ten czas,
kiedy znikasz gdzieś pomiędzy miastami, a GPS głupieje


pomimo natrętnych aktualizacji. Dlatego gdy topisz się
we mnie – wracamy. Wciąż oboje i znów nieosobni.
Zalogowani w sobie  hasłami chcę i jeszcze.

 



Agnieszka Moroz


 

Ostatni wywiad

 

 

Oglądasz ostatni wywiad z Heathem Ledgerem

i nagle czujesz jak w środku puszczają ci szwy

najpierw nie umiesz nazwać tego uczucia

w końcu rozumiesz że od początku patrzyłaś na siebie

Znasz ten tępy moment

kiedy przestaje się kontrolować drapanie

a oczy niebezpiecznie błyszczą

i trzeba szybko mnożyć by zahamować odruch

 

Odkąd tkwisz w tym letargu

jesteś jak przerażony joker

Rysujesz wielki uśmiech szminką

zbyt tanią by mógł przetrwać do wieczora

wcielasz się w damę lub królową kier

w nocy zrywasz i bardzo szybko biegasz po pokoju

 

Mówią że jeśli w kadrze pojawi się pistolet

w końcu na pewno wystrzeli

dlatego Heath nie powinien siadać obok plakatu

 I’m not there

a ty pisać na kopercie gdyby coś mi się stało

Teraz już wiesz

trudno byłoby o happy end

 

I chociaż boisz się huku

wierzysz

że kiedy strzelisz

nie zdążysz go usłyszeć

 

 

 

 

Przy twoim łóżku

 

 

To ja Alice

siedzę przy twoim łóżku czekając na cud

Mam nieodparte wrażenie że ktoś kręci to kamerą

i jeśli po śmierci

swoje życie ogląda się jak film

scenie tej towarzyszyć będzie piosenka Heart Shaped Box

i tykanie mojego serca

 

Marny ze mnie materiał na bohatera

Nie odnajduję się w roli

skomplikowanego wewnętrznie podmiotu

który reżyser długo przechowuje na jednej z tych półek

za najgęstszymi pajęczynami

by w końcu go wyciągnąć i pokazywać pod światło

W kolejnych ujęciach

przyjmuję tysiąc niekontrolowanych póz

nad twoim łóżkiem zwisam

jak nad przepaścią

z której machają już do mnie znajome dłonie

o nad wyraz krótkich papilarnych liniach

 

Najgłupsza wizja nagle jest realna

boli jak zdjęcie z Beksińskim palącym własne obrazy

i chciałoby się tam wskoczyć żeby ratować co się da

zagłuszyć widok wrzaskiem jak w regresywnej terapii Janova

lub śnie z którego budzi się zawsze w takim momencie

by nie zobaczyć co wydarzyło się dalej

 

Dlatego jeśli naprawdę zacznę się bać

pozwól mi cofnąć film

podnieść ci powieki

i spływającą w ciebie kroplę zawrócić do plastikowego worka

tak by widzowie nigdy się nie dowiedzieli

że Alice to tylko mała dziewczynka

chowająca się za gazetą

i papierowym kubkiem kawy

 

 

 

Stan równowagi

 

 

Mężczyzna który idzie ulicą trzymając otwarte piwo i papierosa

może osiągnąć wszystko

W pogardzie mając władców pieczątek i bloczków z mandatami

zagaduje do dziewczyn których nie lubił w podstawówce

bo w końcu wyrosły na kobiety o ciałach modelek

i pewnie wyda się im interesujący

Jest trochę jak Eliot na starych fotografiach

w końcu też pali i nosi okulary

(pożyczone na rozmowę o pracę

lecz ten szczegół pozostanie niedopowiedzeniem)

 

Mężczyzna który idzie ulicą z otwartym piwem i papierosem

do komunikacji ze światem ma zestaw sześciu słów

zawsze jest rozumiany

W jego kieszeni klucz pobrzękuje i tajemnicze blaszane pudełko

więc schowaj cv z sześcioma językami

i przestań gapić się dziewczynko

jeśli nie chcesz zobaczyć jak idealnie te przedmioty

wieczorem składają się na całość

 

 

 

Anna Maria Musz


Z dziennika podróży

 

od kiedy tylko zeszliśmy na ląd

wszyscy chcą nas zobaczyć

wszyscy chcą nas gościć

 

jesteśmy rozrywką dla znudzonych królów

władca skinął dłonią

i słudzy przynoszą nam jak na uczcie

same niezwykłości

otwarte pejzaże i rozstąpione morza

 

zapraszają nas alchemicy uczeni magowie

stoją gotowi z klatkami po rajskich ptakach

nie wierzą pytają patrzą nam na ręce

 

– w tym kraju

podobno od dawna nikt nie wierzy w miłość

dlatego widzą w nas czarodziejów

lub tresowane małpki

 

rozchylamy szaty w które nas przebrano

i – hop! – wyskakują serca

alchemicy się śmieją

cały dwór się śmieje

niczego nie pojmując

 

 

***

 

staram się nie nadużywać twojego imienia

ale ten rytm ten dźwięk -

 

miasto jest rytmiczne. latarnie lampy

rozświetlone okna deszcz echo na kocich łbach

wabią mnie imieniem które przyjąłeś

w naszym języku

 

nie rozumiem ani słowa z innych dialektów

choć kiedyś nimi władałam

wszystkie są niedosłowne

 

- wchodzę

smutna że przynoszę ci tylko zapach deszczu

i resztki chłodu na zmokniętym płaszczu -

ciepło. jasno. jesteś

chłód natychmiast znika

nadużywam

nadużywam

nadużywam

twojego imienia

 

 

Spacer

 

mieszkam teraz gdzie indziej

w dwóch oknach ze zdjęcia

w zarośniętym ogrodzie

 

odmieszkuję za siebie ciebie za nas

czas płynie w drugą stronę

- codziennie jestem o dzień wcześniejsza

ale o dzień starsza. mniej obca

szybciej rozpoznaję drogę

 

układam tu mozaikę

znoszę do niej migawki z pogodnych podróży

pokoje – całe w plamach światła

słowa – małe skłębione żywioły

 

jeśli mi się uda – mozaika będzie żywa

i będą w niej tętnić – jak w wieczny karnawał –

dwa rozświetlone okna

 

 


Mgła

 

horyzonty poznikały nam z okien – mam wrażenie

że tu zbiegają się i kończą wszystkie drogi

 

nasz

mały rzym – myślę z czułością i strachem –

wiekuista przystań (z Bułhakowa)

dom niczym ostatnia ściana widzialnego świata

 

czego chce to białe

ślepe światło wokół

 

może nas otoczy

zatrzyma na amen

 

dlatego dobrze że jesteśmy

po tej samej stronie szyby - nawet

w zmrużonym świetle słabych lamp

zbyt słabych by nas wydobyć z gęstniejącej bieli

 

 

*   *   *

 

szczęśliwy kto żyje tylko swoim światem

i wraz z nim odchodzi gdy nadejdzie pora

 

my – zanurzeni w historii –

jesteśmy zawsze w połowie cudzego umierania

i trochę z nas też ubywa

z każdym słowem

rozgadanych nekrologów

 

nasze powroty

to powroty w miejsca ludzi umarłych

 

szukanie dawnych przyjaciół

– spacer żywych

pośród świeżych grobów

 

jak teatralne kukiełki na długich sznurkach

huśtamy się

to w obcą przyszłość

to w znajomą przeszłość

już uciekającą

Pin It