{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Andrzej Tchórzewski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

Słonie w Dar-es-Salam

 

Noc drżała w chłodach i gładziła fale

a trawy rosły aż do trąb szeleszcząc.

Ponad kolumny palącego żaru

wznosił się cichy łoskot pieszczot.

 

Młodzież niepewna przyszłości –

zwykłej plamy za plecami portu.

Starsi już nie schowają kości

krocząc po kłączach ścieżek, bez eskorty.

 

Stary arabski targ niewolników;

przymusowi turyści popłyną donikąd.

 

Bunt

nie jest ich miarą.

Chłód

nocy –

znają.

 

Najwyżej, więcej wilgoci

w powietrzu

i mniej snu

rozciągniętego na źdźbłach,

powalonego po walce –

 

Wspólnie rozpoznajemy zapach

milionowego miasta

 

Po co?

 

 

 

 

nie przewidział schopenhauer nietzsche

                      dedykowane autorowi  "mea cuba"

                      na ostatnią  podróż
                      ku  wolności

                       

 

macho
prawie złożony do grobu
żołnierz mafii
sparaliżowany
już nie sieje strachu
lecz litość


jeszcze pracują żyły i tętnice
coraz bardziej zwapniane
jeszcze w kraju króluje szept
a wrogowie ci maricones
nawet w  celach mogą oddychać
bo strażnicy już wietrzą koniec


dla nich finał ma ludzką postać
papieroska towarzyszu więźniu
naturalnie staramy się pomóc
jednym uchem słuchamy rozkazów
drugim proroctw


młodszy bękart niby łagodniejszy
nawet czterech zamachów nie zdzierży
też już stary i odarty z nimbu
głodu brudu czy poświęcenia


najważniejsze;
nie umie nagradzać tych co
z warg potrafią
zdjąć mu myśl
zanim objawi
swoją wolę której może nie ma


dyktatura schodzi do podziemia
nastaje czas pisania podań
 

 

Ochłoda

 

Moja ojczyzna jest milcząca

I pory roku zna i dziady

Śniegi zielone śniegi jezior

uśmiechem w czerwień lata wbite

 

Neris i Narew to dwie rzeki

mchem czy żywicą spływające

pod sannę zimy a w żeremiach

lśni krótki srebrny włos bobrowy

 

Sosny piaszczystych dolin cedry

babiego lata już nie tkają

I wjeżdża Chrystus do miasteczka

witany przez tłum Karaimów

którzy nieznanym mu językiem

chwalą niebiosa ryby bursztyn

Stoi policjant z karabinem

Przemytnik na kolana pada

 

(i tylko nie wiadomo przed kim

czy słodka skrucha go ogarnia

czy strach)

Maj kukułkami się zaroił

Ptasich bękartów znów przybędzie

Rozniosą wilgi w dziobach swoich

Niezapisane nigdzie szczęście

 

ono jak wiersz się często  zdarza
 chociaż zapewne nie każdemu
 z prawem ciążenia wciąż się  zderza

 

 

*   *    * [ ja przy tym byłem...]

 

ja przy tym byłem  gdy

Staff zamykał Księgę dnia

i wydawało mi się

że zostanę apollinem

polskiej poezji

 

zostałem nikim

bo  to czasy zastawiają

na nas pułapki

 

na które możemy odpowiedzieć

milczeniem dobrowolnym

lub  przymusowem

 

tracimy impet

a nie zyskujemy nawet

mądrości starca który widział

śmierć wielu imperiów

krach idei wymóźdżonych

ze współczucia

klęski zapomnianych już dziś polityków

odnotowane w podręcznikach

jako drobne złośliwości losu

 

młodzi mają atakować

mądrości - zjełczałe - idiotów

starcy uśmiechać się pobłażliwie

jak poeta w trumnie

stojący jedną nogą na warcie tradycji

drugą wpleciony w przemijanie

 

to tylko ma sens

 

 

*   *    *

 

                                 (pamięci  Borysa Conrada)

 

Nie widzisz jak drzewo rośnie

Coraz bardziej zostając  cieniem

W który później bezwiednie wchodzimy

Odchodząc  niepostrzeżenie

Dla drzewa; ono postęka potrwa

Do następnego wyrębu

 

 

Molinaccio – retrospekcje działań ponawianych

 

Zjeżdżali tu z gór

dwukółkami szybkimi jak głód

Przystawali z boku niżej

tu gdzie dziś jest  parking i Amerykanie

w przyczepach kochający Toskanię

czy modę na podróżowanie

po wyludnionych lecz wygodnych wsiach

 

Podjeżdżali tutaj z urodzajnych dolin

ciężkimi furami zasobnymi w kłosy

 

Zmieniali się młynarze lennicy poborcy

Ciągle brakło parobków

Świadczą o tym księgi parafialne

notujące coraz mniejszą  ilość

krzaków i ślubów między nimi

a także odloty ptaków za ocean

po lżejszy chleb

 

Strumień jak tylko umiał kręcił koła dharmy

Zboża poprzerastały na piękne pustkowie

Nikt  z gór nie zjeżdża - nie wyrusza z dolin

 

Jeśli już to skrzętnie omijają młyn

by spotkać się na przełęczy

tam za horyzontem

 

gdzie nie ma otrąb

gdzie nie kwitną maki

a króluje postulat sprawiedliwej wagi

Apoteoza

 

może masz ochotę trochę o czymś

pomilczeć –

 

tylko nie krzyw się

nie krzycz że to zabronione

 

nikt nie ma takiej władzy

aby ciągle gadać

 

czujesz jak milczenie

przydaje sensu twojemu istnieniu

 

jesteś jak po urodzeniu

nieodgadniony

 

przestałeś być papugą

jakiegoś prądu który wymyślił żółw

 

pływasz spokojnie w sosie własnych myśli

do których słowa nie mają dostępu

bo są zbyt wolne

 

 

Jakby donikąd

 

                              pamięci e.s.

równina z której wieża triangulacyjna

wstaje

jak twór gustawa eiffel

alzatczyka

 

las

i niski owies

tak aby oddech piasków

zatrzymać na lata

 

znaki pordzewiałe

nieczytelne symbole niedbalstwa

 

jadę pociągiem

z szybkością motyla

któremu jakiś urwis

urwał z pół skrzydła

 

wjeżdżam

w niebo szare

na deszcz zgotowane

 

tu od karola młotka

popiela śrubstaka

nikt nie zmieniał torów

i dlatego wolno

 

jest miasteczko

gotyki plus prefabrykaty

i dróżnik

senny charon

z połówką szlabanu

odciętą przez ciężarówkę

 

stoją jakieś półstożki

polowej fabryki domów

 

gdybym wiedział gdzie jadę

w ten kraj

niejaskrawy

wykrzesany z topielisk

bulw przedwczesnych ognisk

 

odwiedzić przyjaciół

popatrzeć na scenę

którą tak mgła wieczorna

zaludnia powoli

 

dziś jeszcze

amputowane kłosy

przywrócić ścierniskom

 

wyciągnąć nóż

wetknąć w ziemię

niech rdzewieje

 

 

Między nami... sachel

 

Ptaki padły

nikt – przeto – nie wyśpiewa

świtu

 

w teatralnym powiewie

drzew i latarń

zaplątały się resztki wiatru

pewno z permu lub kenozoiku

 

ludzie – chyba  - śnią o

oddychaniu chociaż w tej fazie

snom już odpadają skrzydła

 

jest rześki poranek

ziemia leczy rany

po aktach głupoty

jakie jej zadamy

 

o czym ty śnisz... ts, tss

 

to sprawa intymna

 

nigdy nie opowiadam swych snów

oraklom ani terapeutom

nawet wierszom

 

więc musimy zastosować

domysł równouprawnienia

 

jest godzina tryumfu

kiedy samotność odchodzi

w postawie imponującej

 

 

Wizytacja

 

Regularnie odwiedza nas państwo policyjne.

 

Duchowny powiedziałby: „nawiedza”.

 

Bo to trup wolności

w innej – owszem – cielesnej powłoce,

szukający swojego miejsca na przypiecku.

 

Nakazy, zakazy…

następnym razem nastaną rozkazy

albo cudowne prasłowiańskie skazy

w wykonaniu medialnej kapeli.

 

(Pomylone) słowo poety przestało się liczyć;

za dużo śpiących rycerzy,

za mało giewontów i jaskiń.

 

A ci, wpół zaspani,

zasypani pustą gadaniną?...

 

Brrr

 

 

Pamięć

 

 

                                     Zygmuntowi Falatyckiemu

                                     Jurkowi Łabęckiemu

                                     Robertowi Rogowskiemu

(przyjaciołom z młodości, kolegom-poetom)

 

 

Nie mieli cierpliwości

Wyszli z dołków czy bloków – za późno

 

Wcześniej popełniali falstarty

Kto mógł przewidzieć że najgorszy

zaświeci jak lampa

na mecie

 

Bieg był czechowiczowski Pełen niepewności

Nie żadna biała błyskawica podziwiana wspólnie

i na luzie

 

Nawet nie wiem kto wygrał

a przecież to sprint

i wszyscy mogą ukończyć

przed czasem

 

Mech i zapomnienie rosną najszybciej

Niewiele im trzeba Wystarczy trochę wilgoci

 

Nikogo nie podziwialiśmy prócz zmarłych

Ale skargi Laforgueá brzmiały jak zachęta

do nowych wariactw

 

Jeśli już piosenka to Brassance

lub Prevert

 

Nasza kultura świeciła znad Wieży Eiffel

bo ta dookolna była nieciekawa

Po prostu taką nam zafundowano

bo nikt w nas nie wierzył

i nie umiał chłopców tych wyspowiadać z marzeń

 

Pomyśleć

takie faux-pas w katolickim kraju




Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

ANDRZEJ TCHÓRZEWSKI – ur. 18.05.1937 r. w Lublinie. Ukończył Wydział Filozofii UW. Studiował na Wydziale Dziennikarskim  UW i Wydziale Filozoficznym KUL.  Debiutował w 1955 r. na łamach „Kameny” jako poeta. Od 1955 r. w Warszawie. Poeta, eseista, dramaturg i tłumacz poezji anglosaskiej, włoskiej i hiszpańskiej, gruzińskiej. Pracował jako dziennikarz i specjalista ds. przekładów, m.in. w  wydawnictwach: „Iskry” i „Czytelnik” oraz przez wiele lat współredagował miesięcznik „Poezja” (1975-1990 ). Pracował również w Polskim Radio w redakcji hiszpańskiej. Jest również tłumaczem poezji i prozy z kilku języków (angielski, hiszpański, włoski, portugalski, gruziński, rosyjski). M.in. jest jednym z pierwszych tłumaczy E. Pounda i  e.e.cummingsa. 

Wydał:  Wnętrze kwiatu. Poezje ( Iskry 1960 ),  Dłoń dotyku. Poezje (Pax 1963), Wosk na ucztę. Poezje (Wyd. Lub. 1969 r.),  Prostota (Wyd. Lub. 1980 r. ), Reportaż z wieży Babel . Poezje (PIW 1881 r. ), Rok Święty. Poezje (KAW 1986 r.), Haiku. Poezje. (POW 1999 r. i II wyd. internetowe w 2001 r.), Kronika żywego dnia . Poezje (Przedświt 2002r. ), Na piasku chwili (Atut 2003) i  tom esejów Z Poczekalni na Parnas (eseje o poezji polskiej), który wyszedł nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w 2005 r. Wiersze z różnych kobiet (Wyd. Arwil, 2007) i Bóg - Mara – Sen (Wyd. Astra, 2007).  W 2012 t. nakładem wydawnictwa A. Marszałek ukazał się pierwszy obszerny wybór poezji : Chroniąc oczy przed korozją. Ponadto publikował swoje utwory i przekłady obcej poezji w wielu czasopismach i antologiach.

Otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę Młodych w 1957 wraz Markiem Hłaską, Ernestem Bryllem i Romanem Śliwonikiem. Nagrodę Hulewicza za całokształt twórczości, nagrodę  literacką Gminy – Warszawa Bemowo za całokształt twórczości. Stypendysta stypendium Funduszu Promocji Twórczości przy Ministerstwie Kultury.

Pin It