Andrzej Bartyński - wiersze

Aqua Marzenna

 

Nad senniejącą wodą Milczących Ust

pod tytoniową łodygą letargu

zapamiętałem rozmarzeń naszych plusk

zieleniejący na bombajce czasu

A na piętnastu rubinach

wirują kółka w moim zegarku

powstaje godzina – dąb ją usłyszał

nadstawia ucha bajkom

Na perskim rynku pachną dziewczęta

i w koszach zerwane cytryny

jak tłum motyli płyną derwisze

w brodatych turbanach nargilli

Delirium tremens to białe myszy

nad rzeką z rumem jamajka

w piasku się bawi z dziećmi bazyliszek

i wulkan dymi jak fajka

U smukłej kobiety koloru kawy

wybrzeżem nocy kochanek się zjawił

przez biodra przejdzie tygrys płomieni

zjadaczów brzoskwiń w burze zmieni

A z Monte Carlo śpiewa Murzyn

że słońce jest jak wielki bursztyn

że kocha swoją czarną muzę

o hej ja hej jak Murzyn

W zatoce pereł mruczą fale

palacze opium dziwnie śnią

skradziony księżyc na tapczanie

w cyrku się śmieje Din i Don

W cygańskim mieście wśród namiotów

wyrosłem na apasza gwiazd

całując morelowe oczy kocic

ogniste oczy moich snów

splatałem im w lubieżne sploty

włosy ze stu moich wróżb

W cygańskim mieście wśród namiotów

Liszt kampanelle swoje grał

i Aleksander stał Gierymski

w pomarańczarki towarzystwie

Kto wśród magnolii posąg wymyślił

na cześć rozpasanej bachantki

kto się miłością spił w nieprzytomność

poeta znad pustej szklanki

Wtem się rozpłakał na pachnąco

czerwony goździk z krwią gorącą

tuż za „Altaną” Aleksandra

O gwiazdo cygańska

Cyganko z Szopenowskiego walca

złota dziewczyno skąpana w astrach

córo Gounoda

oblubienico Petrarki i Fausta

Na obłąkany turecki bez

na rozedrgane żółte tulipany

swą krew bym zgarnął diabłu w gardło

za muzykalność

najdoskonalsze mi zwierciadło

Za ludzką rzecz

 

1951 r.


 

Rapsod o Jesieninie

 

I

Niebo jest złote jak plaża

a nocą księżyc jak róża

Nie dla mnie przyświeca gwiazda

gdy mi się droga zachmurza

 

Płonie słońce nad światem

ludzie się w słońcu złocą

Do siedmiu czarnych bajader

odejdę ja białą nocą

 

Może mnie wspomni blondynka Joanna

zielonooka jak morska zieleń

a może wiatr mnie rozczuli jak szampan

gdy się spotkamy – ja i Jesienin

 

II

W przedpotopowej bryczce my obaj

bo księżyc się nie liczy

zaczęliśmy cwałować do cygańskiego miasta

Powiedziałeś mi wtedy o czymś dziwnym

o różach płonących na marne

o gorejącym Krzyżu Południa

co zabłąkanym objaśnia drogę

 

I powiedziałeś mi o zmierzchach

spokojnie smutnych przemytnikach

Tylko nie wiem od czego miałeś krew na mankiecie

i taką twarz z alabastru poeto w randze jesieni

 

III

Perło poezji wetknięta w morze

gdzie jesteś

Deszczu jesienny tragarzu łez najsmutniejszy

bądź gotów – gdzie jesteś

Z portu nadziei odpłynie nasz jacht

pod wiatr pod wiatr

W zgaszonym krzyku mew

ten step pod nami jest niepewny

ta toń pod nami to głębina

Fale na rozstawionych nogach biegną

a nam się czerwień róży śniła

pod wiatr pod wiatr

 

 

IV

Marmurowy obelisk nie ocali mnie

purpurowy twój dotyk – oman

idę manowcem – płakać się chce

O poły surduta wiatr się zazębia

niebo jest chmurne i ziemia pochmurna

idę za tobą jak Dante

idę za tobą

idę

już spopielała perła

 

V

Dzwoni księżyc tak cienko

jak dzwonek w maleńkiej operze

Kto mi zanuci „Wróć do Sorrento”

komu na tym zależy

 

Astry kwitną jesienne

Cyprian by je malował

blade i takie srebrne

jak ta łza księżycowa

 

Ach rośnie drzewo smutne

brzoza czarno-biała

Głowę swą jak trumnę

do jej pnia przykładam

 

A ty się nie wzruszaj tak łatwo Joanno

bo trzeba zapomnieć i wobec pamiątek

Jeśli nam serca z żalu się rozpadną

cicho odejdźmy i to jest początek

 

VI

Słyszycie jaki ze mnie trubadur

jak się tam do kochanki umizgam

jak samobójczą umiem tyradą

zagasać w pieśni i rozbłyskać

 

Myślicie że szukam a ja znalazłem

wołacie żem upadł a ja nie zgasnę

Pod cięciem nocy jak od miecza

stacza się słońce – gwiazda grzywiasta

Podnoszę pięści i zaprzeczam

bo z każdej nocy świat wyrasta

 

1956 r.

 



Ballada o dziewczynie i dziewięciu bransoletach


Miała dziewczyna dziewięć bransolet

bransolet dziewięć – tak wiele

aj – brzękały bransolety

malutkie czynele

 

Słuchaj John – ty zakochaj się

to bardzo piękna kobieta – słuchaj John

no słuchaj John

o tych dziewięciu bransoletach

 

I raz i dwa i raz i dwa

jaka mgła na dworze

gęsta mgła

a w domu ciepło

jest piec ogromny

a w świecie deszcz jest dla bezdomnych

pada i pada jak nieszczęście

bransolet dziewięć i męski pierścień

cholerna pompa

cholerna męka

i ta tęsknota

wieczna włóczęga

W jakimś barze bułka z szynką

duża wódka w małym szynku

Cygan z gitarą i z głupią twarzą

jacyś artyści wciąż łażą i łażą

i tak bez końca

Po ulicach i po dworcach

po mostach

a pora dżdżysta

i żaden się nie zachwyca

taki artysta

Więc się uśmiecha piękna kobieta

trzecia i czwarta a także piąta

bransoleta

Posłuchaj John

zatopiona korweta

zatopiona katedra

i zatopiony dzwon

 

A głodnemu chleb na myśli

albo kawałek chleba

w deszczu – pomyśleć

w normalnym deszczu

z nie bardzo chmurnego nieba

Nie – tego nikt nie potwierdzi

z potopem bzdura

pieni się w złości chłopek-roztropek

aż mu się burzy strasznie fryzura

– taka dygresja

ale nie całkiem ciemna mogiła

Miała dziewczyna dziewięć bransolet

mogła je zgubić

no i zgubiła

Bransolet dziewięć

znaczy się kilka

ale dziewczynie serce zostało

malutkie serduszko

serce jak szpilka

 

Słuchaj John – nie wygłupiaj się

co cię tam kłuje w tym boku

bransolety w szarej mgle?

Słuchaj John – daj spokój

John – robaka zalej

i nie myśleć – nie myśleć John

to najwspanialej

 

1957 r.

 

Ballada o Hance

We Wrocławiu przy ulicy Monte Cassino

 mieszka Hanka

 narzeczona szesnastu Cyganów

 nie umiejących grać na bałałajkach

 A ona jest także gwiazda filmowa

 bez nakręcania filmów

 i w czarnych gajach lwica płowa

 i w białych palcach róża pąsowa

 jakby w romansach

  

 Oto już jadą cygańską drogą

 polscy ułani

 i słychać słychać jak pobrzękują

 bardzo srebrnymi szablami

 Cygańska droga – jaka zielona

 a ta herbata jest nie osłodzona

 a ja nazywam się Hanka

 tylko mi nie zjedzcie wszystkich truskawek

 jaki masz ładny sweter

 pocałuj mnie pocałuj mnie w usta

 jak kobietę

  

  

 Więc nauczyłem Cyganów

 grać na bałałajkach

 żeby się zaczął wreszcie

 ten cygański romans

 A tu nagle – Dobranoc – powiedziała Hanka

 i wzięła na drogę kompas

 Poszła sobie nie wiadomo dokąd

  

 Cygańską drogą

 ułani milczący płyną

 i nic nie widać

 i nic nie słychać

 jak gdyby o niej

 słuch zaginął

  

 A mieszkała we Wrocławiu

 miała oczy piwne

 i o kwiatach powiadała

 melancholie dziwne

 Zawisła noc jak płaszcz nad miastem

 piosenki moje dam włóczęgom

 a za piosenkę można gwiazdę

 najromantyczniej objąć ręką

 Dlatego księżyc mam na myśli

 cygański uśmiech Garcia Lorchi

 dlatego którejś nocy przyjdziesz

 do moich wierszy jak na koncert

                                                          Mojemu Przyjacielowi Ireneuszowi Morawskiemu

Jesteś

 

Gdzie brzóz zielonych szeptu spowiedź

katedrę ciszy otumania  - jesteś

Na falach pijanych i pienistych

jak toń szampana - jesteś

W przywarciu warg w jaspisie źrenic

w podaniu ręki - jesteś

W złożonych muszlach perłopławów

jak ręce do modlitwy

i w krętych snach

jak wiatr nad trawą  - jesteś

w krzyku rybitwy

 

Dwa

Porastam nocą – rzadki obłok

a stopy więdną – pył nad drogą

gdzie kto szedł – żadnych tropów

gorący płacz tobą jest – moja młodość

 

Trzy

Twoje słońca są szare a oddech zbyt słaby

twoje nogi są w błędzie i nie dojdziesz

krew da się odgasić wargami

kto będzie twoje zarzewie

 

Cztery

Grzbiet miała prężnej pantery

i bujną płodność łona

to drzewo cieniste przy drodze

to płomień żywy nad nocą

i wielkie spojrzenie

i nieomylność

 

Pięć

Człowiek z tamtym imieniem

przyniósł kształt

człowiek z tamtym imieniem

uczniowie jego jest mądrość

on ma purpurowy dotyk

 

Sześć

Proch ziemi pokona myśl

schyl się do źródła

nim umrzesz

Siedem

To są moi mistrzowie

oni mają dłuta

oni mają czas

oni mają człowieka

oni mają nadzieję

 

Osiem

Dziewczyno masz złote kolce

dziewczyno dokąd idziesz brzegiem morza

dziewczyno dotknę cię sobą

dziewczyno wtedy uwierzysz

 

Dziewięć

A jak to ten żal – może wiesz

radą dobrą mnie wesprzyj

a jak to w tę dal – może wiesz

w złym takim wietrze

 

Dziesięć

W otchłań tęsknienia schodzę za tobą

nocą bezludną i dniem suchym jak kamień

bo jesteś dla mnie rosą wieczorną

i rano ptaków śpiewaniem

W domostwa smutnych idę za tobą

rojem flecistek choć każda bez fletu

bo jesteś dla mnie brzegiem perlistym

radości wieków

Na górę głodu wstępuję za tobą

chromego wołaniem w nocy i we dnie

bo jesteś dla mnie palmą nadziejną

woda i chleb powszedni

Jedenaście

Tłum kobiet wtargnął bladych

krzyczała ruda Altea

od kuli w usta każdy umiera

twarzą do nieba

 

Dwanaście

Noc kryje ślady

zginie twoje i moje

groby się rodzą z matek

ale nagość jest piersi twoich

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chciałbym nie umierać

 

Trzynaście

Tu coś jest

tu czegoś nie ma


 

 

Rozmiary poetów

 

Jaka jest różnica

między wielkim poetą

a poetą małym

ta różnica

może być w centymetrach

Wielki poeta ma sto dwieście

albo tysiąc i więcej metrów

Wielki poeta jest jak uniwersytet

jak Centrum Zdrowia Europy

Ameryki

Azji

Afryki

Australii

Wielki poeta jest jak stolica

jak Kair

Ateny

Rzym

Moskwa

Nowy Jork

Sydney

Pekin

jak wielka kolumna historii

jak wielka kolumna transportu

jak Autostrada

Słońca, Księżyca i Gwiazd

która prowadzi w astronomiczną dal

A mały poeta?

Mały poeta dochodzi do pół metra

jest jak łyżka

jak talerz

jak flaszka wina

jak okulary

jak para butów

żeby stopom było dobrze

Mały poeta jest jak latarka w nocy

jak dzwonek u drzwi

jak list

jak tradycyjny bukiecik fiołków

na wiosnę

jak pocałunek w niedzielę

w altance na działce

Mały poeta to codzienny chleb

w pomarszczonej dłoni

i szklanka ostygłej tęsknoty

 

Między wielkim a małym poetą

bywa różnica w słowach

Wielki poeta używa wielkich słów

do wielkich spraw

Mały poeta używa małych słów

do małych spraw

Wielki poeta powie

– narody chwyciły za broń

stając do wojny świata –

­Mały poeta powie

– z tej wojny

nie wrócił mój syn­ –

Między wielkim a małym poetą

nie ma żadnej różnicy

jeśli przyjmiemy że obaj są

N i e ś m i e r t e l n i

 

 

 

Mamo

 

We krwi mam księżyc moja mamo

dlatego nocą nie zasypiam

dlatego romans ten z Joanną

do której wzdychał nawet Cyprian

 

Ja mamo serce mam puszyste

dlatego nucę urok świata

dziewczęta – gwiazdy promieniste

Ty jesteś mamo słońce w kwiatach

 

I tobie w hołdzie trud mój niosę

jedyny śpiew mych lat i wiosen

bo Ty jesteś moim domem

i chronisz mnie przed wiatrem

Ty jesteś jabłoń kwitnąca

i wszystek mój romantyzm

 

 

Double  whisky

 

                                                            Mojej siostrzyczce Hali

 

Gdy utraciłem oczy

dałaś mi oczy swoje

szliśmy do kina we dwoje

ołówkiem szeptu rysowałaś sceny

a ja widziałem greckie Ateny

morskie syreny, labirynt

złotą nić Ariadny

cały świat stubarwny

Odysa, Homera, Pegaza

mówiłaś – jutro idziemy na Picassa

pojmować sekret jego sztuki

więc piłem wino Twej nauki

i znowu szeptu zręczna mucha

wkładała obraz mi do ucha

 

I tak przez całe nasze życie

świat mi malujesz

a ja na corridzie

ja byk i matador wzięci razem

też się stajemy obrazem

byk i matador razem wzięci

walczą na płótnie mej pamięci

obaj zawzięci

 

Jeszcze niech jedna rzecz będzie jasna

generał przyprowadził błazna

to  wymyśliła moja siostra

wzięła i namalowała obraz

widownia woła: kim panowie są!

ja odpowiadam – mną

to ja w dwóch postaciach

jeden się śmieje

a drugi bój stacza

widownia szaleje

byk rogiem zahacza

i krew się leje

„psia krew sobacza”!

A gdy utracił oczy

dała mu oczy swoje

by malowali świat we dwoje

Ona pędzelkiem, farbą na płótnie

a on zatrudnił wiersza lutnię

by dźwiękiem barwić słów obrazy

i tak malują świat razem

 

Tu ukłon niski

niech żyje sztuka i double whisky

publiczność wznosi braw półmiski

niech żyje sztuka i double whisky

widownia pełna jak butelka

niech żyje sztuka wielka

zawołał korek od butelki

i się przytulił do kropelki

 

27 czerwca 2009r. Wrocław

 

 

 

 

 

Mały tryptyk miłosny

 

                                                                                  Mojej żonie Krzysi

 

 

I. Anioł i Róża

 

Szukałem Cię w czerwonej róży

ale Ciebie tam nie było

szukałem Cię w zielonej trawie

ale tam tylko polny konik

szukałem Cię w teatrze w literaturze

w śpiewie i fortepianie

 

A Ty przyszłaś jak anioł codzienności

ja otworzyłem Tobie drzwi

i teraz jesteś moim każdym dniem

czerwoną różą w dłoni serca

 

 

II. Pocałunek oczu

             

Idzie poeta przez czasy

a ona – żona – z różą

patrzcie już wieczór

gwiazdy

oczy swe srebrne mrużą

stanęli

przytulił poeta żonę

westchnęli

jakie te gwiazdy słone

 

 

III. Pod balkonem

          

Ja z Tobą chleb jabłko gruszkę

ja z Tobą świat słońce burze

ja z Tobą ulice place lotniska

ja z Tobą stół dom czerwoną piżamę

      

Czerwone usta pelargonii na balkonie

ryczą na całe gardło o miłości

a ludzie zatykają uszy z przerażenia

      

Ja z Tobą

cebulę na klawiaturze fortepianu

zatańczmy

pod błękitnym niebem przy muzyce sfer

      

Ja z Tobą

do końca słońca oceanu aż wyparuje woda

ja z Tobą do kropli kropki

kropli kropki kropli kropki

kropka

      

Ja z Tobą

w chlebie w niebie w słońcu i fortepianie

a pod balkonem zatykają uszy

 

 

Teraz

 

 

Gdy cisza kosmosu

unosząc spódnicę niebios

rozchyliła uda

widząc to on

król chaosu

pojął znaczenie gestu

odpowiednio się ukształtował

i podjął decyzję:

Teraz albo nigdy

 

Porcje proporcje rytm

teraz teraz szeptała cisza

porcje proporcje szczyt

teraz teraz milczała cisza

 

Jestem powiedział człowiek

porcje proporcje byt

byt określa świadomość

będę powiedział człowiek

i podjął decyzję

 

Na drugiej stronie liścia

Homer napisał: Byłem

na pierwszej stronie liścia

autor napisał : Jestem

 

Porcje proporcje i dysproporcje

a liście porwał wiatr

teraz teraz szeptała cisza

na trzeciej stronie liścia

 





Andrzej Walter

Poeta ptak czyli rzecz o Andrzeju Bartyńskim

 

   Jak napisał Stanisław Grabowski istnieją „poeci z urodzenia”

Zaliczył do nich Jana Twardowskiego, Tadeusza Nowaka oraz Andrzeja Bartyńskiego – wrocławskiego barda o silnym refleksie słowa, gdyż właśnie ów potężny refleks uznał Grabowski za wyznacznik takiej kategoryzacji. To refleks tajemnego pojawiania się wiersza na zaskakujące okoliczności życia. Na sytuacje nagłe, ekspresowe i mocne, z których poeci ci, wzlatywali ponad poziom otoczenia błyskawicznie ripostując słowem w poezji.

 

   Doświadczyłem tego osobiście obserwując nagłe i błyskotliwe wzloty wierszem równie niespodziewane jak sytuacje, które je wywołały. Andrzej Bartyński jest żywiołem. Wulkanem słowa i życia. Jako taki stanowi wręcz zjawisko socjologiczne na mapie kulturalnej Polski. A jego korzenie sięgają Kresów, rzewnie wspominanego, przedwojennego Lwowa, czyli świata którego właściwie już nie ma. Świata jakże zamkniętego i unicestwionego walcem historii i ludzkim cierpieniem. Cierpieniem, którego doświadczył też nasz Autor tracąc wzrok z ręki nazistów, i z którego uczynił oręż tak silny, że pręży się niczym skała. Jego okaleczona percepcja bowiem, w połączeniu z dynamiczną lekkością weny ewoluowała w kierunku czystym i rześkim jak źródło spoza wszelkich znanych warstw świadomości. Jak źródła wiersza na pustyni życia.

 

   Życiem tym szedł Andrzej Bartyński zdecydowanie. Jakby widział więcej, czuł silniej, słuchał uważniej. Szedł odważnie, energicznie i aktywnie. Działał, pisał i tworzył, zawiązywał koleżeństwa oraz przyjaźnie. A dziś śmiało można go zaliczyć do czołowych postaci zamkniętego kręgu świata literackiego. Mam takie zdjęcie, które zrobiłem trzy lata temu na Polanickim Festiwalu, na którym inny poeta fotografuje Bartyńskiego deklamującego wiersz na jednej nodze niczym swojski, polski bocian, kiedy zamierza wznieść się do lotu. I faktycznie. Niewiele brakowało, aby odleciał.

 

   Kiedy przeczytamy kilka wierszy tu zamieszczonych, pokaże nam się „poeta z urodzenia” Andrzej Bartyński jako poeta uczuć, jako poeta poplątanych ludzkich dróg, które zawsze prowadzą w jedno miejsce, a jest nim nasza autonomiczna Arkadia, którą całym sobą tworzymy przez lata, aby nigdy do niej nie dotrzeć i nigdy w niej trwale nie zamieszkać. Możemy tylko pobyć w człowieczym sercu, jak i serce to dla drugiego człowieka szeroko otworzyć. Tak na oścież. Za ludzką rzecz / swą krew bym zgarnął diabłu w gardło… To mocna deklaracja. Jak cały Bartyński. Gorąca niczym gejzer. Buzująca działaniem oraz przygarnianiem pod skrzydła poetyckiej braci z jakąś wyjątkową misją jej jedności. Autor wybrał te wiersze wytrawnie. Czule. Nieprzypadkowo. Żonie. Siostrze. Przyjacielowi … Mamie. Aż wreszcie nam, poetom, w różnych rozmiarach. I bawi się Bartyński odręcznie i na poczekaniu stworzoną konwencją, w której nic nie jest jednoznaczne, jasne i przejrzyste. Mały, może być wielki i na odwrót, wielki stać się małym, a największe w tym wszystkim są słowa i uczucia. Albo uczucia, które współtworzą owe słowa. Wypływają jak krystalicznie czysta mowa nie-człowieka. Człowieka zmienionego w ptaka, który pragnie odlecieć, ale coś go tu jeszcze zatrzymuje i zatrzyma …aż do Końca. Ale końca nie będzie

Bartyński w żaden koniec nie wierzy. Dla Bartyńskiego końca nie ma !  Będzie tylko inna strona medalu. Nowy wymiar – jeszcze nieznany.

   Taką bowiem poeci ptaki ponoszą karę za pragnienie wzlotu. Doświadczają wiecznej nieskończoności tak splecionej z życiem jak śmierć. Tylko, że ich „śmierć” jest balladą, protest-songiem, fraszką czy epitafium dla miłości. Jest najzwyklejszą w świecie zmianą stanu. Wiersz dojrzewają, nabierają wartości. Trwają. Taką filozofię wyznaje Andrzej Bartyński. I kulom się nie kłania. Jest przy nim Krzysia – jak pisze – anioł codzienności, i jest ona każdym dniem.

 

   Co lub kto stworzył takiego poetę? Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. To miłość i każdy jej odcień, który da się odczuć i opisać. Jedyny motor działań, siła sprawcza i nadzieja. Miłość. I kielich wina.

Zawińmy więc … jak zwykł mawiać „poeta z urodzenia – Andrzej Wielki Bartyński.

 

Andrzej Walter




Andrzej Bartyński

 

Andrzej Bartyński urodził się we Lwowie 25 maja 1934r.

W czasie Drugiej Wojny Światowej aresztowany wraz z rodziną  za czynny udział w ruchu oporu, przesłuchiwany przez gestapo jako dziewięcioletni chłopiec, łącznik Armii Krajowej, traci wzrok całkowicie.

W 1946 roku wyjeżdża ze Lwowa do Wrocławia.

Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim.

W 1956 roku założył z kolegami  Wrocławską Grupę Artystyczną  „Dlaczego nie” skupiającą młodych poetów, prozaików, aktorów i artystów plastyków.

Jako poeta debiutował w 1956 roku wierszem „Rapsod o Jesieninie” opublikowanym we  wrocławskim czasopiśmie „Życie Uniwersytetu”. W 1961 r został członkiem Związku Literatów Polskich.

Dorobkiem literackim Andrzeja Bartyńskiego są następujące tytuły poetyckie:

„Dalekopisy”/1957r./ – Wydawnictwo Związku Literatów Polskich Oddział Wrocław, „Zielone wzgórza”/1960r./, „Komu rośnie las”/1965r./, „Ku chwale słońca”/1974r/, :Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie bar Cin-Cin”/1977r/, „Wojna, wyspa, skarabeusz” /1982r./ – Wydawnictwo Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu.

 „Wróć bo czereśnie”/1997r./, „Te są ojczyzny moje”/1999r/, trylogia poetycka „Taki Świat”/2001r/I tom I „Poranek”, II tom „Południe”, III tom „Oderwanie” – Oficyna Wydawnicza SUDETY we Wrocławiu.

„Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy” /2008/ - Wydawnictwo Jakopol Wrocław.

Poezje wybrane”/2009/ - Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa, cykl Biblioteka Poetów

Jest wielokrotnym laureatem krajowych festiwali poetyckich „Kłodzka Wiosna Poetycka”.

Otrzymał wiele wysokich odznaczeń państwowych, resortowych i regionalnych w tym Krzyż Partyzancki i Krzyż Armii Krajowej oraz Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

2007 roku został laureatem Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury.

W  roku  2009 otrzymał nagrodę literacką im. Ks. Jana Twardowskiego za najciekawszy tom poezji  /Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy/.

Człowiek Roku 2009 Polskiego Związku Niewidomych.

Za szczególne osiągnięcia w dziedzinie kultury został w listopadzie 2009 roku uhonorowany Nagrodą Marszałka Województwa Dolnośląskiego.

W 2010 roku otrzymał srebrny medal Zasłużony dla Kultury Gloria Artis.

W 2013 roku otrzymał medal Pro Patria i odznakę honorową złotą Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego.

Pełni funkcję prezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich we Wrocławiu.

Honorowy obywatel miasta Polanica Zdrój, od 2003 roku pomysłodawca, twórca i współorganizator  corocznych międzynarodowych festiwali poezji odbywających się w Polanicy Zdroju „Poeci bez granic”.

Drugą profesją Andrzeja Bartyńskiego jest pieśniarstwo. Jest członkiem Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków.


Pin It