{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Erwin Kruk

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska





Przypadki wieku

 

Wiele się zmieniło.

Przede wszystkim nasz wiek

I my, jakby wciągnięci w kosmiczną pułapkę.

Niestety, mamy sobie

Coraz mniej do powiedzenia.

Czas sprawdza siłę naszej wiary,

Naszą niemoc obnaża

I patrzy uważniej na nas,

Co stało się z nadzieją,

Że słabnie w zmęczonych ramionach

I że z nich wypada, niczym pył.

 

Wrażliwość postarzała. Z niepamięcią

Walczą o lepsze dawne uniesienia.

Okolice radości, krainy przyjaźni.

W oczach

Już nie ta młodzieńcza przekora

Ani zalotne lub ciepłe błyski,

Lecz chłodny lęk i zagubienie

Przed napierającą mgłą.

 

Czy nadal milczeć,

Że istnienie uwiera do bólu?

Już życia nie otaczają beztroskie słowa,

Nie niesie go przeczucie

Znajomych kroków, szczęście

Rozpromienionych twarzy, radość

Nieoczekiwana. Oczekiwanie,

Jakby z dnia na dzień,

Zostało z pewności odarte.

I spogląda na nas bezradna nagość,

Samotna aż do trzewi,

I chowa się przed światem

Pełna wstydu i poniżenia,

I nasłuchuje coraz ciszej,

Jaki to wszystko miało sens, i skąd -

Jeżeli tak pusto wokół -

Może nadejść ratunek.

 

Nieuważnie przechodzą

Tak życie, jak śmierć.

Niczym mało czytelny znak

Mijają słowa, że ktoś o pomoc woła,

Że ktoś odszedł przedwcześnie.

Bliźni się rozproszyli.

Czasem jeszcze wyłaniają się

Z albumu snów, z dawnych obrazów.

Lecz od zawirowań epoki

Porwały się nici,

Które ich uwierały

I którymi byli ze sobą powiązani.

Nie ma odwiedzin. Milczą telefony.

Dostrzeżeni przypadkowo, płochliwie

I w milczeniu oddalają się,

Nie budząc nawet takiego zakłopotania

Jak telewizyjne relacje z dalekich wojen.

 

Co się z nami stało,

Że obojętniejemy od nadmiaru

Obrazów, gestów i słów

I że budujemy odludny świat?

Wciągnięci w kosmiczną pułapkę,

W przestrzenie wolności i chłodu,

Jesteśmy za daleko od siebie,

By stać nas było na bezinteresowność.

I tylko raniąca samotność

Podpowiada, jak wiele się zmieniło.

Przede wszystkim nasz wiek

I my. Niestety, coraz mniej

Mamy sobie do powiedzenia.

 

Jak w głębokie studnie

Zapada się nasza chybotliwa wiara.

Lecz gdy z głębin dobiega wołanie,

Przechodzimy obok. A ono

Zazwyczaj jest tak ciche,

Że niczego nie zakłóca

I nikogo nie wzrusza.

Po prostu było i znika.

 

 


Dziecko i przechodzień

 

Obraz zamglony, z dawnych czasów,

Ale z rodzinnych stron.

To niedaleko stąd. Dotąd widzę:

Dziecko zostało na drodze.

 

Ono nie wie, nie pojmuje wcale,

Że przegrało wojnę

I że musi opuścić dom.

 

Tam, gdzie stała jego kołyska,

Życie się toczy. Tobołki

Rozkładają ci, którzy wędrowali

Lub z łez otarli już oczy.

 

Co chłopcu po tym?

Co mu rzec po latach?

Że taki los był nam pisany?

Że musimy pójść ku wodom zapomnienia,

Za siódmą górę, za siódmą rzekę?

Jak wytłumaczyć,

Że lata naszego rozproszenia,

Które nadeszły,

Wcale nie czekały na nas?

 

Jeszcze stoimy naprzeciw,

Jakby na progu wieczności:

Nieme dziecko i ja,

Zmęczony przechodzień.

 

Wiem, że to mało.

Lecz chłopiec jest uparty.

Stoi w prochu drogi,

Sam nie wiem,

Jak do wędrówki go nakłonić.

 

Czy mi uwierzy, gdy powiem,

Że wszystko, co złe, minęło?

Albo, że teraz, skoro nadal

Stałego miejsca nie mamy,

Pójdziemy przed siebie

I poszukamy go razem?

 

Styczeń 2005

 



Jesień

 

Dzień się pochylił łagodnie.

Szedłem lasem, wśród ażurowych cieni.

Pod obłokami ciągnęły żurawie.

 

Jak zwykle o tej porze,

Szukałem drogi do domu,

Który od dzieciństwa mnie przywołuje,

Nucąc ze mną pospołu

Pieśń wygnańców.

 

Moją bezdomność

Uświetnia krajobraz,

Który jest godny zazdrości.

 

Na dawnych śladach życia

Szumią krzewy i drzewa.

Kos śpiewa, pachną zioła.

 

Szedłem i czytałem strofy Jeffersa: „mędrcy

W chwilach zwątpienia z zazdrością zerkali

Tam, kędy mały ludek weseli się jak pasikoniki

Na słonecznych polanach”.

 

Szedłem, starając się sobie przypomnieć,

Kiedy to było

I jak wspaniały musiał to być widok.

 

22 IX 1992

 


 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Stary dom w lesie

 

Znajome głosy, dawne,

Dyszą w upale bezwietrznym.

Wtedy, gdy w dzieciństwie

Zbierałem grzyby

Przychodziłem tu czasem,

Aby napić się wody.

 

Ale teraz wody już nie ma,

Ni zagrody, ni niskich dachów.

Tam, gdzie była studnia,

Rośnie czarny bez.

Świat wśród lasów,

Odległy od wiosek,

Trwa nadal jako miejsce,

Które zasługuje

Na odrobinę wzniosłości.

Przenosząc ludzi

Do innej ziemi, do innego nieba,

Czas niczego z tajemnicy nie ujął.

Tylko lasy podeszły bliżej.

 

Złotym piaskiem ściele się

Leśna droga. Na podwórzu

Chwieją się cienie upalnego dnia.

Samotna dziewanna stoi w kwiatach.

Za smugą siwego mchu

Dawnymi ścieżkami

Biegnie wrzosów fioletowy płomień.

 

Ten, kto tu mieszkał,

Wszystko pochował:

Dom, oborę, drewutnię i gołębnik,

Zwyczajny las, ale barwniejszy,

Z odpoczywającym światłem,

Z bujniejszą zielenią,

Wita mnie tak jak wtedy,

Gdy zatrzymywałem się czasem,

Aby napić się wody.

 

Jak w dzieciństwie, nasłuchuję,

Skąd dochodzą znajome glosy myszołowa

I z czyjej pamięci wyłoni się zagroda,

Którą las trzyma tak czule w objęciach?

 

 

Dodatek do życiorysu

 

Była niedziela, majowe południe.

Moja matka gotowała obiad.

Bóle chwyciły ją nagle. To ja

Byłem ich przyczyną.

 

Zamiast akuszerki, mieszkającej w Łynie,

Przybiegła pani Grontzka z domku

Na zachód od stawu. Sama urodziła

Dwanaścioro dzieci. W każdym razie,

Jak wszystko wskazuje, jej obecność

Była pomocna przy moich urodzinach.

 

To było dawno, przed półwieczem.

Wieś nazywała się jeszcze Gutfeld.

Ale ta wiedza nie była na moją pamięć.

 

Moje kłopoty z istnieniem

Miały dopiero się zacząć.

Gdy Gutfeld umierał

I gdy to, co po nim zostało,

Nazwano Dobrzyniem,

I gdy po śmierci matki

Uniosłem stąd

Moje czteroletnie życie jak tobołek.

 

Skąd mogłem przypuszczać,

Że teraz, po półwieczu -

Będzie cokolwiek do dodania?

Grontzcy opuścili wieś,

Nim przyszły styczniowe zawieje

I mróz, i śmierć. Moja pamięć

Była przede mną, na drogach wygnania.

Tymczasem, gdy padł berliński mur,

Syn pani Grontzkiej, Bubi,

Robotnik nieoswojony z wolnością,

Spełnił przedśmiertne marzenie matki,

Która na starość, nic nie mówiąc nikomu,

Każdego dnia po kryjomu

Wybierała się do rodzinnej wsi

I gubiła się wśród berlińskich ulic.

 

On przyjechał latem – i mnie odnalazł.

Już widział miejsce po swym domu,

Skąd jego matka wybiegła,

Skoro taka była wola niebios,

Abym w niedzielę przyszedł na świat.

Bubi pokazywał zdjęcia starszej siostry,

Która nosiła mnie na rękach

I pchała dziecięcy wózek, i mówił, że druga,

Najstarsza, pojechała z moimi rodzicami

Do kościoła w Łynie, i gdybym przyjechał

Do Berlina, ona mogłaby mi opowiedzieć,

Jak zachowywałem się wtedy,

Gdy trzymała mnie

W pięknym beciku do chrztu.

 

 

 

Przy ognisku

 

Kiedy to zbyt bolesne,

Aby rozdrapywać rany,

Albo kiedy nie ma o czym mówić -

O niczym wesołym,

A dla podtrzymania rozmowy

Albo dobrych obyczajów

Milczeć nie wypada -

Wtedy być może należy

Wychylić się ku rzeczom tak odległym,

Że aż budzącym zdumienie

I – jakby od tego zależał płomień ogniska -

Zapytać o Atapasków.

Właśnie o nich zapytać,

Pominąć Prusów, pominąć Mazurów.

 

Bo przecież dla łagodnego obrazu

Wystarczy, że jest szary mazurski wieczór

I od strony rzeki

Gasną ostatnie nawoływania,

A tylko lekki szelest wieczności

Błąka sie wśród płomieni.

 

 

Bajka

 

Żyli w krainie naiwnej,

A tak pięknej i niecodziennej,

Że gdy pewnego razu

Goście z hałasem

Weszli do ich domów,

To widokami byli wprost urzeczeni.

 

Tak im sie okolice spodobały,

Że dla dawnych gospodarzy

Wkrótce nie stało już miejsca.

I ci, jeśli przeżyli powitanie

I wracali z rozproszenia

Do dawnych zagród,

Aby nie szpecili urody krajobrazów,

Wypychani byli za próg,

Za bramy i miedze coraz dalsze.

 

Dopiero teraz

Miało się okazać,

Że mimo potulnego odchodzenia

Ciągną sie za nimi słowa skargi.

Bo choć wszystko w pośpiechu zostawili,

To jednak piękno,

Które przydawało blasku tej krainie,

Ukryli w jakichś ciemnych jamach i norach,

A ślady zatarli.

 

1994

 

 

W powiewach jak śnieg

 

Skryłem się za ciemnością i czekam,

Aby przemówić. Wokół wznosi się proch.

Brzozy słaniają się w cichym drżeniu.

Mój dziadek nie może spać.

Nakręca gramofon. Robi to specjalnie

Dla mnie. Tak to wygląda teraz,

Kiedy tamte światła pogasły,

A dni są wciąż nieprzejrzane,

Zagracone jak pokoik przy stajni.

Tu chciałbym słuchać,

W cieple wznieconych ogni,

Ale jak drżące jagnię płaczę.

 

Stodołę obrócono już w popiół.

Blaszane puszki leżą tam, gdzie wycofuje się śnieg.

Dorosły mężczyzna w mundurze,

Obcy i groźny, odpycha mnie stąd

I dostrzegłszy kogoś, kto ucieka,

Składa się do strzału. Nie słyszę krzyku.

Skryłem sie za ciemnością.

Szerzej otwieram oczy. Ranek nie przychodzi.

 

Po drugiej stronie stawu

Nie dopalił się jeszcze dom.

Osmalony komin stoi w płomieniach.

Jakiś chłopiec trzyma mnie za rękaw,

Jakby mówił: Tu będę mieszkać.

Kiedy czekam na poranek,

Nie bardzo jeszcze wiem,

Czym jest mowa. Wiosna jest jak zima.

Splądrowane domy. Porozbijane okna.

Pierze unosi się i opada w powiewach

Jak śnieg. Takie jest życie – lekkie.

Łatwo je zdmuchnąć.

                - Wiersze z tomiku „Znikanie”. Wydawca: Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie,  Olsztyn 2005

 

Utwory literackie napisane przez Erwina Kruka

  • §Rysowane z pamięci
  • §Drogami o świcie
  • §Na uboczu święta
  • §Zapisy powrotu
  • §Rondo
  • §Moja Północ
  • §Powrót na wygnanie
  • §Łaknienie
  • §Poezje wybrane
  • §Z krainy Nod
  • §W cieniu (1988)
  • §Kronika z Mazur
  • §Znikanie
  • §Spadek : zapiski mazurskie 2007-2008

W latach 90-tych pisarz opublikował w czasopismach regionalnych i ponadregionalnych („Gazeta Olsztyńska”, „Myśl Protestancka”, „Pomerania”, „Przegląd Polityczny”) dziesiątki esejów i felietonów. Wówczas ukazywały się cykle Z mazurskiego brulionu („Gazeta Olsztyńska”), Ćwiczenia dowolne („Dziennik Pojezierza”). Publikował też swoje wiersze w czasopismach: „Pogranicza”, „Regiony”, „Myśl Protestancka”, „Literatura”, „Więź”. Tłumaczył na język niemiecki m.in. twórczość Ernsta Wiecherta,Johanna Gottlieba WillamowaJohanna Gottfrieda Herdera. Spolszczył również niektóre liryki Wojciecha Kętrzyńskiego ze zbioru Z księgi pieśni człowieka 

Pin It