Statek pijany: Arthur Rimbaud

 

Tłumaczenie: Marek Łukaszewicz

Konsultacja: Piotr Filas

 

 



Kiedy w dół płynąłem rzeką niewrażliwą,

Burłacy ginęli z mych oczu w oddali:

Indianie naprężyli łuków swych cięciwy

i przygwoździli nagich do barwionych pali.

 

Nie targała mną troska o załogę,

Mnie, tragarza zbóż z Flandrii i z Anglii bawełny,

Kiedy już śmiercią niechybną rozgonili trwogę,

Rzeka w bezczas dała mi płynąć zupełny.

 

W plusku pływów i fal wściekle rozhukanych,

Zeszłej zimy uparty, jak myśl dzieci małych,

Spływałem do półwyspów falą kołysanych,

które wrzasków triumfu nigdy nie słyszały.

 

Sztorm błogosławił ranne me budzenia,

Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali,

w takt kołysanki wiecznej ofiar umęczenia,

Bez tęsknoty za mdławą latarnią w oddali!

 

Słodsza, niż dla dzieci jabłek jest kwasota,

Zieleń wód wtargnęła w mój kadłub jodłowy,

Zmywając sine plamy wina i wymioty,

Porwała ze sobą kotwicę oraz płat sterowy.

 

I odtąd skąpany w Poezji błękicie,

gwiazdą i mleczną bielą nasycony,

Połykam niebo zielone pod smętną wodnicą,

Gdzie czasami topielec podpływa zdumiony.

 

Barwiąc nagle błękity oraz me złudzenia,

Tworzę wolne rytmy w lśniące dni radości,

Silniejsze niż alkohol i od liry brzmienia,

Fermentujące rdzawość zgorzkniałej miłości!

 

Znam niebo błyskawicą zszarpane, i tornada,

I przyboje, i prądy: znam wieczory, jakich mało,

I poranki wzniosłe, jak gołębi stada,

Widziałem już nieraz, co bajką się zdało.

 

Widziałem nisko słońce splamione mistycznie,

Rozświetlające stężałe fioletów granice,

Podobne do aktorów dramatów antycznych,

Toczących się strug w drżeniu okiennicy!

 

Śniłem o szmaragdzie nocy, oślepiony szrenią,

W oczach mórz pocałunek wznosił się nieśmiały,

I widziałem energii niesłychanej wrzenie,

Gdzie żółto błękitne fosfory śpiewały.

 

Miesiącami śledziłem napady histerii,

Gdy rafy odpierały atak fal wezbranych,

Nie myśląc, że jasne stopy Madonn w niezwykłej feerii

Mogły zamknąć pysk wściekły Oceanów zdyszanych.

 

Dziwy Florydy, wiedzcie, niepojęte,

Oko panter człowieczych zmieszane z kwiatami!

Przy horyzoncie nieba tęcze rozciągnięte,

Jak cugle kierujące wodnymi stadami.

 

Czułem odór nieznośny na bagnach podstępnych,

Gdzie w sitowiu gnije Lewiatana ciało

I pośród mas wód bezruchem zaklętych

Wodospady w głębiny z łoskotem spadają.

 

Lodowce i fale z pereł, nieba żar, słońca posrebrzane,

W zatokach brunatnych mielizny zdradliwe,

Gdzie węże olbrzymie przez pluskwy zżerane

W fetorze szkaradnym spadają z drzew krzywych.

 

Chciałbym pokazać dzieciom dorady w oceanie,

ryby złote oraz śpiewające,

i ukwiecony lot na morskiej pianie,

I bryzę, co chwilami uskrzydla kojąco.

 

Jak męczennik zwrotnikiem, biegunem znużony,

I morzem, którego łkanie lekko mną kołysze,

Co wwiewa w żółć wywietrznika cienie ukwiecone

Trwałem... klęcząc jak kobieta w ciszy.

 

Niczym wyspa, pokład mój się miotał

Wśród harmideru jasnookich ptaków i odchodów,

Płynąłem, gdy topielec we śnie się zamotał

W splotach mych wątłych lin, wiszących nad wodą.

 

Oto ja, statek zagubiony w zatoki gęstwinie,
Przez huragan w eterze bezskrzydłym miotany,

Opity wodą szkielet, którego ślad zaginie,

A dla Hanzy los jego zostanie nieznany.

 

Wolny, w oparach dymu fioletów,

Dziurawiłem mur nieba jaskrawy,

Który nosił, niczym słodycze dla dobrych poetów,

Liszaje słoneczne i obrzęki sławy.

 

Ja, ten pomost szalony splamiony lunami,

pod eskortą pławikoników smolistych;

Wówczas lipiec zdruzgotał kija razami

Ultramarynowe nieba o kraterach ognistych.

 

Trząsłem się w udręce skamlań na mile słyszanych

Rui Behemota i dzikich Malstromów,

Lecz znów przędę wieczność niebios niezachwianych

I tęsknię do antycznych Europy domów.

 

Widziałem archipelagi gwiezdne! Gdzie nad wyspami

uchylają się żeglarzom niebiosa za życia:

Czy w te noce bez dna, kiedy w sen uciekamy,

Milion złotych ptaków ma przyszłą Moc Bycia?

 

Prawda, zbytnio szlochałem! Poranki nie są miłe.

Księżyc jest okropny, a słońce zgorzkniałe:

Miłość cierpka apatią znów mnie poraziła,

Niechaj stępka pęknie, chcę dziobem pruć fale!

 

Chcę Europy wód chłodnych, szarzyzną zamglonych,

I o zmierzchu chcę poczuć aromat rodzimy,

Gdzie pogrążone w smutku dziecko pochylone

Puszcza majowym motylem stateczek łamliwy.

 

Już nie mogę dłużej, rozkołysany w marzeniach,

Za statkiem z bawełną ślad wody wygładzać,

Ani przebrnąć przez pychę bander i płomieni,

I pod złym okiem wraków pod żaglami chadzać.

Pin It