{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Bohdan Wrocławski 


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska
 

U ujścia rzeki

 

Znów jestem przy ujściu Wisły

siedząc

na rozgrzanym betonie falochronu

 

w nieuchronnej bliskości jego końca

 

słyszę rozmowę chmur

zagęszczających się wokół piersi

 

w konsystencji pełnej załamań światła

i nadziei

 

ustawicznego biegu  codzienności

trudnej do zdefiniowania

 

w narastającym wietrze

gdy morze bezskutecznie

próbuje wedrzeć się

w głąb lądu

i twojego oddechu

 

wiem

 

W tym roku

maj minął zbyt szybko

abym poczuł dostrzegł zrozumiał

cudowny smak

rozgrzanego we mnie widnokręgu

 

wysublimowanego zapachu

dojrzewających czereśni

 

żółci rzepaków rozsypanych

wzdłuż żuławskich pól

 

mojej codzienności trzepocącej

zranionym ptakiem

w ciasnym obramowaniu piersi

 

Obserwuję młode mewy

wychylające się z gniazd

 

jutro zaczną rozumieć przestrzeń

pod swoimi skrzydłami

jej kolorowy alfabet

na zawsze pozostanie z nimi

 

będą tu jeszcze wracać przez kilka dni

późnym wieczorem

siadając coraz dalej od gniazda

 

i rodziców

 

aż któregoś dnia jedna z nich nie wróci

a potem wszystkie powędrują

w całkowicie nieodgadnioną dal

 

tworząc inną rzeczywistość

 

Tylko czasem jeszcze zadzwoni telefon

usłyszysz zdawkowe

 

Co u ciebie?

 

Będziesz odpowiadał szybko starając się

wytłumić to wszystko

co podpala twój wielki niepokój

 

wypływający rzeczną falą

w całkowity bezkres oceanu

 

I po kilkunastu sekundach już wiesz

odgadniesz

 

że to co przelewa się w dół

po twoich policzkach

 

to słony smak bryzy

wychodzącej z najgłębszego cienia

 

i wysuszającej

ostatnie fragmenty opuszczonego gniazda

 

 

 

 

 

 

Nie doszedłem

Oczywiście

znów nie doszedłem

tam gdzie powinienem
dojść znacznie wcześniej


jeszcze przed tym momentem

w którym dzień wykrwawia się zachodem
słońca


lub zwija całą swoją powierzchnią

niczym jesienne liście
pod wpływem przerażenia i snu

Nie doszedłem

rozpacz zniechęcenie rezygnacja? 

Starannie omijałem miasta
pełne rozkojarzeń

cienie wieżowców

których nie dotykają kamery

 

ani gromady nomadów

odwiedzających centra handlowe

to takie ludzkie

nie mieć nic
lub mieć tak dużo

że wzrok gubi się

w ciężkim oddechu pustynnego żaru

Wieczorami zaglądam

do antykwariatów na Starym Mieście


Ogródki kawiarniane

wypełnione tłumem turystów
stają się pełnymi szlachetności obrazkami
z epoki

której nikt nie potrafi dostrzec i przetrawić

wobec tego faktu

całkowicie bezradna jest literatura
pławiąc się

w zupełnie przypadkowych skojarzeniach


przybiera odcień twarzy nocnego robotnika

pozbawionego

wszelkich czytelnych drogowskazów

Teraz jest jednak zima 
zupełnie nierozpoznani

płyniemy w jej oddechu


aż do tego momentu w którym fale przypływu
wchodzą do naszej wyobraźni

i w odwiecznym alfabecie Morse'a
wystukują swoje kreski i kropki

do tego miejsca
do którego dotrzeć nigdy nie zdołam.


 

 

W moim alfabecie

Zupełnie przypadkowo zobaczyłem
że między wersami

jest coraz mniej światła

to nieprzyjemny widok

– ściśnięte obok siebie litery
niczym słońce

 

gubiące swój oddech wśród chmur
lęk który nam odwiecznie towarzyszy
który się kocha i nienawidzi

jest to zbyt atawistyczne 
próbujące kreować nas w zwierzęcość
sierść pożogi krew

jaskinie pozbawione drobin światła

i wszelkiej nadziei

czytam jakiś przypadkowy wiersz Audena
coś wyjątkowo umykającego 
pozbawianego tła i horyzontu

staczającego się do zagłady
w głąb swojej pogmatwanej historii

zapewne są w tym fragmenty

naszej niezależności


starości 
pełnej woskowych prześwitów


ciągłego dramatu
którym się gardzi
i który się podziwia

Obok mnie przechodzą rewolucje

kilku pętaków wychodzi na trybuny
kilku pętaków odchodzi w niesławie

to dziwactwa

pełne szału i entuzjazmu tłumów

pełne ich wzgardzonej miłości
I wiary

mojej niechęci

do rewolucyjnych wierszy Audena

tymczasem słońce zapadło się
za ostateczną grań horyzontu
przez moment czułem jego suchy oddech 
na moich policzkach

ochrypły głos muezina

wzywający do modlitwy


cichnący spiżowy dźwięk

dzwonów kościelnych

klątwy tych 
którzy zagubieni 
biegną od jednego zaułka do drugiego

potykają się

szukają jakiegokolwiek sensu
drogowskazu

Pewnego dnia zobaczyłem
że między wersami jest coraz mniej tego

co było najważniejsze 
i co nauczono
mnie odczytywać

w jasnym alfabecie mojej cywilizacji

Nasze miejsce

 

Późnym wieczorem jadąc

polnymi drogami

dotarłem tam gdzie było

nasze miejsce

 

W ten sposób

otworzyłem w sobie

każdy zapamiętany moment

 

to stało się tak

jakby seans niemego kina

zbliżył się do mnie

 

niczym zerwany z czoła obłok

 

jego strzępy krążą wokół

otacza je jaśniejąca plama słów

zagubionych jak echo

w klasztornych krużgankach

 

Nie uciekam

 

Nie uciekam ani stąd ani  znikąd

 

w oddali zasnęły już jesienne plaże

rytm ich oddechu

asymetryczny bezbarwny

wciąż wykrzykuje nas

opuszczających peryferie

najbliższych wspomnień

 

krok po kroku

zbliżam się  do tego miejsca

w którym klif

zapada się w głąb wyobraźni

 

z każdą strofą

czuje się coraz bardziej opuszczony

i on i ja dostrzegamy

najczulszy dotyk kolejnej zdrady

 

jego westchnienia marszczą się

przy samej linii brzegowej

 

są bezbarwne niczym

uśmiech bezzębnej staruszki

 

Pewnie wkrótce skończy się droga

wzdłuż trzcin

 

czarne klucze kormoranów już dawno

opuściły gniazda

na najwyższych sosnach

 

straszą nas

pootwierane na wskroś okna i drzwi

pulsujące w naszej krwi

 

odtajniające najskrytsze marzenia

 

W zupełnych ciemnościach

przemoczony jesiennym deszczem

powróciłem

z naszego miejsca

 

Wkrótce  dotknie mnie codzienność

 

moi synowie zaczną słuchać

Louisa Armstronga

Kinga

Ellę Fitzgerald

 

A ja ponownie odnajdę w sobie

nasze miejsce

pełne ostrych naskalnych rysunków

których nikt nigdy

nie potrafi we mnie odczytać

 

 

 

 

To coś

To coś 
co jeszcze do dziś 
nie jest całkowicie czytelne
pewnego dnia wyszło z morza na brzeg

niektórzy mówią
że było to nasze przerażenie
zmatowiałe i i pragnące spokoju
w miejscu i środowisku 
zupełnie dla siebie nieznanym

Panował upał
i fakt ten był najgorszym z możliwych

Ale jeśli dziś powiem że panował mróz
w niczym nie ulega zmianie 
ciąg logicznego zdarzenia

Głębia oceanu boleśnie znana
doświadczała to coś jeszcze okrutniej 

trwała tam transmisja grozy 
być może śmierci

dlatego zapewne to coś
postanowiło zostać na brzegu

bo tylko nieuchronne
przywołuje 
nas w miejsca zupełnie nieznane
i wyzwala w nas siły 

których w sobie zrozumieć nie potrafimy

Każdy obszar miedzy mrozem i upałem
jest obszarem do zapisania
literka po literce słowo po słowie
cierpliwość do cierpliwości

zdanie do zdania
aż do ostatniego westchnienia

 

 


Szept we mgle

 

Popatrz między naszymi słowami

jest zbyt dużo mgły

 

Jej konsystencja

pozbawiona unerwień

zatraca oddech i ostrość spojrzenia

 

ciągle każe nam zapomnieć

czyniąc nas coraz bardziej

odległymi od siebie galaktykami

 

Tymczasem ciemnieją w nas morza

w których

nieodgadnięta przestrzeń

mojego ciała  krzyczy

 

łka czasami

głośniej

niż modlitwa

wszechświata

 

wciąż niewystygły

popiół

dopiero co wygaszonego ogniska

 

odzywają się w niej

osierocone  wzruszenia

oszałamiają pustynne burze

 

i wiecznie pogubione

pragnienia

 

wiem

słowa dziś już nic nie znaczą

ich smak barwa

roztopiły się w dookolnej mgle

 

tylko ja sufler

niepomny na to

 

nadal wykrzykuje je w pustą scenę

bezbrzeżną w zdumieniu

 

 

 

Przed świtaniem

Nie każcie umierać przed świtaniem
dzień który nadejdzie będzie
jak małe dzieci zgromadzone

wokół cyrkowej areny

niepewne swego zachwytu

niczym kromka
zwiniętego do nagości chleba

Wtedy

wędrują nad nami przypadkowe mgły
o zwiniętych skrzydłach
atakującego sokoła


Czujesz zapach horyzontu
upodlony drżący ze wstydu

niczym zgwałcona kobieta

W taki poranek

na progach domów siadają starcy
prostują pogarbione światłem plecy


Podejdź do nich bliżej

Tak właśnie można spłonąć
zanim noc zegnie się w kolanach

a purpurowy świt
oddzieli nas swoim oddechem


Dlatego ciągle milczą w nas drogi
o nierozpoznawalnym smaku

Ze ściany spadają stare kalendarze
w jednym z nich jest twoja miłość

Zapewne przez zwykłe przeoczenie
Nie zdążyłeś nadać jej imienia
Przed odejściem mroku

umierają nocne ptaki
Zabija je mój i twój szept

Odstawiam do kąta wystrzępione sandały
Zaczynam pisać wiersz

Gdzieś natrętnie gra trąbka
Słyszę zachrypnięty głos Armstronga

I znów biegnę przez las

kalecząc sobie stopy
Jak wtedy
Kiedy nie mogłem sam siebie dogonić

Na tej ścieżce o której istnieniu

nikt mi nigdy 
nie powiedział

 


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Pin It