{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Aldona Borowicz 


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska
 


 

 

Z dziewczynką w tle

 

Dokąd biegniesz mała dziewczynko?

Na skraj lasu, czy w inne szaleństwo?

 

W zapomnienie? W olśnienie słońcem?

Teraz stoisz bezradnie na grani,

nad zieloną doliną i rzeką,

do której spadają wodospady srebrzyście.

 

Tam nikogo nie ma oprócz zarośniętej ścieżki.

Ucichło echo Eine kleine nacht Musik.

 

Nadawałaś kurom imiona, byłaś też ogrodniczką,

czytałaś Słowackiego i jeszcze paru innych poetów,

podziwiając metafory oraz język pełen przymiotników.

 

Już nie podziwiasz nikogo, nawet epitetów,

zżeranych przez wulgarność.

 

Jako dziewczynka biegłaś ku błękitom.

A teraz stoisz na wąskiej ścieżce nagle zakończonej

znieruchomiała ze strachu i stara.

 

Możesz zapomnieć sen

o tamtej małej.

 

 

*    *    *

 

Gdzieś wciąż ukryta jest radość

Może za czereśnią pod którą siedzimy przy stole

albo za niewidocznym widnokręgiem 

 

w miejskim rozgardiaszu 

rozpędzone tramwaje zagłuszają 

krzyk srok i wron

 

nie jesteś Faustem a ja Małgorzatą

i chyba  już nie tęsknimy za żadnym ze światów

Kiedyś któreś z nas odnajdzie swoją drogę i ciszę

nie uwierającą  pod wykoślawionymi żebrami

 

nadal nie wiemy czy pomoże nam Bóg

w zrozumieniu tajemnicy naszej  golgoty 

 

gdzieś jednak istnieje radość światła 

nawet w deszczowym lecie

 

 


Dałeś mi zbyt wiele wyobraźni

 

Z oddali słychać głuchy odgłos dorożki.

Obok faceta brzdąkającego na gitarze

biegnie panna młoda w białej sukni.

Wśród baloników skacze przebieraniec.

 

Od dawna nie bawią mnie wygłupy idiotów.

Patrząc na warszawską Pragę dotykam rzeki

i nagle w mroku widzę siebie na moście.

Co ja tam robię, będąc po tej stronie?

 

Czyżbym między brzegami budowała pustelnię:

własną Kapadocję, w której znikną niepokoje?

Patrząc na warszawską Pragę wśród zgiełku

wchodzę w świat umarłych. Właśnie tam,

 

gdzie z balustrady mostu zwisa mój cień.

W dole połyskuje czarna, lodowata woda. 

 

 

 

Sylwester 2010

 

Już tylko parę okrążeń wokół słońca

– mówi Suzanne - i odchodzi od lustra.

 

Fajerwerki, spieniony szampan o północy.

 

I nagle w Arkansas spadają z nieba kosy.

Uderzają, czarno lśniące, wielkie krople

w dachy domów, aż cichną drzewa w ogrodach.

 

Woda wypluła martwe ryby na swoje brzegi.

Jonasza nie ma. To nie Niniwa, lecz Luizjana.

 

Dziś za dużo emocji. Jutro zaczną śledztwo.

Każda śmierć jest inna. Jak gęsty las rośnie.

 

Suzanne wsłuchana w szum krwi,

płowieje w codzienności, ale żyje,

czasem jeździ na rowerze do raju,

do Luizjany, bo tkwi w piekle Sieci,

 

coraz bardziej sama, niczym konkwistadorzy

szukający eldorado. Jak wiatraczne skrzydło

mieli słowa i powietrze według własnych reguł.

 

Suzanne podchodzi do lustra i płacze:

już tylko parę okrążeń wokół słońca.

 

 


Bezsenność

 

Dosyć już gwiazd, gwiazdeczek i celebrytów.

Wciąż  trwa noc.  Rośnie las i mgła na rozwietrze.

 

Przyjdą, nie przyjdą. Nocą gęstnieje ciemność.

W  końcu mu powiedziała: coś się wydarzy.

A co mogłoby się zdarzyć? Chyba tylko wojna.

I wyszedł. Zamknął drzwi. A tam mrok i mróz.

 

Odeszła. W domu, we śnie. Niby spokojna śmierć.

 

Porzuciła słowa, by wejść między trawy,

gdzie wiosną sklonuje się słońce.

A  gdy wybuchnie z milczenia utka wyspę

i wtedy spadnie śnieg. Rozbieli złote łąki.

 

Ta pieśń  jest drzazgą, gdzieś tkwi we mnie.

Nie cichnie, bo niby dlaczego miałaby cichnąć,

skoro strach wciąż dręczy zwiotczałe powieki

 

Przyjdą albo nie.

Domofon milczy.

 

 


Gdy wyjdzie ryba

 

pewnie z powodu zbyt długiego milczenia

gdzieś tam z zatopionych wenecji i atlantyd

ryba wyjdzie z ciemności alg lub wodorostów

 

potem wyśpiewa ląd na przeludnionych plażach

zrośniętych z wodą  i skwierczącym swądem

 

rybitwy ciągłe turystki wielkomiejskich wysypisk

rozwloką na skrzydłach przerażenie śniętych ryb

w zasychające krajobrazy betonowych trawników

zanim ogłuchną od śmiechu i wyciszonych rozmów

 

szukam wciąż rodowodu swoich przodków

nie wiem czy powstali z wody ognia czy prochu

 

eskimosi wywożą na saniach starców za igloo

by obrastali tłuszczem szronu patrząc na foki

wśród psiego rejwachu polarnej gwiazdy i nocy 

 

w oczekiwaniu na dźwięczność skóry grzechotnika

indianie układają na rusztowaniu twarzami do słońca

ciała zmarłych by wyjąć ostatnią strzałę z bizonów

 

gdy w kamasutrze nastaje pora monsunów i smutku 

wdowy przenika spalenizna postrzępionego erotyzmu

 

z miłości próbujemy wyłączyć respirator

lub nierozpoznaną przejrzystość strzykawek

 

w śniętych rybach dnieją wyświechtane symbole

skąd do mnie przyszły nie wiem może z ufności

a może z bólu lub poczucia wspólnoty gatunków

 

nadal nie wiemy kim jest homo sapiens

zabrakło definicji  - mówi Peter Singer

idąc na lunch do wegańskiego baru

 

odtąd prześladuje go alzheimer matki

 

 


Klasyk współczesności w misyjnej TVP

 

Smukłonoga dziennikarka jeszcze nie wie

że ciało lub piękno to zaledwie chwila

Próbuje więc skomplikować światło

 

Co teraz pan czuje przed swoim zejściem

i  jak odbiera nasz świat

bo świat w którym pan żyje

dawno gaśnie wśród tarniny i ostów

na piaszczystych wydmach

 

a poeta uśmiecha się do chmur w jej oczach

 

jakby miały czwarty wymiar

gdzie nie ma barbarzyńców

ani zatęchłych koszy na śmieci

gołębi z odrąbanymi skrzydłami

 

Jest tylko prostota słów

i nagość

 

Biały horyzont

przez który trzeba przejść

 

Młoda dziewczyna dotyka samarytanina

a on z rozsypanych gwiazd na stole

układa cień księżyca

 

 

 


Spacer

 

O północy pies wyprowadza mnie na spacer

Alejkami krok po kroku na tej samej smyczy

medytując nad kaprysami starości

 

Gdy w górze iskrzy pełnia śnieg skrzypi
okolica wypełnia się naszymi oddechami 

 

Zwierzęta w przeczuciu śmierci zwykle płaczą

 

ale Trotyl niknie w zaspie zżerany cukrzycą

przecież jest wybrańcem wspólnego Boga,

który obdarzył go łaską ludzkiej choroby

 

by wreszcie się uczłowieczył i wyszlachetniał

Idziemy więc przed siebie albo biegniemy

w stronę, której nikt tak naprawdę nie zna

 

Pod latarnią rozwijamy zwoje tajemnic

czekając aż zawyją wygłodniałe wilki

 

A gdy wracamy stamtąd cicho otwieramy drzwi

do snu by przywołać szczenięce lata bez uwięzi

 

 


Nie pytaj o jutro

 

Z okna na okno. Wciąż inne widoki.

 

Dzień w dzień dostaję jakiegoś kopniaka.

Powala mnie, jednak z trudem podnoszę się

i kopię własne życie. Taka niewinna zabawa,

 

bo nie jestem gwiazdą z ciemnych galaktyk.

Gdzieś tam wisi półka coraz bardziej bezludna.

Tyle listopadów i wszystkie podobne do siebie,

 

więc zabierz mnie stąd. Zabierz gdziekolwiek. 

Poza zgiełk. Poza chaos. Wyprowadź z ciemności.

Przecież można żyć  i w ciszy. Chyba byłoby inaczej,

 

bez hałaśliwych miast, zatłoczonych ulic, blokowisk.

 

Zostaw mnie gdzieś na łąkach, na skraju światła

i odejdź. Zostaw mnie z bogami, między pieśniami,

aż poczuję przestworza i dzień, którego nie stracę.

 

 


Deszcz

 

szumi niebo splątane z deszczem

w ciemności rdza rozsadza liście

zamiera krew w ciemnym oknie

 

teraz już wiem jak umierają poeci

najpierw rośnie długie milczenie

później rozciąga się przestrzeń i cień

a utracony raj nabiera własnego sensu

 

więc żegnaj natrętna chwilo

chcę o tobie zapomnieć

 

żegnaj też czasie narodzin –

na żółwim pancerzu wyryto

wszystkie wędrówki cieni

na ruchomych piaskach

 


Chwila II

 

Niech na przemijanie młodość się nie żali,

a miłość na to, że spełza w popiołach.

Dom był przecież z malwami

i pustym słońcem w oknie

 

Została tylko chwila na zbieranie tego,

co było, jest i będzie.

 

Zmierzch zakwita w poświacie księżyca.

Podwójne lustro, w którym rośnie wszechświat

i supernowe.

 

Już nie tańczę. Nie śpiewam. Nie podglądam swojej

nagości. Próbuję przedrzeć się przez sieci,

lecz nie wiem, którą… Przez magię nieznanego koła.

 

Skowyt psa mnie przeraża.

Może więc pora

zajrzeć do studni.

 

 

A głaz pokochał ręce Syzyfa

 

Świętość domu jest światłem

Kiedy śmierć zagląda w oczy

deszcz napełnia kałuże wilgocią

Skąd więc to źródło krwi

 

Świętość miłości jest bólem

Z pokornego bólu wyrósł nasz kres i początek

Odwieczny szyfr samotnej pamięci

i gdy głaz polubił słabe ręce Syzyfa

zranione palce przez mgnienie oka dotknęły słońca

 

Świętość głazu jest losem

tam na szczycie góry znieruchomiał promień

a słońce znikało i znikało

jak tęcza przestrzelona ostrością spojrzenia

 

Odtąd zwijamy się w pożółkły liść

niczym owady schwytane w sieć pajęczyny

giniemy by odrastać w trawie

 

Jeszcze wciąż próbujemy zrozumieć głaz Syzyfa

Świętość losu jest nadzieją

niewygasłą chwilą

 

                                             marzec, 1986 r.

 

 

*    *    *

 

Czy będę jeszcze pamiętać

o błękitnej planecie praźródłach

cmentarzyskach złomowiskach

i urnach porzuconych rzeczy

 

Gdy już zapomnę skąd przyszłam

gdy zabraknie tlenu i słońce przeminie

może wpadnę tu na chwilę by odnaleźć jakiś ślad

odciśnięty w skamielinach trwania i pejzażu

 

Chciałabym ujrzeć pióro ptaka za zastygłą cząstką krwi

i powiedzieć że mnie tu chyba nigdy nie było

ani kiedyś ani potem nim wszystko rozpadło się w pył

 

Nie odnajdę też drogi mlecznej z wielkim wozem

 

Niedźwiedzicę pewnie połknie czarna dziura

a zegar zatrzyma czas niegdyś żyjącej ziemi

ALDONA BOROWICZ  –  Poetka, eseistka. Debiutowała na łamach „Tygodnika Kulturalnego” w 1971 r.. Wydała arkusz poetycki „Młodzi piszą: Aldona Borowicz” przy „Warmii I Mazurach” (1977) oraz trzy tomiki wierszy: Monolog przed północą (1978 r., Wydawnictwo „Pojezierze”, Olsztyn), A ta radość pierwsza (1990 r., MAW, Warszawa), Ogniem otworzę drzwi (2006 r., Wyd. Arwil, Warszawa).  Laureatka wielu konkursów literackich. Drukowała swoje wiersze do 1989 r. m.in. w „Warmii i Mazurach”,  "Poezji”, „Regionach, „Akcencie”, „Akancie”, „Nurcie”, „Okolicy poetów”, „Nowym Wyrazie”, po 1989 r. w: „Notatniku Satyrycznym”, „Miesięczniku”, „Gazecie Kulturalnej”, „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, „Prowincji”, „Pegazie Lubuskim” „Autografie” oraz wielu antologiach poetyckich. Wiersze były wielokrotnie prezentowane na antenie radiowej oraz tłumaczone na j. słowacki, rosyjski, litewski, białoruski i angielski.


Pin It