{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Agnieszka Marek


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska
 

 

Najkrótsza w roku

 

Mówisz, że będziesz czekać, bo warto. Wciąż się dziwię.
I nie chodzi tu tylko o siedmiomiesięczną zimę czy przymusowe
dokarmianie pszczół. Jestem kobietą, której historia zatrzasnęła się

gdzieś pośród sądowych akt. Utrwaloną (niczym permanentny makijaż)
w licznych protokołach z kolejnych rozpraw. Nie wmawiaj mi,
że zaszufladkowanie może być pociągające. A przecież świat nie zamarzł,

chociaż współczesne zimy rezygnują z lodu z opóźnieniem.
Zamiast marzanny – nadzieja, kurczowo usiłuje nie pójść na dno.
Mówię ci, że będę czekać, bo warto. W końcu wszystko się skróci, uprości.

Wianki na rzece odnajdą odwieczny szlak.

 

 

Nie tylko podróżnie

 

Na to czekam. Pociąg pędzący przez las, najlepiej sosnowy.
Otwarte okna. W momencie jestem szyszką, pachnę żywicznie.
W walizce brakuje miejsca na smutek i już nie myślę, że to niemożliwe.

Byliśmy zaledwie wczoraj. Blisko jak pnie, jak nastroszona zieloność
igieł. Rozcierałeś mnie w dłoniach, a kleiste krople spływały jedna
po drugiej. Wdech, wydech, zachwyt. I będziemy jutro, za rok.

Latem i zimą. Chropowaci niczym kora, prawdziwi.
Spleceni świadomie, jak korzenie.

 

 

Zderzenia

 

            Pierwsze spotkanie Papuszy z Jerzym Ficowskim,
            Pomorze Zachodnie 1949

 

Jej skóra gładkością przypomina wypolerowane drewno.
Nie jesteś w stanie skupić się na otoczeniu (a przecież wszyscy
zachwalali nadmorskie lasy). Oczy kłują czernią, choć niczego
nie mogą ci obiecać. I jeszcze te włosy. Cofasz rękę, choć pragnienie

wyrywa się jak narowisty, cygański koń. Zawsze ciekawił cię jedwab,
atłas, aksamit. Nie pasują do niej kulawe słowa, przestraszone głoski.
A jednak gdy podaje ci zatłuszczone kartki papieru, pierwsze pieśni
zaklęte w litery – staje się królową.

Już wiesz, dlaczego takie oczy. Głowa ukoronowana warkoczami.

 

 

Postanowienia

 

Może zacznie kupować sukienki. Teraz, na złość zimie,
zastępom byłych mężów i żon. Ciepłolubne, pastelowe zbroje.
Pod nie już nic – tylko oczekiwanie i zapach,
którego później chorobliwie nie możesz zapomnieć.

Guziki, z góry na dół, trochę ćwiczeń z cierpliwości.
Żeby był czas na zagryzienie warg, synchronizację oddechów.
Zanim ją położysz, odwróć głowę, chwyć widok, który wpada
przez okno. To molo wbite w rzekę, absurd pośrodku miasta.

Potem będą już tylko nowe rozdziały, pradawne rytmy, ucieczki.
Jakieś razem, ale wciąż osobno, nawet gdy już nie można bliżej.

Może wreszcie oduczy się czekać. Naga przystań. Ciągle pusty port.

 

 

Zero do zera

 

Gryzonie umierają o poranku. Na tamten świat,

w który i tak nie wierzysz, zabierają zmyślnie chomikowane

ciepło, czułość przez lata spływającą z twoich palców.

Nie ma i nie będzie – nas, nieba, łagodnie futerkowych dni.

 

Na przekór wyrokom szukam w tobie miękkich miejsc,

cieńszych warstw skóry, pod którymi gnieżdżą się tajemnice

niesione przez krew. Tam jesteś – w lekkim ocieraniu się

o ścianki tętnic, w poszumie i drżeniu. Zostaniesz.

 

Ktoś inny zajmie puste miejsce w klatce. Doczeka dotyku dłoni.

 

 

Projekcje

 

Objawy są dyskretne, nic nie rzuca się w oczy. Nachalność

byłaby nie na miejscu. Jedynie myśl wyrywa się z serca, miasta.

Dłoń czuje chłodny fragment prześcieradła obok poduszki.

Kolejny raz pustka zostaje zarejestrowana.

 

A przecież chodzi tylko o wygrzane miejsca. Ciepłe brzegi

kubków, parowanie. Jakąś podwójność łyżeczek (bo te najładniej

radzą sobie z oddaniem czułości). Zmieszanie kawy i mleka

 

o poranku. Niezmieszane twarze.

 

 

Terminalnie

 

 

Od wczoraj słyszę tylko o tym, że nie zdążyłeś pożegnać się

z matką. Ty mówisz, ja koduję. Oboje chcemy zrobić coś

z czasem, ale brakuje pomysłów – tak samo przeraża cofnięcie,

jak i zatrzymanie. I nieustannie jesteśmy dziećmi.

 

Od wczoraj dociera do mnie, że nie radzimy sobie ze słowami.

Czułość knebluje usta, splata ręce na piersiach. Później przybija

do miejsc, na których usadził nas los. Czas nie przyspiesza i to

jednak daje do myślenia (więc na chwilę zmieniamy temat).

 

Od wczoraj choruję na zaimki, chcę wydać je na świat, uwolnić.

Uparcie napomykasz coś o złocie, chociaż wiesz, że nie lubię.

 

Przełykam nas.

 

 

Constans

 

 

To godzina wietrzenia mieszkań, wypędzania upału z myśli.
Więc na oścież okna, głowy, głupio pogmatwane serca.
Byle nie przedobrzyć. Na gołym ciele chociaż prześcieradło,
nie odkrywa się od razu wszystkich kart. A miasto szumi zbyt

 

głośno i coraz trudniej uwierzyć, że jesteś. Kiedy nie słychać nawet rzeki,
czuję się nieswojo. I wcale  nie chodzi o brak firanek czy innych
mieszczańskich wypełniaczy. A jednak wietrzę, jednak próbuję
wpasować się w ten klimat. Smród pijaka śpiącego na ławce pod oknem

na szczęście tu nie dotrze. Podobnie jak nie dotarło do ciebie i dlatego
tak tkwimy. Ty i twój kaszel. Niezmiennie. Moje układanki.

Agnieszka Marek – bielszczanka, urodzona w 1977 r. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowo bibliotekoznawstwo. Pracuje jako nauczycielka języka polskiego. Laureatka ponad 40 ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikowała m.in. w czasopismach literackich „Migotania, przejaśnienia”, „Bliza”, „Tygiel” oraz na portalach poetyckich: Pisarze.pl, Salon Literacki, Latarnia Morska, jak również w tomikach i almanachach pokonkursowych. W 2013 roku ukazał się jej debiutancki tom wierszy „Wypuść mnie, wypuść”.

Pin It