Andrzej Walter - Wiersze

 numer

 

dziś mogę się upić nawet kawą

niczego nie pragnąć

na nic nie czekać

założyć pelerynę snu

pożeglować we wspomnienia

 

mogę zasklepić myśli

w wodospadach reakcji

zredukować ból

do sztucznych słów

 

umiem pływać

 

godzę się

na ocean niepokoju

brak kontekstu

na historię

bez wojowników

na wiatr

bez idei

 

został mi

wykluczony z wszelkich nurtów

zwinięty w trędowatą dłoń

nowoczesny

numer pesel

 

podstawa opodatkowania




człowiek

 

za oknem chyba świat

zredukowany

do prawie kluczowego następstwa ewolucji

 

a w tym świecie

oto człowiek

decydujący

w pełni

o jaskrawym początku

bladym końcu

wzlocie i upadku

 

o przypadku

 

tyle wie

ile wszechświata

jakby odkrył

w obnażeniu

zniewoleniu

upodleniu

 

czego nie zaznał

kradnie

z wokandy zachęt

bądź lustra nawyków

 

poznajcie go

oto człowiek

sztuczny byt

pesel numer zdarzenie

kolejny oszpecony

mit



tego się nie robi                                       

 

powiedzieli w Ti Wi że zmarła poetka

ta

wiadomość go poruszyła

tego się nie robi ludzkości

tego się nie robi

postcywilizacji

ta poetka

rozdrapywała jestestwo

w subtelności czasotrwania

ta poetka

była nadzieją

wiersz kroczył prosty

dostojny

 

próbował po jej śladach

dotrzeć do

jądra prawdy

próbował tęsknotę

zamienić we wspomnienie

a nawet kota w pustym mieszkaniu

w receptę na samotność

 

tamte – znane mu

“poetki”

pieprzyły coś o miłości

od młokosa do erosa

w sosie pensjonarskich afektów

pachnących kiczem

i pokracznie wymuszonym pocałunkiem

 

ta poetka

nie mogła umrzeć

nie mogła

a jednak zmarła

tego się nie robi

kotu

kiedy wschodzi słońce

kiedy jeszcze jest

w kieszeni dycha

na papierosa



wena

 

nie jeździł na wakacje

nie miał za co

nie miał po co

nie miał z kim

wakacje jeździły do niego

czasem jakiś faart czy haart

wysłał go do gwiazd

ale tylko na moment

 

nie dbał o to

towarzystwo wzajemnej adoracji

karmiło

poetami dla poetów

mętne kliki balladyn

rozdawały ułomki namiętności

zawstydzane sztuką

 

tylko czasami

 

dramatyczne wzloty

ponad świadomość

były wyrokiem sumienia

 

dziś dawno wymarły

z początkiem wieku

pesel szedł spać

 

w zaklejonych kopertach

 



pogrzeb

 

nie wpuścili go na cmentarz

pan prezydent przemawiał

chronili go

przed peselem i jemu podobnymi

pogrobowcami systemu

 

a pan prezydent przemawiał

bardzo długo

przemawiał

kartka mokła

 

przed bramą

padał śnieg

duch upadał

sens upadał

była w końcu zamieć

był jazz

 

nie wpuścili go na cmentarz

ma być podatnikiem

wyborcą

tłuściutką kiełbaską

czasem myśliwską

 

a czasem

łowną



Inter city

 

bar mleczny rajska jeden

stoły łyżki talerze zupy

brudne ręce

drżące oczy

żebraczy chłód

 

ktoś z kapelusza wygrzebał

pięć złotych

- chodź Pesel

pójdziemy na wino

- nie rozdziobią nas

władcy świata opłaceni

kurewstwem

 

nie nakarmią nas

ołowiem i drwiną

 

w poczekalni

za rzeką okazji

pociąg intercity czekał

na wybrańców

 

demokracja

a demos zaklęty w szept

 

Pesel stał

patrzył jak tłum

dłubie w nosie

nie dostrzegał

brudnych rąk zdeformowanych uczuć

ale lśniły w słońcu kolorowe krawaty

dzwoniące komórki

 

każdy liczył czas

postnamiętnie

 

Pesel postanowił poddać się

dotyk

 

szukam prawdziwych dotyków

światłowodów gestów

 

dotyków nie popartych naukowo

poza empirycznych

 

szukam prostych zachwytów

kapłanów magów

egzorcystów

 

zadziwiam się światłem

w beznadziei nocy

 

nie ma już nic

zabrano nas do gett

sklonowanych czystych

higienicznie wyzwolonych

 

nie ma nic

pada śnieg

błąka się po parapecie

grzejnik grzeje

ciepłą miłością

 

boję się go

dotykać


 


wyblakłość

 

mieliśmy zdobywać rozniecać

budować

mieliśmy z siebie dawać

zapisując

karty obecności

zachłanni na świat i jego objawy

sformatowani

chłonni życiem

 

mieliśmy się wahać

bez wahania

i odważnie pod sztandarem

na słońce szarżować

 

mieliśmy ufać

i budzić ufności

niezatapialni

męscy

na wierzchołku

rozpalać ognie

i wzniecać sny

 

mieliśmy

 

boską zimą

zmrozić czas

i wypić krew

 

do dziś nie wiemy

komu

nas sprzedano

 

 

mitochondria

 

wypełniam sens w kolorze nieosiągalnym

zatrute skrzydła

nie wzniosą do lotu

pożałowania godne upadły

przed Miłoszem

 

on się śmieje

z głębi fotela patrzy na sztorm

grzbiety fal

większe

od unicestwień zeszłego wieku

a Miłosz widzi już

nowy wiek

 

kradnę smak nieba

chowam poranki

do brudnej kieszeni

fabrycznego uniformu

 

zarabiam ciałem

 

w śmieciowym świecie Miłosz karleje

do rozmiaru jaszczura

szeleści jeszcze pełnią sal

na wieczorkach autorskich

gdzie bywał

w kolorze

nieosiągalnym


 

epoka

 

nierasowi ludzie kupują rasowe psy

zamiast wspomnień

odgrodzeni

w enklawach odosobnień

spacerują bez cienia

ścieżką czasu

                        zawsze do przodu

tylko do przodu

 

zegary nie mają tam tarcz

jedynie cybernetyczną powinność

pomiaru

 

psy umierają młodo

bo rasa tępi odporność

duchy

snują się przy murach

obojętności

 

to ludzie z epoki skowytu

idealnie oczyszczeni z dusz

oraz wątpliwości

ludzie

którzy nigdy nie umrą

poza nawiasem śmierci

 

i tylko mrok

soczysta przestrzeń świata

spopieli ciała


 

ziarenka

 

na linii życia

miałem wypisaną samotność

biegłem do ludzi

stawałem na łapkach

obserwując

jak byli zabawni

stroili miny

szafowali gestem

w tych pozach

czułem zapach krwi

czasem lęk

pod maską miłosierdzia

 

nie pozwalał już bardziej

uciec

poza nawias wątpliwości

poza krańce marzeń

daleko

jak najdalej

 

na linii życia

znalazłem ziarenka szczęścia

ale nie umiałem ich zebrać

rozsypały się

na chodnik prawd

były złudzeniem

 

każde z nich

w kolorze jaśminu

w geometrii spojrzenia

nie pozwalało rosnąć

ciszy

 

 


kolosalność

 

kiedy miałem sznurować but

odechciało się

słońce było bogiem bóg klaskał

w dłonie sprzedajnego raju

 

zaroiło się w fitness centrum

w fabryce słów martyrologii cieni

na dobranoc i na dzień dobry

zapachy przez komórkę

wirtualna winiarnia

spuszcza do woreczków

coraz lepsze roczniki

 

dla chama

 

mieli złoty róg

potem pękły sznurówki

minimalna degradacja wszechrzeczy

znów wróciła jak polski syf

sterczał za oknem

 

wyrzuciłem but

zjadłem sznurówki

umarłem

choć to

akurat było w planie


 

trans

 

zbawiciel bez tajemnic

wypuścił z raju

dziesięć przykazań

my w nirwanie

pijemy wódkę

pod osłoną nieba

 

prosto z domu dziecka

pójdziemy In vitro

po pastylki

na kopulację

 

ostatecznie każdy głosował

na prawo do orgazmu



15 stycznia o godzinie 17 w Domu Literatury, Warszawa Krakowskie Przedmieście 87/89 odbędzie się spotkanie promocyjne najnowszej książki Andrzeja Waltera PESEL


SCENARIUSZ WIECZORU AUTORSKIEGO ANDRZEJA WALTERA


1 – WPROWADZENIE – PREZES ZG ZLP Marek Wawrzkiewicz


2 – recytacja Andrzej Ferenc – wiersze : numer , człowiek, tego się nie robi


3 – PREZENTACJA – ANDRZEJ GNAROWSKI


4 – recytacja Andrzej Ferenc – wiersze: wena, pogrzeb, Inter city, dotyk, wyblakłość


5 – słowo od autora


6 – recytacja Andrzej Ferenc – wiersze: mitochondria, epoka, ziarenka, kolosalność


7 – rozmowa Andrzeja Gnarowskiego z autorem


8 – recytacja Andrzej Ferenc – wiersze: trans, tu jest raj, rzeka, wielka noc


9 – PODSUMOWANIE, SŁOWO OD WYDAWCY, ZAMKNIĘCIE WIECZORU



wiersze wybrane z tomu Pesel

Wydawnictwo Pisarze.pl

Warszawa, wrzesień 2013.

 

Andrzej Walter urodził się w 1969 roku. Jest członkiem Związku Literatów Polskich Oddziału Krakowskiego. Poeta, fotografik, publicysta. Autor siedmiu tomików poetyckich: „Paryż”, 2003; „Nastroje”, 2004; „Miłość”, 2007; „Tam gdzie zebrałem poziomki”, 2010; „Punkt rzeczy znalezionych”, 2011; „Śmierć bogów”, 2012, „Pesel”, 2013.


Pin It