{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Andrzej Dębkowski


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

  


***

 

Chciałbym opowiedzieć ci o nocy,

bez poezji i wódki i o tym »cudownym stuleciu«,

w którym przyszło nam żyć.

W jego odruchach widziałem nadzieję, 

łapałem każdą kroplę epoki,

byłem świadkami wzrastającego piękna,

blasku i śmierci.

 

Często traciłem poczucie psychicznej równowagi,

w ciszy i smutku szukałem zapachów oranej ziemi

i mimo odmiennego punktu widzenia,

próbowałem nie zgubić niepewności,

która tak naprawdę nie chciała wypuścić mnie

z objęć pozasłownych wymówek.

 

Oczekiwanie na kolejny spektakl kończyło się niesmakiem.

Budziłem się w nocy!

Widziałem, jak chłopskimi wozami

wieziono nas w szronie i blasku gazowych lamp.

Targany wiecznym niezdecydowaniem,

uzależniałem się od drzewa oliwnego

i studni szczęścia

z wodą z zatrutego źródła.

 

Strach wiedzie do gniewu,

gniew do nienawiści,

nienawiść prowadzi do cierpienia, bo

jaka jest różnica między śmiercią w zamkniętej stodole,

a rozerwaniem przez minę na pustyni

między Eufratem a Tygrysem?

 

Wieczorami,

przeświadczeni o własnej nieomylności,

zagubieni w codziennej tułaczce

ostatni ludzie

błądzą po omacku

i spękanymi wargami spijają krew z liści piołunów,

całują ostatnie ślady stóp, pozostawione na piasku plaży,

gdzie wzburzone fale, z błękitnymi grzywami

próbują je rozmyć,

jakby chciały wymazać je z pamięci jeszcze żywych.

 

O świcie,

kościoły, cerkwie i meczety

rozbłysły kopułami świateł.

 

 

Potrzeba oczyszczenia

 

Powrót do pytań najprostszych

o potrzebę i cel tworzenia

jest powrotem artysty do stanu suwerenności.

 

Przyjacielu krainy pamiątek!

Pogoń za czujnym trwaniem bezpowrotnie mija,

wieniec laurowy rani skronie,

a krwią karmi postawę buntu.

Ale przecież powinieneś to przewidzieć!

 

Pamiętasz, jak wstydliwie

rozmawiano o prostych przyczynach,

jak nierozpoznawalnie przerażone

dziewczyny z długimi nogami

i niechlujnymi włosami

kładły się wieczorami na podłodze,

a ty mówiłeś im wtedy,

że powinny być ci wdzięczne,

za takie traktowanie,

za to katharsis.

 

Dzisiaj początek to, czy koniec?

Nawet nie masz pojęcia,

kto z nas stanie nad

granicą usprawiedliwiania.

 

Czy tam, za kurtyną, istnieje odpowiedź,

możliwość oddania ostatnich kruszyn atomów,

które podkreślały ustalony stan rzeczy?

 

Gdzieś poza nami są wszyscy inni,

modelujący własne istnienie

na własny użytek.

Każde zagrożenie wpisane jest

w dowolne miejsce na nieobecność.

Nie wiesz, gdzie będzie twoja dusza,

która uciekła z wnętrza naszej samotności.

W kartotece wspomnień pozostało ci jedynie

niestosowne nieee...,

ale sam nie wiesz,

kiedy echo tego okrzyku powróci natrętnie.

 

 

Podróż druga

 

Dostałem wiadomość,

by związać świat

martwymi ciałami męczenników,

zebrać szczątki mojżeszowych tablic

i tęskniąc za szerokim oddechem oceanu,

przypomnieć sobie właściwe sentencje

ciągłej rewolucji,

której nie ma końca.

 

Za szybą pociągu

szmat drogi.

Zmęczony krajobraz przymyka powieki,

ktoś w drugim przedziale

złowróży wulgarnym językiem –

nudno i nieprzyzwoicie.

 

Te podróże są takie męczące,

bez przypadku i złudzeń,

jak liturgia wspomnień.

 

Czasem pojawiają się szczegóły:

intelektualista z humanitarnym impulsem

czyści młodością brukowaną ulicę

imienia generała wątpliwego

zmienioną obecnie na świętego okrutnika

nadając jej niepowtarzalny koloryt.

Tak naprawdę,

to szukamy wzruszeń,

coraz rzadziej odważamy się krzyczeć,

że nasze wiersze boją się wychodzić na ulice.

 

Teraźniejszość, nie może znaleźć

miejsca swojego odpoczynku,

bo tak naprawdę,

to nic się nie stało.

„Cała rzecz w tym,

żeby żyć”.

 

 

Wolność

 

zatrzymany

w połowie drogi do celu –

geniusz

dusi się swoją słabością

 

w milczeniu

pod ścianą własnego domu

rozkłada kolorowe lampiony

licytuje udziały

zarobione

w wymęczonych nieprawościach

 

jego krótkowzroczność

zabija odwieczne tajemnice

 

na gruzach upartej historii

składa jałmużnę z przegranych dni

i zwyczajnych nadziei

 

 

Bez dnia

 

policz

ile zostało nam ran

aby uwierzyć

w całość ocalenia

w niekończące się postanowienia poprawy

czy chcemy wtargnąć w siebie

i połączyć się

w jedną konstrukcję

 

zbliżenia

zasłaniają nam

strzępy okrutnego

królestwa pychy

poszarpanych tkanek

to z nich

ulatuje ostatnie tchnienie

na wyspy szczęśliwe

a tu

po ziemi czerwonej od krwi

idą już tylko

dwa cienie

i w mitycznym buncie

nierzeczywistych spojrzeń

zapalają słońca

oczekują niecierpliwie

na projekcję nowości

zdmuchując stare

ledwo tlące się świece

 

 

***

 

Czerwony zapach światła

otwiera o piątej rano

bramy jezior.

Ściskam palce

ufarbowane resztkami komarów,

a suchy ból szarpie

przyciemnioną od ukąszeń twarz.

To nie jest

zerwana nić

dwóch światów.

To znak wyobraźni,

pustych miejsc,

niedających się oszukać,

których już nie ma.

 

 

Dwoistość

 

każde słowo

dostosowane

do pojęć abstrakcyjnych

to wątek nowej przestrzeni

nowego czasu

 

rzeczywistość

nie mieści się wtedy

w mniejszej części bytu

którym jest niby słowo

chore

w imię sprawy

anemicznego widnokręgu

 

dni stają się absurdem

prywatną praktyką

ludzkich uczuć

 

 

Idzie nowe

 

głośne światło

rozsiada się chaotycznie

z całą bezwzględnością

na atomowym stosie

 

niszczy wymuszone uśmiechy

skręca puste jelita

bez ostrzeżenia spada

na oczekujących

po miskę strawy

 

 

To my...

 

To my,

dzieci czeladników i dziwek,

nieczyste sumienia

szukające ocalenia,

którym obiecano

szyfr do znaczenia drogowskazów.

W ciszy zalążków życia

zerwali umowę.

Teraz wiatr bardziej pachnie solą,

a wieczorem miotamy się przed wejściem.

 

 

Mijanie

 

czasem myślę –

minął bezpowrotnie czas

kiedy otwierano dusze

strzeżone przez boską fantazję

 

dlaczego nie jesteśmy ptakami

 

one wiernie służą powietrzu

trzepocą skrzydłami

w rytm niegdysiejszych układów

raz w tę

raz w inną stronę

czasami

na oślep

ale mkną

coraz wyżej i wyżej

bez końca

 

 

Notatka

 

Moje życie.

Nie potrafię się do niego

przyzwyczaić. Powiedz mi

przyjacielu jakie ono jest.

Każde moje miejsce

jest poza nim.

Często w iluzji odstawia

poezję. Przyciąga głuchych słuchaczy.

Ozdabia wieczory

dla natchnionych tajemnic

i spogląda na zabłąkane zdarzenia,

rozsypane podmuchem Anioła.

Andrzej Dębkowski (ur. 1961) – poeta, krytyk, publicysta, eseista, dziennikarz i wydawca. Mieszka od urodzenia w Zelowie – tam pracuje w Domu Kultury i m.in. od lat redaguje założony przez siebie miesięcznik „Gazeta Kulturalna”. Autor wielu publikacji w prasie lokalnej i ogólnopolskiej; laureat wielu nagród literackich.

         Debiutował w roku 1993 tomikiem „Wierzyć w siebie”, wydał do tej pory osiem książek; publikowane powyżej wiersze pochodzą z jego nowego zbioru wierszy pt. „Do wszystkich niedostępnych brzegów” (2013). Więcej wiadomości na temat autora na jego witrynie http://www.andrzejdebkowski.pl/index.php

Pin It