{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Anna Piliszewska


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

  


La Infanta Doña Margarita Diego Velázqueza

 

dzień dobry piękna dzieweczko. w tej dostojnej sukni,

w płowym hełmie misternie utrefionych pukli

czekasz pewno jak w mrocznej głębi Alkazaru

brzdęknie dzwonek z kryształu i obwieści jutrznię

lub bo do twego ojca już bieżą posłowie: w skrzyneczkach

z kurdybanu, w hebanowych puzdrach – perły i

dagerotyp książęcia w zalotach. może panna służebna

 

uniżenie zapowie, że przyszli niedźwiednicy , że na śliskich

kamieniach deszczowego dziedzińca obtargani Cyganie

rozweselą cię wrzaskiem zwierza w pętli rzemiennej – dla ciebie

wstrząśnie kudłem zapchlonego futra. nie obawiaj się

woni tych, co tydzień za murem

wiszą głowami w dół – oto czeka za progiem

bosostope pacholę z misą pełną magnolii.

 

tu czas gładki, pogodny –  na ozłacanych ścianach dzieje się

świat Rubensa, Tintoretta, Tycjana  - ocalały z pożaru Charon

płynie przez Styks, Io łączy się z chmurą,  pocałunek

Judasza  przetrwa chwiejne eony. w klasztorze Encarnación,

w zakurzonych skryptoriach piszą się bestiariusze,

ale ty z jasnym czołem opłakałaś już śmierć

 

ulubionej karlicy - udławiła się kością: zwiędła na twoich oczach

w rozpaczliwych szamotach – teraz stoisz spokojna, znów nie wierzysz

w demony. deszcz ustaje.

z krużganków – śmiechy,  szczekania psów…

 

 

parabola o ślepcach według mistrza Bruegla

 

                   ... ślepy prowadzi ślepego, obydwaj w dół wpadną

                                                                           Mt.15, 14

 

kroczą nieubłaganie – nie marszczy się strumień a irys pojedynczy

ani drgnie

w tafli wody – spójrzcie na tę strzelistość wieżycy kościoła

spójrzcie na ten ich chód!

 

jest ich sześciu – zgadnijcie

których dwóch wykroiłem

z przypowieści Chrystusa – nie zgadujcie co czułem

gdym ich musiał pomnożyć

 

idą oto –

pchły ślepe spróchniałej epoki

poprzez Pede Sainte Anne – już  pstryknąłem w nich palcem

jak w kręgle – jednak nie myślą

runąć –  wpław przepłyną

 

eony – zakrzykniecie żem skleił wszystkich

w jednej istocie i że jestem

szaleńcem

 

i nie będzie wam lżej

gdy miniecie a oni

przetrwają

 

realistyczni w twardym niedokończonym

upadaniu z owym 

bielmem na oku

z rumieńczykiem idiotów

 

 

burłacy na Wołdze pędzla mistrza Riepina

 

ziemia o barwie sierści martwego wielbłąda

nie dryfuje smugami w ruchomym szkle Wołgi

– to pokruszone światło

bawi się wodną wstążką: chwieje się, drwi, oddycha.

obtargani mężczyźni podobni do koni

gniotą piach brudną stopą – wpisani w skrzyp skórzanych

holowniczych pasów nie wbiegną

w rewiry snu. ich pot roztarmosi kojące powietrze

nocy, której nie będzie. jednak nie wiedzą o tym

ani tamci, co gną się w wiecznej katatonii ani chłopiec

w czerwieni.

 

poza linią widzenia – brzemienna kobieta: za nic ma plany, tło,

irytację Riepina. stoi ciekawa światła, przywabiona przeciągłym

gwizdem parostatku albo zwierzęcą wonią

ogorzałych burłaków. kiedy nasyci oczy, wstąpi

w przestrzeń obrazu, by się schylić po koszyk. i odejdzie

osobna.

to jej będzie ziszczona łaska snu, balsamiczność

wieczornego powietrza.

 

 

hyś alias aberracja

(na podstawie Don Kichot i jego Rosynant miażdżony przez samochód podług pędzla Kołdrasa)

 

                   Korzystam z najstarszego prawa wyobraźni (...)

                                      Rehabilitacja, W. Szymborska

 

czas ruszać, wierny Sancho – pierwszy świt już poplamił

nasze nędzne łożnice: widzisz jak pną się światła? – jak się plotą

w warkocze Dulcynei, jak skaczą

na schody marmurowe i w kamienne wieżyce,

w jaspisowe komnaty dostojnego zamczyska , który jest

zwykłą karczmą. to czas nader sposobny, by sprzeciwić się

 

świata zaśniedziałej rutynie: dać susa

w nieodgadłą przestrzeń snów i romansów. bo nie prawda,

 że głupstwem jest szlachetność i miłość, i nieprawdą,

że głupstwem jest waleczność i prawda – lecz wy, śnięci,  widzicie

tylko tutaj i teraz: wszystko

poza fantazją.

 

jeszcze ostatnia podróż: wichrolotny Rosynant wietrzy nozdrzem

straszydła – rapier zderzy się z magią

deskorękich olbrzymów w twardych skrzydłach wiatraków,

 zanim krew  i reflektor, nim zapiszczą klaksony,

 zanim sekcja i pogrzeb – zanim  pompa funebris, zanim nic

się objawi i podpełźnie pod gardło…

 

 

acedia

 

krąży w żelaznej klatce – czarny pędzel

ogona zmiata roje owadów, drga włos albo

powietrze – dostrzegalnie, wymownie. hamburgery

i frytki usychają, zgniecione pogardliwym

pazurem. nie myślisz

prętów, smrodu, totalnego zamknięcia – jest zbyt

duszno, gorąco. może idzie

na burzę – coś

się zbliża bezgłośnie. tymczasem podskakują

warkoczyki twych córek, lody

topią się w garściach, więc możliwe, że warto

 

być. i pójść do gekonów. pstryknąć

fotkę dziewczynkom [w tle z ohydnym  aguti]. zapalić

papierosa obok panoptykonu z tabliczką

lemury catta. wyjąć nóż i owoce. wierzyć w sens

 

tego skwaru, w białą pianę na kuflu, w gorycz

piwa na wargach, w czarne mięso na kości

przeorane zębami sennych, znudzonych lwów, w piórko

które spadając rzeźbi bliznę w powietrzu.

 

 

jadeit

 

pochyl się, wiąż ostrożnie rzemyk swego sandała – noc

się zbliża łagodna i zamszowym językiem gładko

poliże ziemię. pożary świata zgasną – nikt nie powie nam

prawdy, a jednak przeczuwamy: sen jest bliżej

i bliżej. załóż zatem na szyję kamień

jadeitowy  wzorem konkwistadorów z dalekiej Hiszpanii,

a być może nawrócisz młodych autochtonów i  przemówią

przy budkach, po kaszance i piwie. skup się, to  nie przeoczysz

miejscowego profety – nie chuchaj w zimne ręce, szron

schowany jest głębiej. kiedy rzucisz monetę

nie mów mu: do ut des.

 

przystajemy – na moście  w żeber żelaznej klatce bije

ciężkie powietrze. wypatrujemy ptaków, w ciszy nasłuchujemy

znaku, głosu muezina, który spadnie z wysoka

i przyniesie odpowiedź, póki co zawracamy  – pochyl się,

wiąż ostrożnie rzemyk swego sandała – noc

sfrunęła łagodna i zamszowym językiem gładko

dotyka ziemi. pożary świata zgasły. zapal

lampę – w jadeit popatrzymy

pod światło.

 

 

jedwab

 

oto stoi przed stosem

ubrań zmarłej matki – z nożycami i igłą. szafy skrzypią

inaczej – co wyszpera  w tej ciżbie barw i kulek

na mole? dziwny jest zapach śmierci

pończoch, skarpet i halki. kurz

dryfuje, gdy palcem tykać  śpiących

przedmiotów. z portretów

zerkają twarze z uśmiechami Giocondy, gdy wybiera

sukienkę.

 

pruje  czarne rękawy – jedwab  spływa  z jej kolan i rozlewa się

w potok,

którym się zimna igła bezszelestnie

obraca.

 

 

czarnomag z Holsten

 

Szczęśliwy lew, którego zje człowiek. I lew stanie się człowiekiem.

Przeklęty człowiek, którego zje lew. I człowiek stanie się lwem.

                                               z Ew. wg  Tomasza

 

zawsze słyszał i liczył złe tąpnięcia

powietrza.

 

alkoholikiem przestał

być, gdy  bosy, natchniony 

nie spadł i nie odfrunął z parapetu wieżowca;

balansował bezwładnie – wiatr

go dostrzegł, polizał, poprzekłuwał

na przestrzał.

 

potem kaszlał i pisał;

demiurg – uczeń demiurga – stwarzał światy

posłuszne własnej woli i rodził

sny dymiące, szafoty.

przepływały przez niego ciężkie uda

kariatyd, niemy gniew Nibelungów, katatonia

wieczności.

 

biegnąc ścieżkami krawców

gnozy, dźwigał dziedzictwo

magów i filozofów,

i oswajał kamienie. w czarnej

wieży z berylu odgadł piątą esencję;

jedność czterech żywiołów.

 

kiedyś znikł – uroboros, stał się wężem

powietrza; destrukcją i odradzaniem, rzeką

ciągłych powrotów. lapis

philosophorum zabrał ze sobą

w przestrzeń –

 

jak Zosimos, cierpliwie drąży pestkę

alchemii, jego cień wydłużony

w bestiariuszach

przemyka…

 

 

manekiny

 

Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych umarłych. W ściany ich były wprawione, wmurowane ciała, twarze; w salonie stał ojciec – wypchany, wygarbowana żona nieboszczka była dywanem pod stołem.

                                               Traktat o manekinach, B. Schulz

 

rozkręcały się czarne

serpentyny schodów,  lakier pękał i pryskał,

 ogromniały zygzaki

żelaznych balustrad; puchły rdzawym nalotem. czas

rozszczepiał się, kipiał.

 

przycupnięte sklepiki barwy cynamonu kołysały się

w sobie. wrosłe w ściany figury – nadęte matrony,

poczet rajców, subiektów,

pokrywał mechaty kurz. rozpalone

 

spirale illegalnych wieczorów. smutek

żywej materii i pałuby w salonie. oddychania

kredensów, nakaslików i szuflad… manekiny –

świadkowie przemiany demiurga : ojciec

 

błyskał chityną. przez weneckie lustro

podglądałem, jak wsuwał się w szpary podłogi – przestrzeń

długo  trzeszczała, nim nabrzmiała

i pękła…

 

 

Miła

 

                   Na ulicy Miłej jest zakład pogrzebowy,

                   obok jatka i sklepik z balonem wody sodowej,

                   naprzeciwko - klinika lalek, naprawa parasoli... (…)

                                               Ulica Miła, W. Broniewski

 

To tędy każdą głuchą nocą – duszną i parną – ktoś kuśtyka;

Kaszle, stukota drewnem szczudła; echo się słania po chodnikach…

Jęczy widziadło głuchej praczki, co powiesiła się na sznurku –

Jej cień kołysze się w zaułku, gdy  psy szczekają na podwórku.

Skrzypią zawiasy w krzywych oknach, firanki wyczyniają balet,

A od kliniki chorych lalek sunie parada sinych kalek.

W bramie wiekowa, łysa dama  smaruje czaszkę brylantyną:

Przyjedzie do niej ambasador cmentarną, czarną limuzyną…

W barze gość  upił się i zasnął – śni, że wciąż sączy drink po drinku…

Księżyc zamrugał i wysuwa upiorny jęzor barwy tynku.

 

A kiedy wreszcie ambasador nadjeżdża czarną limuzyną,

Latarnie palą się mniej jasno i Miła ginie w kłębach dymu…

Pin It