Dariusz Tomasz Lebioda

WIERSZE BELGIJSKIE





BRUKSELA


deszczowa i senna gasnąca w czerni i ultramarynie

bruksela tonie w szarych tonach września –

 

dzwonieniem tramwajów trąbieniem aut

podążaniem ludzi donikąd –

 

stoję przy balustradzie placu poelaert

i patrzę na miasto w dole

 

tyle w nim chwil pierwszych i ostatnich

tyle ekstazy bólu narodzin i nagłych

zgaśnięć świadomości

 

czarna kobieta popycha wózek z córką

i dźwiga pod pachą chłopca o urodzie

denzela waszyngtona

 

porcelanowa chinka spaceruje w parku

kontempluje ornament katedry

 

hinduski chłopak stoi na rogu ulicy i

patrzy niewidzącym wzrokiem w dal

 

zgaszona fioletem senna w matowym

złocie deszczowa Bruksela

powoli tonie we śnie

 

     Bruksela 2013

 

  

 

DWIE KARTKI

ledwie dwie kartki na biurku hotelu

w Brukseli –

 

co na nich napisać – czym zapełnić

białą przestrzeń

 

rano widziałem młodą murzynkę

piękną jak rzeźba z hebanu i złota

nie wiem kim była kogo kochała

skąd dotarła do europy

i gdzie powędruje

 

potem rozmawiałem ze starcem z japonii

który walczył o wyspy Midway wyglądał

dobrodusznie a pewnie ścinał głowy

amerykańskim żołnierzom

 

nie wiedziałem o czym napisać wiersz

a kartki zapełniły się słowami –

 

ludzie jak krople deszczu jak ogniki

przez chwilę jaśniejące w mroku

i tak szybko tak bezpowrotnie

gasnące

 

     Bruksela 2013

 

 

 

CITRUS MAXIMA

 

We Flandrii matowej jak tła

z ołtarza braci van Eyck

 

jadłem pomarańczę olbrzymią

i myślałem  o zbliżającej się

walce –

 

rozważałem zasady prowadzenia

wojny chińskiego mędrca

Sun Tzu

 

jeśli zauważysz szczelinę

wejdź w nią –

 

oddzielając kolejne cząstki  

wybierałem broń i ustalałem

strategię

 

zwycięstwo armii zależy

od doboru żołnierzy –

 

rozkoszując się smakiem

uderzałem gwałtownie

we wroga

 

wygrana zależy od

próby sił

 

za oknem pulsowały lekko tła

obrazów flamandzkich

 

jadłem owoc pomelo

i myślałem

 

o jakże bliskim  

ostatecznym

starciu

 

 

Antwerpia 2013

 

 

 

 

DESZCZ W GANDAWIE


kryjąc się przed ulewą nad kanałem w gandawie

patrzyłem na rzędy mocarnych platanów

stojących na straży srebrnego nieba

 

ludzie na rowerach pędzili przez miasto hinduska

dziewczyna z lśniącymi kroplami na brwiach stanęła

przy mnie i odsłoniła białe zęby

 

spytała czy jestem z Indii a ja nie umiałem

zaprzeczyć często biorą mnie za araba

żyda cygana a nawet za chińczyka

 

stojąc w podcieniu wielkiej kamienicy

myślałem o drogach mojego życia

 

dokąd mnie zaprowadzą i dlaczego

ciągle zbaczam z traktu opuszczam

utwardzone dukty i gubię się

jak mały chłopiec

 

 

RUBENS I SNYDERS

 

gęsty smutek oblepił mnie przed katedrą

w antwerpii –

 

przed godziną byłem w domu rubensa

i widziałem wiele jego obrazów

 

ale najdłużej patrzyłem na uśmiercone homary

bażanty pawie kraby i na bezwładne zające

na płótnach fransa snydersa

 

rubens malował w martwym

przepychu i sławie –

 

snyders tworzył żywe konstelacje

bezwładnych istot –

 

jeden i drugi skruszeli w czerni

złocie i gorzkim szkarłacie

siedemnastego stulecia

 

spopieleli w błękicie

i bieli milczącej

śmierci

 

     Antwerpia 2013


SEN W HOTELU PRZY DRODZE SZYBKIEGO RUCHU


ta noc była spokojna i ciepła śniłem o kobiecie

o czarnych włosach i karminowych ustach

tuliłem się do jej niebytu pieściłem jej

odległe ciepło szeptałem bezgłośnie

słowa miłości idealnej

 

 

Belgia 2013

 

 


MORZE PÓŁNOCNE

 

ostatnie drobiny ciszy gasną w popiele

dnia czarny blask nocy napływa ze

wschodu i tężej na niebie jak

rozogniona rana

 

nikt już nie szuka drogi

nikt nie zmierza

do celu

 

tylko porywisty wiatr chłoszcze

włosy tylko lodowaty deszcz

osiada na rzęsach

 

co miało nadejść nadeszło

co miało umrzeć umarło

 

jeszcze tylko chwila ostatnia

zamknie się jak małża

na dnie północnego

morza

 

     Gandawa 2013

 

 

 

CHWILA

    

niedługo spadnie rzęsisty deszcz

zwaliska granatowych chmur

zawisły nad horyzontem

 

jaskrawa ciarka błękitu

przeszyła daleki przestwór

 

cisza pulsuje głucho w arteriach

dnia jak święta krew w skroniach

marmurowych bóstw

 

muskam lekko twoje usta i widzę

złoto lśniące w źrenicach

 

platynę połyskującą we włosach

srebro i fiolet na rzęsach

 

umiera zgubiony dzień

odchodzisz milcząca

 

nikniesz w błysku

martwej chwili

 

niedługo spadnie

deszcz

 

     Antwerpia 2012

 

 

 

PONCJUSZ PIŁAT


przecież nie mogłem nie skazać jezusa z nazaretu
zwoływał tłumy i mówił – jestem królem


przecież annasz i kajfasz czekali
w synagodze na dobra nowinę


a tylko krew i przerażenie mogły
utrzymać ład w dalekiej judei


tyberiusz żądał podatków i nie lubił
opowieści o żydowskich buntach


był czas paschy i ciżba krzyczała
– uwolnij barabasza barabasza


patrzyłem w oczy nauczyciela
i widziałem w nich światło


nie mogłem jednak go uratować
śmierć waży niewiele


a godność to groźne
oblicze rzymu


był czas paschy i ciżba krzyczała
uwolnij barabasza barabasza


a on stał przede mną kruchy jak
jaspis i dumny jak onyks


kazałem go za to ubiczować
a potem zawiesić na krzyżu


ani jeden mięsień nie
drgnął na jego twarzy


ani jedna łza nie spłynęła
z jego oczu


umyłem ręce na których
nie było krwi


odprowadziłem go wzrokiem
i zanurzyłem się w termie


potem ukrzyżowałem jeszcze wielu
złoczyńców buntowników lekarzy


godność to groźne
oblicze rzymu


nie wiem dlaczego właśnie
jego wybrali


i nie wiem kto mnie zdradził
dlaczego cesarz


tak nagle przywołał mnie
do stolicy


nie prosiłem historyków
o miejsce w annałach


nie chciałem by mnie
długo pamiętali


doprawdy śmierć waży
niewiele niewiele


– szybko otworzyłem żyły
  i spokojnie czekałem


na nadejście lśniącej
ciemności


 

 

*  *  *

 

stwórco chwil i barw

nut kształtów i słów

 

dziękuję ci za to

że jestem

 

kamienie i gwiazdy

lśnienie muszli

 

i zapach

lasu

 

podziękują ci za to

że byłem

Pin It