{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Daria Dziedzic


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

Paranoje

 

Właśnie słucham Seana Paula I’m Still In Love

i jem nektarynki. Ktoś powiedział mi kiedyś,

że dwadzieścia minut

po północy  nie powinno pisać się wierszy,

tylko pójść spać. Ale to niemożliwe. Od tygodnia

wciąż oglądam wschód słońca przez zamknięte okna

i mam coraz irracjonalniejsze lęki. Obca,

obojętna nie potrafię złożyć origami,

napełnić czajnika wodą, odnaleźć w ciemnych

lustrach Tybetu swojego odbicia.

 

 

Młynek do czekolady, 1911

 

To takie nienasycenie. Karnawał w środku

jesieni, tango przez pół boiska. Przywitanie ze zmrokiem,

witaj cukiereczku, stawimy czoła bestii

 

krwiożerczym lękom.

 

Upupimy je, ulepimy z nich ciepłe kluchy. Och, Marcel,

owocuję jak głupia, a tobie nie zostało nic poza

trzaskającymi kośćmi. W swoim milczeniu jesteś prawie

 

troglodytą, półbogiem, półsnem, figurką z jaspisu.

Twoje szklane oczy dyndają wokół mojej szyi na cienkim sznurku.

Mogą łatwo się zerwać i potoczyć pod bluzkę. Zatańcz,

zatańcz ze mną, zanim wystygnie kawa i ktoś spije z niej pianę.

 

Zrównajmy się z ziemią.

 

 

zaprawdę powiadam wam

 

stworzyłam nową konstelację strzykawki

butelki ginu słoików z kompotem rzeczy zupełnie

dla mnie obcych w ten sposób radzę sobie

z ciemnością do twarzy było mi najładniej

zwłaszcza w listopadzie

 

nie potrzebowałam make-upu tlenionych włosów

wystrzałowych ciuchów i ulubionych kolczyków

były w wymowie za jednoznaczne jak twoje eseje

o byciu człowiekiem od chwili poczęcia

brakowało w nich głębi którą najlepiej oddają jaskinie

 

jest w nich echo jakie pozwala nam na niepamięć

od skały do skały wciąż dużo miejsca

na sympatyczne rozłożenie ud i wymianę kodów

genetycznych wcale nie bez znaczenia były podróże

przed świtem kiedy pospiesznie zbieraliśmy porozrzucane

 

ubrania i nakładaliśmy na siebie rzeczywistość

pomimo że dopiero zupełnie niedawno pozbyliśmy się

tysięcy dolarów na operacje plastyczne twarzy

moich piersi i  twoich pośladków

nigdy nie mówiłeś że po nocach które spędziłeś ze mną

 

masz kłopoty z oddychaniem w białym wierszu czujesz się

jak w zamkniętej klatce schodowej i zatrzymujesz

na każdym kolejnym wersie stopniu by nabrać w płuca farby

pękającej pod wpływem zimnych dotyków więc teraz boję się

ciebie podejść tak zwyczajnie jak zawsze wyciągam wnioski

 

 

TRYPTYK

 

1.Przed i po

 

Nadal jest i wpływa przez otwarte okno.

 

Póki ktoś nie przetnie drogi,

zostaje między wierszami a prozą

najzupełniej niepowtarzalną

 

twarzą śpiącej,

twarzą madonny,

twarzą dziwki.

 

Patrzymy na nią jak zahipnotyzowani

i nie potrafimy wypowiedzieć

prostego

kocham cię,

kocham jak irlandię,

kocham jak whiski.

 

Jakby słowa były trocinami,

plamą po oleju silnikowym,

spermą na prześcieradle

 

z paryskiego motelu.

jakby ciemność była tylko błędnym

kołem lub wieżą ciśnień.

 

Ostatni raz patrzę na nią kątem oka,

w którym zamiast łez, słupek

rtęci wskazuje minus dwadzieścia

stopni między tobą

a mną,

 

coraz więcej pustych butelek.

pod nogami znika przyciąganie,

odnajdujesz punkt zero,

 

ciekły asfalt.

Pozwala na to lekkie pióro,

wyobraźnia i kac.

 

2.W trakcie

 

Wyobraźnia, kac i lekkie pióro

powodują wzrost ciśnienia.

Teraz jestem strzelistą wieżą,

w której wnętrzu lęgną się

mroczne korytarze,

kręcone schody

i balkon.

 

Jak co rano

stoisz na nim z papierosem.

Wciągasz do płuc

tytoniowego boga,

 

nie pozostaję dłużna,

więc choć raz mamy ze sobą

coś wspólnego na przemiał.

Jesteśmy gotowi

 

do skoku. Zaczynasz wkładać

kominiarkę. Nikt cię nie rozpozna

po chodzie i zapachu. Stopy

przemyłeś octem. Możesz iść

i wejść głębiej.

 

Rozbieram się, tylko

nie ze snów,

coś musi być we mnie moje.

 

3.Na własność

 

Coś musi być we mnie moje,

niekoniecznie krew, tylko miasto,

nasiąknięte feerią świateł. Żyły,

kanały, wypchane szczurami,

pulsują gwałtownie. To jest we mnie,

jeśli chcesz, zabierz,

 

wymień na jezioro,

na góry i las.

Może będę oddychać spokojniej.

Bez gruzów w płucach,

 

bez kurzu. Zabierz pełnię,

wypełnij pustkę, by znów była pełnią,

tylko tyle. Coś w zamian

musi zostać i skwierczeć w upalny dzień lata.

Zaufaj, jeśli zabierzesz ze mnie miasto,

 

napłynie milczenie. Będzie nadal

i wpłynie przez otwarte okno.

To we mnie, reszta

się nie liczy, więc śpij. A ja

jeszcze poczytam do snu.

 

 

choroba libenkrafta

 

pełna izolacja. komfort, luz, spadanie.
są i twarze, są widzenia. dwa,
trzy razy w tygodniu, patrzymy na siebie
przez szybę, nadajemy szyfrem. wariograf
dostaje świra. leżę na pryczy,
czytam mein kampf jednym tchem, czytam
i znów spadam. spadam w głęboką wodę,
w głęboki sen. prosto w objęcia głuchego
pielęgniarza, który robi mi zastrzyk
i uśmiecha się, przeraźliwie słodko.
nie mam mu za złe tej całej donkiszoterii,
komedii dell’arte. to już i tak
dość paskudne okoliczności,
jak na maj.
                           
01.06.2013

 

 

[Moja bohaterka nie pisze już wierszy]

Moja bohaterka nie pisze już wierszy
o samobójcach. Przed lustrem trenuje silną wolę.
Jednocześnie, dostrzega w sobie coś
z Freuda i Prousta, jest wyjątkiem
odbieranym migotliwie*
. Ciągle

wyławia z kosmosu sny o mętnych oczach.
Zamyka w szklanych puzderkach. Widzę,
jak potrafi zaciągnąć się mgłą.
Świadomie stwarza świat, w którym mieszają się
rzeczy i miejsca. Tu wszystko jest płynne,
sieje zakłócenia. Każdy, kto choć raz nas odwiedził,
wie, jak bardzo jesteśmy zwierzęce.

* cytat z wiersza Macieja Meleckiego „Krawędź i reszta”

 

 

Przysposobienie obronne

 

Sztuką jest wyjść i nie wrócić. Jeśli to czytasz,
wiesz, że powroty nie są moją mocną stroną.

Nie potrafię zapuścić korzeni, ani zostawić

po sobie zdjęcia. A, to już jest przeprawa

przez kolejne dni, mosty, drogi. Zamykam okna,
zasuwam rolety. Chwila światła przynosi ból w skroniach,
w oczach pulsuje pejzaż, nabrzmiewa jak melon.
Szykuję skrzydła, będzie zmiana warty. 

 

 

za nami bardzo biały świat, przed nami światło

 

tyle za nami: biały, bardzo biały świat.

wyjałowiona ziemia, spalone domy, jeśli

nie zmieni się nic w stawianiu kroków,

zostawianiu śladów na meblach. lepiej

 

zamknijmy drzwi i okna. niech mroźne

powietrze zostanie w przestrzeni za nimi,

niech zrośnie się z drzewem, rzeką, kamieniem.

dla nas: ważniejsze życie, ciepły oddech dziecka

 

na skórze. porozrzucane zabawki i ubrania

po kątach, okruchy na podłodze. nie ma mowy

o grobach i urnach. przed nami  światło.


Daria Dziedzic urodziła się w 1977 roku. Absolwentka Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej oraz Filologii Polskiej na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Wydała dwa tomiki: „Anioły, sny, wiersze” (Nowy Świat, 2003) i „Wyspa” (Mamiko, 2010). Laureatka wielu konkursów poetyckich. Publikowała wiersze i recenzje w pismach: „Odra”, „elewator”, „Migotania”, „Akant”, „Śląsk”, „Zagłębie Dąbrowskie” oraz w almanachach i na stronach internetowych PKPzin, Śląskiej Strefie Gender, TV Culture (telewizja polonijna). Jej wiersze czytano w audycji radiowej Poczta Poetycka” prowadzonej przez redaktora i krytyka literackiego Macieja Szczawińskiego. Obok poezji, którą zaczęła uprawiać w 1991 roku, interesuje się filmami z dreszczykiem. Stawia pierwsze kroki prozatorskie, szuka wydawcy do trzeciego tomiku. Poza tym uwielbia się śmiać i poznawać nowych ludzi. Mieszka od urodzenia w Dąbrowie Górniczej.

Pin It