{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Dorota Nowak


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

przyjaciółka


wyspa

otoczona ze wszystkich stron nie jest skałą

na jeziorach woda kształtuje brzegi spokojnie

łabędzie wypełniają ciche fragmenty sitowiem

w naturalnej samotności przypływy są szczęśliwe

błękit i piaszczyste obwody masują jej stopy

 

na morzach fala zanurza powierzchnię z solą w oku

podwodne wulkany trzęsienia ziemi wyspy koralowe

tworzą szczeliny rzeźbiąc twarz  na kształt smutku

zimny prąd nie uleczy powstałych uszkodzeń

niesione osady gromadzą się na całym obszarze

 

odkryć tę wyspę to chcieć zamieszkać na niej

 

 

na dwa


od pierwszego zdania
szliśmy dwa razy mocniej.
na szczytach wieje
dwa razy silniej.
ty i ja, wszystko na dwa.
pionowe skały ranią ręce
– pragniesz dwa razy bardziej.


zawsze lubiłam poziomy
mech od strony północy
lubczyk dodawany na zielono
i rytm o poranku – na raz.


gdy krótki sen starcza za dwie noce
dwa razy mocniej szukamy siebie.

 

pamięć

kanapa w kolorze ecru
pamięta wrażliwość piersi
(wciąż zadziwia mnie ich moc).
byłeś na wysokości
już nic nie zatrzyma otarć.
myśl upadła za oparciem
niespokojnie rozlicza się z jutrem.
za mało wszystkiego za dużo.
warstwy zdjęte zbyt szybko
splątały stopy opór przyciąga
niecierpliwość miesza krople
(lubisz gdy kobieta).


kanapę w kolorze ecru

przestawiamy w inne miejsca.

 

ojciec

 

nie żongluje już i nie tańczy

dla podziwu. regulował rytmem

na lewo i bardziej na prawo.

dla nich nosił ciężary. rosły.

wstydziły się gdy kopał piłkę

za wysoko za daleko.

w deszczu chował je za pazuchą.

stawał na ringu chełpiąc się

złamanym nosem.

gdy drzewa dojrzały w ogrodzie –

kurczył się.

nie myśleć. nie teraz.

tulić się do opadających liści.

 

 

czuwanie

 

nie proszę abyś wzięła mnie

na kolana – ich kruchość okryję kocem.

usiądźmy obok.

pamiętasz jak mówiłaś że bieg po bruku hartuje stopy ?

warkocze wciąż są za krótkie. w koszyku

wielkanocnym dawna ilość soli i chleba.

 

nie proszę abyś nosił mnie

na rękach – pomogę ci włożyć koszulę.

popatrzmy razem.

pamiętasz jak mówiłeś że nogi prowadzą najpewniej?

przed nami wiele skrzyżowań. w cukierni za rogiem

dawny zapach karmelu.

 

bądź, bądźmy – proszę.

 

 

smak jutra

 

raz do roku rozdawałaś smak lepszego jutra –

banan dzielony na cztery i daktyle na dwa.

plasterki dzieliłaś sprawiedliwie.

opłatek zadziwiał brakiem smaku.

 

codziennie spijaliśmy kożuchy z kubków

wypełnionych przelewającym się mlekiem.

pomarańczowy kolor pieca był cieplejszy

od mroźnego świtu nad puchową kołdrą.

 

nie prowadziłaś przez próg. zabłocone buty

zostawały za drzwiami – odwrócone. deszcz

moczył je od strony podeszwy. na kolanach

nie brakowało miejsca do przytulenia.

 

nasze dzieci wracają do domu.

 

 

siostra

 

urodziłeś się z dziurą w sercu.

matka nie zgodziła się na łatanie.

życie podarowało sine policzki.

zdobywałeś schody. bliżej Boga. bliżej nieba.

 

dłoń siostry miała kolor paznokci

zaciśniętych na kartkach katechizmu.

gdy prosiła o dzień dla ciebie

gładziłeś jej złote włosy.

 

zapach życia. chusteczki i pieluchy

drażniły śluzówkę. oliwka koiła lęk

przed słabością nadgarstków.

oklepywanie pachniało bliskością.

 

dziewiętnaście lat na decyzję.

leżałeś z pozszywanym sercem.

z wyboru siniały ci stopy. nie było

anioła gdy prosiła o twój dzień.

 

anioł został sam.

 

 

kamuflaż

 

umiała

dłonie składać

jak modliszka do pacierza

wąchać kwiaty

maskując wewnętrzną nutę

kryć cechy gatunku

mimetycznym ubarwieniem

wdzięcznie czatować

dodając zdobycze do ofiar

płynąc ściekową rynną

omijała złamane skrzydła

 

pośród drapieżników

czasem występuje kanibalizm

został z niej odwłok

 

 

strefa świętości

 

nie chciała jej.

skalpel pokroił resztki bólu

bandaże chłonęły krew.

z każdym szwem

zrosty kształtowały krzyż.

oznaczona gniewem

podnosiła modlitwę z podłogi.

bezradność wsparta na kulach

stała zalękniona w oknie.

spływające krople topiły lód

ale poślizg zamykał drzwi.

 

z każdym paciorkiem

jutro niosło zmartwychwstanie.

nie odeszła.



w kolorze

jego szarość

spływała po szybie.

pisał czarno na białym ekranie.

przebudzenie mówiło

jak składać słowa bez echa.

przebłyski między cieniami

zajęły miejsce i czas na marginesie.

szczeliny chronione bielą na wiosnę

przysypała kora z drzew.

opadał pod ściółkę

z żółcią unerwionych liści dębu.

 

ale przyszła w kolorze okna



Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

wiersz o winie

 

on moczymorda

leży w bezruchu na śmietniku.

plastikowa butelka jak karafka

o najszerszym dnie pachnie mu

nutą czerwonego wina

powoli krzepnie krew wokół nozdrzy

zwierzęcego węchu konesera.

smakował życie sączył piekielną moc

z jej oczu ud piersi z jej rozmodlenia.

nieskazitelnie dobraną temperaturę

męskości zamknął w kielichu

odeszła z przekleństwem

ostatniej butelki

porzucony nagle stracił odporność

na zimno gdyby został menelem

wygrałby każdą walkę

przyjąłby każdą pozycję

wypiłby wszystko do dna

bez uszczerbku.

ale on grał

jej struny nie pozwalały upaść

jak wino był winny.

 

 

uchwyt

 

nie był dobry.

macocha zamykała przed nim chleb.

a on w jej zielonym płaszczu

jedynym okryciu jakie miał

strzelał z procy do okien.

upokorzony szukał kamieni

gdy mówili na niego Zielonka.

 

kradzione pomidory

kapały czerwonym sokiem.

gęsty dym papierosów

wytyczył kierunek.

z jabolem miedzy palcami.

przetańczył młodość na parkiecie.

 

aż świtem obudził się

z dwójką dzieci u boku.

i z nią.

dziewczynki nosiły jego stare kurtki

ale nie strzelały z procy.

kiedy zapijał dzień i opluwał wieczór

– zdejmowały mu w ciszy onuce.

miłość zamykała przed nim noże.

 

kiedy powiedziała dość.

a rozedma obudziła strach

zatrzymał się w połowie.

zgarbiony

zdejmuje dziewczynkom skarpety

a one oklepują mu plecy

z czułością.

codziennie usypia

tkwiące w nich DDA.

 

z zapasem kremu nivea w szufladzie

(tak robiła matka)

wsparty na kulach mówi:

nie umrę

to życie mnie trzyma.

 

 

przedproże

 

obiecał że wszystkie dźwięki

zamkną się w ciszy

rzucane w pośpiechu słowa

i żarliwość dotyku za ścianą.

 

drewnianymi schodami prowadził

między regały. książki nasiąkały

pyłem. wymieszany naskórek

unosił się z podłogi i osadzał na okładkach.

 

grę bursztynowego serduszka

z przezroczystą wiecznością w środku

kupił na ulicznym straganie.

podarunek nosiła jak relikwię.

 

o miłości czytał w książkach

a deltę jej ud ukradł Miłoszowi.

własną miał tylko pustkę.

zachwiała się – nie upadła.

 

 

wiersz o morzu

 

stalowe cielska wraków

zaklinowane kadłubami na wieki

obejmują zagubione plaże

 

długie skrzydła mew

pokonując wiry powietrza

szybują pomyślnie

 

ciężar rzuconego kamienia

ze śladami zranionych stóp

za burtą traci znaczenie

 

na głębokościach siła

wyporu zamkniętych drzwi

zwiększa ciśnienie ku górze

 

między wydmami

gdzie wiatr usypuje wzniesienia

zrastają się splecione dłonie

 

na granicy ukrytego z widocznym

biegnie dziecięca ufność

widząc horyzont w zasięgu ręki

 

powiedział że

morze pochłonie wszystko

 

 

puzzle

 

krążysz we mnie punktowo

w tle cienie przemykają kratkami

tam zanikam najbardziej

 

czynnik z czwartego wymiaru

mnożąc twój obraz od lustra do lustra

uszkodził rogówkę

 

liczę godziny i miejsca

dodaję słowa czytane w milczeniu

układanka przypomina jej obraz

 

nie ma mnie po twojej stronie ekranu

 

 

babka dla Jacka od Doroty

nie było żadnego przepisu
na ten smak.
w kąciku przy kominku
słowa grzały kamienne ściany.
poeci
na stołach czytali
z życia. Bóg czuwał w kapliczkach,
a siostry otwierały drzwi.

przekraczając samotnie próg
słuchała nowego. szczęśliwa.
był nieoczekiwanie obok.
niestrudzenie otulał kocem,
prowadził ścieżką,
unosił spojrzeniem. słuchał.
gdy rozpalił dla niej w kominku
usłyszeli ją. Poczuła, że jest.

to był czekoladowy czas
z wierszem jak wisienka na torcie.

 

 

***

 

jeden dzień
ten bez ciebie
próbuję przeżyć

jesteś
w tej maleńkiej
kieszonce

lustro mówi
że patrzysz
w milczeniu

pięknieję wtedy
cichutko
w ukryciu przed
światem

dla ciebie
przez ciebie
z tobą

 

 

przesunięcie

 

a gdyby przesunąć tę myśl o jeden
albo o dwa
gdyby obrócić o kilka stopni
albo odbić symetrycznie w lustrze
gdyby zniekształcić przez podobieństwo
a może pociąć na kawałki
i złożyć w łamaną -
oddychać by można
zawrócić
i zacząć od przecięcia.

 

między kręgami

 

nie wiem gdzie on mieszka.

czasem widzę go między gałęziami drzew

ukrytego w zieleni.

czasem zakrada się za oknem

w mglistym poranku.

wieczorami tli się między

błyskami monitora.

czasem czuję go w brzuchu

albo miedzy kręgami

w skroniach i w nadgarstku.

ale najczęściej bywa w uścisku.

nie wiem gdzie mieszka.

mój smutek.

 

Dorota Nowak – absolwentka Politechniki Poznańskiej oraz studiów podyplomowych z psychologii, matematyki, rachunkowości i finansów. Pisze wiersze i biega na długich dystansach od czasów szkolnych, z pasją rozczytuje się w psychologii. Debiutowała w 2012 r. na XII zjeździe Poetów Po Godzinach wygranym wierszem w konkursie głównym oraz wyróżnieniem w drugim konkursie. W 2013 r. otrzymała wyróżnienie w konkursie głównym na XIX Głogowskich Konfrontacjach Literackich. Laureatka konkursu głównego na IV Zjeździe Krąg – Darłowo 2013 r. oraz drugiego konkursu na tym samym zjeździe. Zestawem konkursowym wierszy zakwalifikowała się do udziału w XXV Ogólnopolskich Spotkaniach Pokoleń w Kruszwicy. Jej wiersze

znalazły się między innymi w almanachach: „Pod naporem wyobraźni”, wydanym z okazji XIX Konfrontacji Literackich w Głogowie, „Miłość w czterdziestu siedmiu pozycjach. Poradnik liryczny” wydanym przez Poetów Po Godzinach, w Księdze Jubileuszowej „Kopa lat Jacka Sojana” opublikowanej z okazji jubileuszu krakowskiego poety oraz w antologii „Zapisywanie życia” wydanej z okazji XXV Ogólnopolskich Literackich Spotkań Pokoleń w Kruszwicy. Drukowała w czasopismach „Okolice Poetów” i „Protokół Kulturalny” oraz w wielu publikacjach lokalnych. Mieszka i pracuje w Nowym Tomyślu. Należy do Grupy Literycznej Na Krechę oraz do grupy Poetów Po Godzinach.


Pin It