Agnieszka Moroz - Wiersze


Marc Chagall
Marc Chagall



Dom z prześcieradeł i światła

 

 

Mówisz że jeśli odpowiednio nas połączyć

możemy stworzyć jedną z tych obiecujących farb

intensywnych jak krew

która na szybie układa się w geometryczne wzory

Nadasz nam którąś z dalekich orientalnych nazw

Stepy Bengalu Pustynny szlak Cytrynowy sad

albo Buddyjskie kadzidło

i będzie nam ładnie na tle ścian mieszkania

które rozświetlą nas jak dobra przepowiednia

bogate ramy przyprawione starym ślubnym fotografiom

 

Mówisz że jeśli połączyć nas odpowiednio

salon opanują czeredy dzieciaków

o kocich oczach i dziwnych imionach

jak Eleonora lub Vanessa

Zbudujemy dla nich dom z prześcieradeł

i światła choinkowych lamp

a kiedy przyjdzie burza będziemy ratować je kocami

lub termosami z czekoladą

 

Ale nas nie łączą już żadne przestrzenie

Śnimy osobne sny

nasze słowa mijają się w locie niesione przez inne powietrza

I jeśli naprawdę wyobrażasz sobie życie jako obraz

nas musiałby namalować Klimt

 

Na jego płótnie wirujące złote płatki

otwarte okno wiatr

i szelest blaszek

zastygłych jak moment absolutnej magii

po którym uświadamiasz sobie

że to co widzisz jest tylko wizją szaleńca

 

 

 

Pomiędzy mną a mną

 

 

Mój dom jest przestrzenią w której na metr kwadratowy

przypada statystycznie najwięcej nieszczęść

Wszystko co mogło się zdarzyć już mi się przytrafiło

i chciałabym tylko spać

 

Kupiłam łóżko z funkcją spania

stół z funkcją jedzenia

i stos jaskrawych ubrań żeby żyły za mnie

ale wciąż mam w sobie równoległe wszechświaty

setki delikatnych membran

uchylonych jak drzwi

przez które widać wszystkie moje ja

porozsiadane na bujanych rustykalnych krzesłach

 

Są puste lecz nie opuszczone

w gorsetach z koronek kolorowych szkłach

przypominają ozdobne rurowe dzwonki

i czasem myślę że gdyby napisał mnie Schulz

miałabym w sobie wiatr

mogłabym dźwięczeć razem z nimi

 

Później drzwi zatrzaskuje wichura

głośnego śmiechu moich wcieleń

wywrzaskiwanych prawd

uderzających w stół drobnych pięści

a ja potrafię tylko

uderzać o cynamon

i znad moździerza nasłuchiwać kim mogłabym być

gdyby Bogu skończyły się wreszcie pomysły


 

 

Napis na szybie

 

 

Łączy nas już tylko chemia

w oddechach przekazujemy sobie

brudne powietrze miasta

w pocałunkach smak rozczarowania i kawy

której ziarenka w przestrzeni kosmicznej

potrafią łączyć się trwalej niż my

 

Patrzę na ciebie przez szklankę

Przez twoją twarz przechodzą załamania i krzywizny

wydajesz się odległy

a ja wiem że to coś więcej

niż tylko optyczne złudzenie

 

Właściwie nie potrafię już patrzeć inaczej

od dawna brak nam lepszych perspektyw

twoja postać przestała ogniskować się w soczewce

na styku promieni z których wyrosnąć może tylko ciepłe światło

 

Teraz znikasz

uciekasz w nieobecny profil

Skrywasz się pod powieką na ciemnym dnie oka

Odparowujesz

jak pozostawiony na szybie ślad palców

pospiesznie skreślony czuły napis

który zauważę dopiero po twojej wyprowadzce

Niedoczekalnia

 

 

Rozmazane pomieszczenie

trochę jak łazienka od Bacona

albo dziwny sklep z Love Street

pełen szeptów zegarków i nóg

 

Czekam

ściany patrzą źrenicami wszystkich ludzi

i mogłabym zrozumieć każdego

 

Ktoś powiedział

w poczekalniach najważniejsze są dobre zakończenia

drzwi

gdyby nie te drzwi

można by się było poddać

 

 

 

 

Smutny książę i poławiacze

 

 

W tamte dni

robiliśmy zdjęcia

przez kolorowe dna butelek

wciąż uśmiechamy się z albumu

 

O północy

tyłem podchodziliśmy do studni

on bardziej niż ja bał się

spojrzeć w głąb

 

Podarowałam mu muszlę

 

Wyjął z niej perłę

daleki szum wyrzucając

do śmietnika

 

Teraz

rozmawia z krawatami

monety sypią się z ust

brzęczą

ciągle boli go głowa

 

 

 

 

 

Kontrapunkt

 

 

Lubię widok twoich stóp

wracających

z misji ratowania świata

bandaże dla uchodźców i petycje

zawsze miały znaczenie

 

Otwierasz drzwi

łopatą

odkopujesz mnie spod książek

gdzie umieram

 

Z twojego punktu widzenia

umieram każdego dnia

skroplone myśli

wyciskając z długopisu

zamiast składać podpis

 

Co innego psy

 

Odkąd je przygarnąłeś

wierzą w moje stopy

i moje dłonie

podczas gdy ty

demonstrujesz z weganami

 

 

Gabinet Howarda Mierzwiaka

 

 

Nagle przychodzę ci do głowy

i zamieszkuję pomiędzy jedną a drugą

plamą kawy

które wieczorem

spróbujesz wywabić alchemią barmanów

Wiele wybieliłeś już do czysta

 

Przez chwilę

jestem najważniejszym słowem

i pointą mocną

nawet przed wielokropkiem

tłumu

główkami szpilek

obracających się na byle zawołanie

wyciąganych ze zdjęć

kiedy już znudzą cię na dobre

 

Moje szpilki

też nie zdążą uciec

chociaż bohaterkami są chodników

Rozpłynę się w

nogi usta piersi

Magicy prędko zdemontują je

w gablocie twoich oczu

wyrokiem nożyczek

wyeksmitują z fotografii

 

Kiedy obudzisz się z migreną

o niczym nie będziesz pamiętał

a Georgie Best zapewni

że wczorajszej nocy podnosiłeś go

z ziemi razem z krzesłem


Marc Chagall
Marc Chagall

Pin It