{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Elżbieta Musiał


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

 

Na zdjęciu wciąż żyjemy

(fragmenty poematu)

 

1.

Nie mogę rozwinąć myśli:

lato dojrzewa w przyszłych szkieletach jabłek.

Przeszkadzają mi nieustające wniebowstąpienia

w wierszach. Brzemienne powietrze sierpnia.

Obłoki przeludnione.

Tak, przeludnione

jak niebo nad Nangar Khel1

pewnego dnia hurmem zdobyte. Wszyscy myślą,

że to przez pieprzony Afganistan. Że stamtąd

jest bliżej. Zapewne mają rację.

Maha nie miała czym

nakarmić dziecka, a już było po wszystkim.

 

1 Incydent w wiosce Nangar Khel miał swoją datę: 16 sierpnia 2007 roku (podawały wszystkie publikatory). Wtedy to właśnie polscy żołnierze ostrzelali afgańską wioskę wielkokalibrowym karabinem maszynowym i granatami moździerzowymi. Śmierć poniosło sześć osób, trzy zostały ciężko ranne. Wśród poszkodowanych były kobiety i dzieci. Działo się to podczas pokojowej misji Polaków w Afganistanie.

 

(…)

7.

Ty przynajmniej się nie starzałeś, Giordano.

Geniusz w ciele zuchwałego nie zazna

powolnego umierania. Dlatego pozwól,

że kobieta opowie mężczyźnie.

Podnosił się dzień,

                   jak tobie wtedy.

Słońce jeszcze niskie zwoływało przekupniów

na jarmark codzienności.

Dotknęło i mnie z ukosa.

Właśnie pochylałam się, by obmyć sen.

                   Skóra w lustrze.

Ona tuż nad jedną i drugą piersią

i aż do wgłębienia obojczyków.

Misterna draperia utkana

                   na krosnach dni,

które rozsypały się pomiędzy „teraz”

a „od pierwszego kształtu”.

                   Nigdy wcześniej aż tak.

                   Nigdy pod takim kątem.

Nie mogłam oderwać oczu.

 

8.

Dotykać skóry, ale tak, jak fresku Rafaela.

A potem milczeć, jakby się szło

                   przez cmentarze.

 

9.

Chwytam się życia i twojego wiersza, Anno.

Boskie udo, ślubne udo, pogańskie udo

                   – wyborny projekt;

do miłosnych obrządków powołał je czas,

a potem łupił je ten sam czas i odrywał

od drugiego ciała.

A w trakcie – biczowanie ironią i zimną wodą,

                   mój Boże, jakbym była przy tym.

Inne daty, odmienne imiona, a te same

upływały nam porządki

                   i klucze żurawi

przybyłe z nie wiadomo której jesieni.

Kochanki świata. Wygnanki królestwa.

Jak dobrze, że to było,

jak dobrze, że tego już nie ma6.

Dwa szczęścia po sobie żyjące,

puchnące w krtani metafizyczne drożdże.

 

6 Anna Świrszczyńska, „Gdy budzimy się rano”, z tomu Ogromniejąca perła samotności.

(…)

 

12.

Przekonują mnie słowami bogów,

a ja utraciłam pewność, co jest złem

i gdzie w nas grzech;

zakładam tylko, że być muszą,

bo sędziów wokół pełno.

Tkwiąc w wiecznym szachu,

można mieć wątpliwość.

Nieopatrznie nadepnęłam

                   na całe życie chrząszcza,

zmierzałam do kościoła zbyt prosto.  

Czy będzie mi odpuszczone, gdy już uklęknę

na szachownicy posadzki

                   w ósmy dzień tygodnia?

Białe pole, czarne pole.

Ocenzurowane szachowsko,

a figury rozdane.

 

(…)

20.

Nie mogę prosić o nabrzmiałe sokami ogrody,

gdy już szubienica drzewa.

                   Pora do tego dojrzeć.

Nadgryzły nas owoce.

Stygnący skurcz trzyma w uścisku.

Wyglądamy jak zeschłe liście

na gałęzi. Wisimy głowa w głowę,

a każda ciąży ku ziemi.

Przypominamy

                   wylinki cykad13

maszerujące w szeregu,

z których już wyfrunęło,

co miało odlecieć.

Przez nasze skóry

opustoszałe od życia

przecieka słońce.

Na zdjęciu wciąż żyjemy.

 

13 Wylinki cykad – zewnętrzne, chitynowe powłoki pozostawiane przez te owady na liściach i gałęziach drzew po zakończeniu ich ostatniego cyklu rozwojowego, czyli po linieniu. Wylinki wciąż wyglądają jak żywe owady dorosłe. Co prawda, same się już nie poruszają, zatem do animacji potrzebne są im wiatr i słońce, ale w warunkach naturalnych to dzieje się samo. Proces linienia można dziś oglądać w Internecie i nie trzeba w tym celu wypuszczać się na Cyklady na bezkrwawe łowy. Ale ostrzegam, jest to obraz służący wyłącznie celom poznawczym i z estetycznego punktu widzenia mało zachwycający. Najpierw pęka na grzbiecie zewnętrzna osłonka, z której jako pierwsza wyłazi główka z czerwonymi oczami, a następnie cały dorosły owad (imago). Wylinka pozostaje na miejscu, a owad rozpoczyna swoje życie rozrodcze. Samce urządzają wtedy koncerty w poszukiwaniu partnerek. Najciekawsza w tym wszystkim jest informacja, że samiczki milczą. Pewien starożytny Grek zażartował nawet: „Błogi żywot cykad chwalę, bo ich żony milczą stale”. O ile głos pojedynczego osobnika – słyszany jak trzeszczenie i terkot – można by nazwać nawet śpiewem, to już chór setek i tysięcy nakładających się na siebie dźwięków jest raczej wiatrem wyjącym w tunelu (wysłuchałam w Internecie). Zastanawia mnie, jak w tym harmiderze samiczka może rozpoznać swojego kochanka i czy nie dochodzi do życiowych pomyłek. Wszak cykady żyją w cyklach, co zwiększa jeszcze to prawdopodobieństwo. Jednym słowem, regularnie i publicznie pojawiają się co 13-17 lat. Wydobywają się wtedy otworami z ziemi i przylepiają do drzew, gdzie następuje wylinka, o czym już było napisane. W środkowej części Stanów żyje gatunek cykad, który z powodu swej okresowej masowości błędnie jest nazywany „17-letnią szarańczą”. Cykady zamieszkują ciepłe obszary. W Polsce obserwowane są jedynie w Dolinie Nidy na dwóch reliktowych stanowiskach, które objęte są ochroną rezerwatową.

            Cykady wdarły się z powodu chóralnych wystąpień do literatury. Większość z nas zna je z piosenki Maanamu „Cykady na Cykladach”.

 

(…)

29.

W porcie dwóch ulic,

w miasteczku mniejszym,

rusałka domowa wierna obrazowi

Dudy-Gracza19

                   trwa

w czterech ścianach marzenia.

                   Z księżycem na smyczy.

Każdy kąt i fałda domu tęsknią

jej tęsknotą, czuwają jej czuwaniem.

Wszystko czeka na sobotę taką

 

 

Powtórzę to jeszcze raz

 

Przegrałam.

Ja, o jednym imieniu przegrałam podwójnie.

Nie mogą ujrzeć mnie w wierszu,

nie przejrzę się w obrazie. Wciąż za późno,

a częściej po wszystkim.

Ci, co odchodzą, zabierają w tamtą stronę

                   własną gwiazdę.

Którzy w drzwiach stanęli – już znaleźli swoją.

Nie nadeszłam ani dziś, ani wczoraj.

Małe litery wywołują wieczną zadyszkę

w dolinie ciasnej.

                   Wiatr, co zstępuje ze słowa

porusza liście topoli

                   wyłącznie mojej.

Zatrzaśnięte drzwi wrosły już w ramiona.

Moje wody płyną pod prąd. Zawsze. (Już tego kiedyś użyłam, ale

jak będzie trzeba, powtórzę to jeszcze raz).

 

2 września 2012

 

 

Dialog w porze księżyca


- Gdzie jesteś? – Jestem

- Jesteś. Bo widzisz, wiatr. I taka noc.

I oczy zaciskam. Policzkiem błądzę po twojej twarzy.

Mokry zostawiam ślad.

I wtulam policzek w to miejsce na szyi,

gdzie krew i czas na przemian w tobie pulsują,

jakbym cała mogła się tam zmieścić

i skryć.

 

     -   To ty. – Tak, to ja. Otwierasz ramiona.

Szczęśliwy. Przez chwilę niepomny,

że z trwogi o nas za dwoje umierasz

co dnia.

         – Nie o mnie się lękaj – tak milczę,

gdy na sobie szczelnie oplatamy ręce.

Umiem być sama nawet przy tobie,

ale ten ciemny na niebie wiatr. Ja tylko,

ja tu, ja... gdzie krew i czas w tobie pulsują,

spokoju szukam.

 

 

na śmierć zegarka przejechanego zimą przez samochód

(fragmenty poematu)

 

XIII

 

I pomyśleć, jak ewoluuje chaos.

                   Jak nurza korzenie w czasie.

I jak za namową swoją wstępuje w ciszę.

 

Cisza jest muzyką bezruchu –

                   krok w siebie

i znowu krok.

Tam dogania przestrach.

                   Tak wtedy zerkam,

jak złodziej zlękniony raz po raz

przez ramię,

a cień mój dźwiga na swoich barkach

w dwójnasób ciężkie przeczucie –

                   ciebie

i siebie.

Ja i Ty. I jeden cień.

Prawda,

                   że to zabawny rachunek?

Jak ostatecznie układa się w nieistnienie.

 

XIV

 

Kim jesteś, że nie jesteś słowem,

choć ciałem się stajesz.

Uschłym ciałem tatuowanym surową filozofią wiatru.

Ciałem,

                   co wyparło się siebie.

 

Jestem swoją skórą,

która zdąża w przyszłość.

 

Myliłam się,

                   moja skóra

nigdy nie należała do mnie.

Tak jak moim nie był każdy dzień

ani dom,

                   ani książka,

tym bardziej obraz.

Przychodzą nie wiedzieć skąd,

pomieszkają w nas trochę

i odchodzą.

 

XV

 

Pytał mnie poematem: Kim jest

ten trzeci, który ciągle idzie obok ciebie1.

                   Właśnie siedziałam na wygrzanej ławce października

                   samotna.

Gdy liczyć nas jesteśmy tylko ty i ja2.

Jaki zabawny rachunek.

Jak ostatecznie układa się w nieistnienie

na tej „ziemi jałowej”.

 

Cień słów,

ciało bez cienia

i wiekuisty pochód ziaren piasku.

 

I piach w oku.

 

Eliocie,

miałam plażę w sobie

rozległą po brzegi czasu

i nigdy nie miała rozstać się ze mną.

Nie myślałam o braku,

o braku czegokolwiek, choć zgubiłam,

zgubiłam czas z oczu.

 

Nie należało wspominać o Trzecim.

Nie potrzebowałam przecież niczego

na pustkowiu miasta.

                   Byłam cicha

obok twojej niemej wiedzy.

Potem spadł liść

i jasna stała się ponad moją głową

wasza rozmowa. Twoja z Trzecim.

A nie trzeba było zachwiać

tego spokoju na pustkowiu miasta.

Lepiej było nie powiedzieć. Lepiej.

 

 

Dlaczego nie weszłam

 

Dwunastu apostołów wabi do wnętrza. Zapewne knajpa

jak knajpa. Kilka stolików na kufle i światło sączące się niskim

oknem do środka. Zapewne umiarkowany gwar, który przystoi złotemu

trunkowi. Dlaczego nie weszłam?

                   Nogi poniosły,

a tam Hlavna ulica jak nie Hlavna. Kapią na jej scenę leniwe minuty. Uderzają

z wysokości w swój czas, w mój czas. Nie, nie jest to efekt kapiącego kranu,

to raczej coś z filmu bardzo starego. Z sepii wyrastają moje kroki, trudno

jest tak wolno chodzić. Lepiej usiądę. Siadłam

w wiklinowym objęciu przed katedrą.

 

Teraz piję saris. Spada jedna z kropel czasu. Kapnęła kolejna.

Polubiła mnie pszczoła z daleka. Zza Koszyc, gdzie słoneczniki

zaglądają już w jesień. Bzyczy na szklance lepkiego od słodkości piwa,

może wciąż jeszcze o lecie. Napływa gołąb. Właściwie nie wiem,

czy to on roznosi leniwe nuty. Myślałam, że na Hlavnej... Ale nie.

Tu strumień wody płynie pod prąd. Znów kropla,

po chwili następna z szeregu.

Jak liść z niewiadomego drzewa pod nogi ulicy.

 

24 września 2010

 

 

Jak mam opowiedzieć to istnienie

 

Słowo daję, że żyła. Ona tylko niepostrzeżenie przysiadała na brzegu

łóżka, bo myślała, że to łóżko jest jej, jak już nic bardziej

na świecie. Przecież gdzieś musiała wracać po całym dniu.

W końcu to jedna trzecia jej lepszego życia na tych

czterech nogach i kilku sprężynach.

                   Nigdy nie mówiła o swoich snach,

a właściwie tylko raz, ale nie chciałam uwierzyć.

Była już wtedy po całym życiu, nigdy po pracy.

Może dlatego przysiadała na rancie łóżka.

                   Jak dusza na ramieniu

między dniem a odlotem, do którego już

musiała się szykować od dłuższego czasu,

tylko ja tego nie zauważyłam między jednym a drugim

moim krokiem. Słowo honoru, ona była. W tym domu, ale jego

już nie ma. Stał tu, na swoim miejscu, gdzie teraz jest ziemia, która

ją nosiła. Naprawdę. Najpierw sprzed okna odeszła stara czereśnia,

tej odmiany już nie ma,

                   ale babcia Stefania jeszcze wtedy była.

Zgarbiona chodziła ścieżką do domu. Ścieżkę przenieśli.

Na niej postawili nowe fundamenty. Ona naprawdę była.

Jak mam to jeszcze powiedzieć?

 

18 lutego 2013

Elżbieta Musiał – poetka, eseistka, malarka, publicystka. Należy do Związku Literatów Polskich oraz do Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wydała tomiki poetyckie: „Miejsce na niebo” (1996), „Tatuaż z obłoków” (nagrodzony Świętokrzyską Premierą Literacką za 2001 r.), „Cień rzeki” (2004), poemat „na śmierć zegarka przejechanego zimą przez samochód” (2008), „Płacz czajki. Wiersze i poemat” (2009) oraz kolejny poemat „Na zdjęciu wciąż żyjemy” (wyróżnienie w konkursie na najlepszą poetycką książkę XXXV Międzynarodowego Listopada Poetyckiego 2012). Jest autorką zbioru esejów poświęconym lirykom dwunastu znanych polskich poetów i opatrzonych wspólnym tytułem „Poeta patrzy na kobietę” (2006). Jej wiersze tłumaczone były na rosyjski (antologia „Wykonano w Polsce, wiek – XX), angielski, niemiecki, litewski („Poezijos pavasaris”Wilno 2008, „W dłoniach Królów” Wilno 2008, „Słowa i kolory” Wilno, 2008), ukraiński, białoruski i słowacki (Litteriada 2010), serbski („Między Ochrydą a Bugiem”, Krosno 2011). Poetycką i malarską twórczość prezentowała w wielu krajowych i zagranicznych antologiach. W dorobku ma ponad 20 malarskich wystaw indywidualnych, m.in. w Warszawie, w Sofii, Warnie, Moskwie, St. Petersburgu, Lubece. Uczestniczyła w pokazach zbiorowych, plenerach plastycznych oraz międzynarodowych projektach interdyscyplinarnych, w tym również za granicą: Moskwa – Petersburg, Sztokholm, Czechy (Trzyniec), Litwa (Wilno, Nida, Druskienniki). Jej obrazy znalazły się w zbiorach Instytutu Polskiego w Moskwie oraz Sofii, w merostwie St. Petersburga oraz w kolekcjach prywatnych w kraju, a także za daleką granicą, np. w Tybecie. Reprodukcjami prac jej autorstwa opatrzono 30 poetyckich książek, m.in. rosyjskie wydanie dzieł zebranych K. I. Gałczyńskiego „Farlandia, czyli podróż do ciemnogrodu” (pod redakcją A. Bazylewskiego, 2004).



Pin It