{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Anna Baśnik


 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska












1 listopada

 

przywiozłeś mnie do swojej mamy

 

zapalamy słońca chryzantem

i znicze

brzozy błogosławią naszej cichej modlitwie

 

mama

znam ją tylko z Twoich opowieści

tyle jej w Tobie

 

stoisz z pochyloną głową

 

przypływają strzępy wspomnień

jej czułe dłonie

najmilsze objęcia

cały świat…

 

i widzę że znów jesteś samotną wyspą

na wodach dzieciństwa

łzy rosną pod powiekami

płyną

 

dotykam delikatnie twojej dłoni

 

wróć

Tak pachnie jezioro

 

słońce. aż boli

głowa. wpływamy w las

trzcin. myślę o twoich dłoniach.

czule przejmują stery spraw.

zęby zaciskają się raz po raz

na szocie. ruchem wytęsknionym

z dominantą na wiatr.

sensualizm ślizgu kierunkując

na drugą stronę.

słychać przyspieszony oddech

w płótnach zmierzwionych


Dickensowy świat

dni serwowane przez mamę miały smak

beztroski. wystarczyło niewiele. chleb polać śmietaną.

posypać cukrem. szable z kijaszków nastrugać.

na stanisławę nachaśtać bzu ledwie rozkwitłego.

ze śmiercią mamy zawaliło się wszystko.

czasy były niełatwe.

ojczym pozbył się problemu.

pojedziesz na kolonie. powiedział.

będziesz czekoladę miał i pomarańcze.

uwierzył. miał tylko osiem lat.

marzył o fajnych wakacjach.

a tam ściana.

setki oczu obce dłonie.

dickensowy świat.

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Góra

 

TO może być porównane (…) do słów lekarza

o nie dającym się odwrócić wyroku.

Ponieważ TO oznacza natkniecie się na kamienny mur

i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.

Cz. Miłosz – TO

 

 

na widok góry nie zlękłam się. w pierwszej chwili nie od razu dotarło.

było wielkie zdziwienie. przyszła jak złodziej. nie pytała czy mam chwilę.

śmiertelnie poważna. naznaczyła mój policzek kościaną łzą. implantując z ciepła

w metaliczność szpitalnej rutyny. i wtedy zgięła w pół.

 

inny smak powietrza. inny kolor słońca.

nie pomagała mantra. wszystko będzie dobrze. musi być.

choć zawierzyłam białym bogom i nadziejom uśpionym w sterylności ampułek.

zaciskałam powieki. dlaczego ja. to tylko koszmarny sen. zaraz się obudzę.

 

nie poddam się. nie teraz. jeszcze chciałabym parę rzeczy zrobić.

jeszcze szkoda iść. potencjalne jutro nabiera apetycznych barw

i wodzi na pokuszenie. a tu czas zastygł w milczącej godności.

i paradoksalnie niby go dużo ale mało.

 

zawieszona między beznadzieją a pytaniem o sens. zazdrościłam

zanurzonym w bezpieczną codzienność. nie poznali chirurgicznej precyzji.

i eliksirów uśmierzających bodźce. nie widzieli dębów powalonych na wznak.

i źrenic rozszerzonych przeczuciem klarowności kresu każdej nocy.

 


 

Siloe

 

brzemienne stratocumulusy. cisza dzwoni oczekiwaniem.

Siloe niezmącone. tylko łagodna pneuma

kołysze na jeziorze łódź. kolumnada trzcin przywołuje myśl Pascala.

 

idący po falach Mistrz. uciszający żywioły. na wyciągnięcie ręki obłok epifanii.

Jestem który Jestem. wystarczyło mieć oczy otwarte. i chłonąć.

 

dziś tylko łuski w pustych sieciach przywołują światło.

wnętrzności ryb w cieniu wikliny

porzucone zakładniczki przeszłych zdarzeń

Jonaszowego losu

miraże

za którą czeluść ziejącej niewiary.

 

w tym kolażu bieli i czerni. z duszą na ramieniu. sandałem u stóp. 

skomlę o feretrony i trąb archanielskich sprawczą moc.

jerychońskie tryumfy śnią się prorokom.

w relikwiarzach eklektyczne światłocienie

ukazują zamysł mchu zielonego północnej strony

 

niechże sofista wyjawi rzeczy pierwsze

chcę odnaleźć  właściwe desygnaty słów

poczuć autentyczność zdarzeń

 

a gdy odnajdę. wielką jasnością napełni się dom

 

Animacje

 

wciąż uparcie odwijam tajemnice z kłębka wiadomości

choć jego obraz traci już ostrość

pokrywa patyną niepamięci zakreślone daty

jeszcze wciąż w notatniku wspomnień

we wszystkich animacjach tworzymy zwarty monolit

dzielimy się nieznacznie z każdym dniem

i zatracamy w pojedynczych pikselach

kontrasty zacierają się widzę już tylko

ledwo zarysowane kontury drzwi

idealny prostokąt światła

za którym cicho jest i sterylnie

wciąż nakładają się projekcje

 

opuszczona głowa

w zbroi zesztywniałych stawów

świetlisty tunel

 

mówiłam że kalie to zły znak

śniła mi się przecież brudna woda

czarna kipiel która porywa

 

twoje fotografie patrzą sepii nieruchomym wzrokiem

ostrze bólu tnie tak mocno

że chce się uciekać

 

 

Źródełko Eliasza w Czernej

 

droga otwierała się

serpentyną ciemnego asfaltu. przed nami

liście z pierwszym werniksem przymrozków

opadały z wolna. w zupełnej ciszy.

 

dotarliśmy do prapoczątków

w leśnym parowie. w tym miejscu jakże odległe

wydają mi napięcia współczesności.

pośpiech. emocjonalne niespełnienia.

tu paradygmaty nabierają odpowiedniej krystaliczności.

lodowaty strumień oczyszcza dłonie i myśli.

 

nie jestem mojżeszowym wygnańcem.

krzewy goreją. czerwone

morze depresji rozstąpi się

i suchą nogą przejdę

na drugi brzeg.

 



Zdjęcia z szuflady

 

w pożółkłej szufladzie zdjęcia zaszłe sepią.

dolina issy. dni jak plastry miodu.

kawał kosy haczący horyzont. dźwięczący w przesuszonym zbożu.

mój pierścionek ze słomy. mogę go nanizać na odpustowy

sznurek z kogucikiem lub balonik.

 

jest prawda uśpiona o walecznych antenatach.

kolory mundurów wyblakły a dalej są jak chorał.

wtóruje im zaśpiew gospodyń w chustkach pod brodą jak posągi nieruchome. opowiadają to stare podanie o wandzie co niemca nie chciała.

ich polska od miedzy do miedzy. najdalej były na jarmarku w miasteczku powiatowym. karuzelę widziały i kilku wojskowych.

przekazywały sobie z ust do ust sybilli prorokowanie. będzie diabeł jeździł

i ludzi w piecu palił. włosy stawały na głowie.

nie podejrzewały istnienia dachau i ustaw o wyższości rasy aryjskiej.

adolfa kojarzyły z tym pacykarzem z ustkowa. kilku starozakonnych zaopatrywało je w garnki i towary perkalowe. to było naturalne. talmudyczne nakazy. światła szabasowe wplecione w odwieczny porządek.

 

patrzę i dziwię się skąd tyle zaufania. gdy wokół coraz gęstszy las.

kobiety były twarde. babcia najmłodsze dziecko urodziła w redlinach.

a na drugi dzień poszła pobierać za kosą. potrafiła przejść nawet i dwadzieścia kilometrów pieszo w jedną stronę z pakunkiem na plecach.

 

dlatego nie rozumiem, co się stać musiało, że wiosną czterdziestego piątego chciała stłuc sobą lustro wody

Anna Baśnik urodziła się w 1968 r. w Sieradzu. Jest absolwentką bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warcie. Laureatka Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich: m.in. XII OKP w Turku w 2010 i 2011 oraz XVIII OKP w Bełchatowie w 2011r. Jurorka w Ogólnopolskich Konkursach Poetyckich „Mój list do świata” w Sieradzu i Konkursu Poetyckiego Przystani w Turku. Wiersze poetki publikowane były w licznych antologiach. Autorskie tomiki poetyckie – „Mój świat” (Sieradz 2001), „Zatrzymane w kadrze” (Sieradz 2007), „Smak życia” (Sieradz 2009).

Pin It