Kalina Izabela Zioła - wiersze

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska














Maraton

 

stary mężczyzna coraz szybciej

ucieka przed czasem

 

kocha coraz młodsze kobiety

by w ich oczach odnaleźć

cienie dawnych wzruszeń

zobaczyć własną młodość

 

ma coraz jaśniejsze włosy

coraz krótszy oddech

i niepewny krok

 

potyka się często

 

próbowałam go kiedyś zatrzymać

w teraźniejszym czasie

złagodzić ból upadku

ale był zbyt głęboko w przeszłości

i zbyt daleko w przyszłości

 

stary mężczyzna biegnie coraz szybciej

drogą już na zawsze

równoległą do mojej

 

 

Jeszcze raz

 

zapatrzona we wczorajszą miłość

nie zauważyłam

że znów nadeszła wiosna

 

może teraz z pustych dłoni

wyrosną nowe liście

 

może powoje ramion

oplotą nowe drzewo

 

w kropli żywicy na języku

odnajdę jutrzejszy dzień


 

Teatr Pod Śmiesznym Aniołem

 

na przerdzewiałym szyldzie

lśni złota aureola

 

a za drzwiami iluzja

 

fałszywy powitalny uśmiech

udawany smutek rozstań

nieprawdziwa śmierć niekochanej Ofelii

 

i prawdziwe są tylko

łzy anioła

 

on zza drzwi słucha dramatów

i ciągle wierzy

w słowo

w miłość

w śmierć

 

płacze anioł

choć się z niego śmieją

 

 

Scytyjski kurhan

                      Ryszardowi

 

kochał książki

alkohol

i czarnowłosą dziewczynę

której małe dłonie

zasłoniły mu oczy

zmieniając obraz świata

 

nauczyła go latać

całować wiatr

a potem zamknęła

w klatce czterech ścian

i chorobliwych urojeń

 

czas płynął

coraz wolniej

 

oplątany jedwabnym kokonem

zapomniał imiona przyjaciół

i drogi

do rodzinnego domu

 

na zakręcie nocy

czarnowłosa dziewczyna

swymi małymi dłońmi

wzniosła z butelek i książek

ofiarny stos

na którym spopieliło się

jego serce

 

 

Piąty wymiar

 

piszesz na murze swoje imię

i nagle światu wyrasta piąty wymiar

kruchy jak pęknięte szkło

 

jest w nim zielona ławka

ze starym kałamarzem

i wyrytym niezgrabnie sercem

 

jest dziewczyna z długim warkoczem

której jasny śmiech

zabierałeś w kieszeniach do domu

 

jest wyszczerbiony talerz

który czekał zawsze na stole

gdy przybiegałeś spocony z podwórka

 

nagle spada deszcz

zmywając z muru litery

i przywracając światu porządek

 

więc stoisz w przemoczonym ubraniu

w kapeluszu i płaszczu

ściskając pod pachą teczkę

 

więc stoisz

chcąc zatrzymać tę chwilę

zanim wrócisz w codzienność

Ogród

 

myślałam że targają tobą namiętności

a to tylko wiatr

szarpał połami twojej marynarki

 

myślałam że w w twoich oczach jaśnieje płomień

a to był tylko odblask

świecącego w kącie telewizora

 

myślałam że mogę twoje słowa

zbierać jak nasiona kwiatów

i posadzić je w swoim ogrodzie

by zakwitały wszystkimi kolorami

 

wyrosły z nich tylko

kolczaste osty

 

dobrze chociaż

że nie trzeba ich podlewać

 

 

 

 

Okno

 

zapukaj w okno mojej pamięci

może cię wpuszczę na chwilę

jak głodnego ptaka o świcie

 

może raz jeszcze

okruchy marzeń

wysypię na twoje dłonie

 

może jeszcze

zobaczę w twoich oczach

siebie z przeszłości

 

a może zamknę okno

bez słowa

 

 

 

Rowerem do nieba

                                Majce

 

odjechałeś

rowerem do nieba

 

kto cię wezwał

czyj głos zagłuszył

moje wołanie

i płacz naszego syna

 

kto zdeptał obietnice

że że mną i na zawsze

 

odjechałeś

 

jak dziecku które przyjdzie

otworzyć drzwi uśmiechem

jak przelać mu twą miłośc

ze starej fotografii

 

jak pojąć jak zrozumieć

kiedy pusta poduszka

i głucho w telefonie

 

odjechałeś

jak nie próbować cię gonić

jak  zostać w tej ciemności

i tylko w gwiazdach szukać

ciepła twego spojrzenia

 

jak przebaczyć zapomnieć

że rowerem do nieba

odjechałeś

 

 

 

Telefon

 

wystukujesz na klawiszach

rytm uderzeń serca

hieroglify słów

 

w cichym sygnale

drży oczekiwanie

 

palce gorączkowo

próbują związać

dwa odległe światy

łańcuszkiem sms-ów

 

wystukujesz na klawiszach

odwieczny kod

 

 

Dąb i muza

 

była jego muzą

i największym przekleństwem

jej jaskrawoczerwone usta

i anielskie oczy

odbierały spokój

plątały myśli

 

swój niepokój

przekuwał w twarde szorstkie wersy

pośród  których

zakwitały czasem stokrotki

 

a on był dla niej

niby nadmorska skała

jak tysiącletni dąb

 

na konarach ramion

wieszała przejrzyste wstążki

i girlandy uśmiechów

oplątywała go powojem

lirycznych wierszy

i słodkich pocałunków

 

otulona jedwabiem zmierzchu

zasypiała w jego cieniu

 

na dębowym pniu

krwawiły ślady paznokci




Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Pin It