{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Dawid Staszczyk

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska














Festyn

 

Na wylocie z miasta lub z życia

fotografie utrwalają nieobecność

nocne powroty do miast

oddalonych od siebie zaledwie o krzyk

 

żaden festyn nie trwa wiecznie

zawsze ktoś musi po nim posprzątać

zapakować graty

wyłączyć głos wszechstronnej wokalistce

dostarczyć pogorzelców do pustego m

jesteśmy już nie do odróżnienia

wrócimy do domu rozpalimy siebie i piec

 

prawda neonów zawsze

nadaje słuszny ton pustej drodze

czasem oślepia

 

dzieciaki śmiały się i dokazywały

ubaw po pachy w sukience za kolano

kilka nerwowych uśmiechów

bo stary za bardzo dał czadu

 

a przecież jesteś

tą która steruje rogiem obfitości

jeżeli nic nie może się zmienić

tkwisz w tym widząc jedyne wyjście

 

tkwiąc w tym widzisz jedynie wyjście

jak lustro które niczego nie odbija -

 

festyn wciąż trwa

festyn zaczyna się kończyć

 

 

Jutro

 

Połączenia nerwowe ze wschodem

Hatikwa

chowają broń hatifnaty totemy

białych bóstw na czarną godzinę

plac zabaw zamieniony w pole

bitwy na oślizgłe śnieżki

 

kropla drąży butelkę ziarno strefę gazy

w powietrzu strzelają kolejne śmierci

jak bąbelki folii

skoro wszystko już zostało powiedziane

język staje się celem samym w sobie

 

kiedy twój przeciągły oddech budzi

z letargu buduje nazwy unosi

i nie pozwala wątpić w pierwotny

przebieg linii demarkacyjnej



 

[Nie wierzę w drogę]

Nie wierzę w drogę gdzie

z każdym rokiem ginie kolejna prawda

zatraca się jak krąg na wodzie

czas wypełniony zdrapkami bez nagród

sztucznym nakręcaniem koniunktury

mimo pieszczotliwego łaskotania

żółw chowa się w skorupie

zamyka na cztery spusty

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Kartka grająca

 

Dał mi to na piśmie

jak na pocztówce z wakacji

ślady stóp, plaża, kilka muszelek...

made in china

cały ten wypoczynkowy kicz i luz

 

tutaj księżyc występuje wyłącznie

w zestawieniu z dziurą -

pozostałością po mieście

bocznice kolejowe dają zapomnienie

niewyszukany alkohol wspiera popkulturę

wracamy za tydzień

 

wcześniej młodopolska poetka

z której uczyniliśmy patronkę tej ziemi

wstała rano z mocnym postanowieniem

stania się mężczyzną paląc w piecu suknie

a w jej wierszu

za wielką wodą w zdziczałym ogrodzie

z łoskotem spada w staw owoc zielony

false start zacznijmy od nowa

pierwsza próba zatarcia granicy

i śladów po sobie w złym wydaniu

 

ci dwaj – zapewne poeci wspólnie

wysiadujący wiersz

nadal potrafią mówić mało

 

dalej są już tylko

zapomniane budynki stacji

zapomniane słowa na końcu języka

dwa błyszczące tory donikąd

 

zmurszała kobieta zbierająca ziele


Światłozmian

 

Zanim pęknie niebo naucz się nowych

nas

constans mówi kobieta

wyprowadzona z ziemi miejskiej

w pamięci

 

uczy się na nowo płochliwości sarny

zbawiennego braku bóstw

 

 

Vacuum

 

Albowiem powiedział

jest światło

tak gęste jak prawda w nim ukryta

więc złoci chłopcy na różowych łańcuszkach

próbują się do niej dobrać

grabiąc próżnię do kieszonek

plastikowymi grabkami made in china

 

matka zajęta rodzeniem coraz to nowych

imion zasysana w próżnię oddaje się

pod osąd z pokorą starca

z pękniętym szkiełkiem

 

i kaprawym okiem

 

 

Wracamy

 

Nie nalejemy nic z dwóch próżni

wciąż jest północ

może dlatego nie rozpoznają

nas w nas

spadających w banał jak winda

wołających z wysokości wieżowca

 

mówisz umieramy

bo wciąż

to co nienazwane godzi rykoszetem

zostają dłonie

zabawy światło-cieniem

zestalanie sprzeczności

od zawsze tworzących monolit

 

dopiero we śnie

po tamtej stronie lustra

odbijają niewidoczny obraz

linie światła gubią się jak sznurki

między szeregami drzew

 

wtedy wracamy


 

 

Stany zimowe I

 

Zanim zdążymy się rozsypać rozsiać po wszystkich

komórkach organizmu wykwitnąć gangreną na ustach

musimy się natrudzić namnożyć dojrzeć napatrzeć

na tani plastik chińsko-polskiego christmasu

wejść głęboko w ciemność z okrzykiem: „Brave New World!”

 

My, Zjednoczone Stany Zimy – piewcy obłędu prorocy niemożliwego

cudze usta na garnuszku destrukcji. Łatwiej nam mówić za kogoś.

Dobrze jeśli wiersz ma suflera on wszystko nam załatwia –

od przenośni po nowe lokum grubszą odzież i romantyczny nastrój

Trzeba lecieć po kosztach póki pejzaż sprzyja altruistom

 

Dalej są już tylko pokrzywy brutalna fizjologia – ulica do ulicy barak

do baraku i ty do mnie kiedy światło ma między nami swój finał

Ulice to łona tego miasta śnieg zakrywa nagość i niedopowiedzenie

króluje nad ranem kiedy wiesz, że nie ma stąd wyjścia

Żyjemy na raty gramy na zwłokę czas się kończy koło znów się zamyka

 

 

Stany zimowe III

 

Ciała są w nas przeznaczone do innych celów

śpią niecierpliwie w czółnach pod ulicami

nie budź ich kiedy zapadłe w otchłań czekają na nowy rejs

bywają kapryśne lubią grać na zwłoki

 

nie mówią o sobie „jestem” już za rogatkami miast

przekraczają wszelkie granice nie można

ich jeszcze pokazywać na fotografiach tłustymi

palcami bliższej i dalszej rodziny są wciąż bezpieczne w nas

 

czy urodzą coś lepszego?

 

 

Szósta

 

Biel staje się amalgamatem

wciąż jeszcze krąży nad głową

wpada na chwilę na światło które z niego uchodzi

(jest jesień powietrze cięższe niż oddech)

na moment

na chwilę przebudzenia

cofają się wczorajsze kroki w pośpiechu

ma nadzieję że wszystko zapisze się na nowo

białym tuszem

 

głębokość pustki bije po oczach

uderza mocniej niż pięść

w środku krew zabiera wszystko

zamienia miejscami

 

jak powódź tysiąclecia

 



Kalokagathia

 

Dzieci białej radiacji zrodzone z miłości w oparach uryny

jednak samotność sama w sobie jest jak puste ziarno.

 

dzieci - półprodukty nie zostawiają śladów małe piąstki

w nieustającej ciekawości wciąż zaciśnięte wszędzie

ostro walecznie i twardo jak w ubitym śniegu

polifonia bieli w której grzęźniemy aż po własne ciało

pole widzenia to tylko jeden sezon

 

każdej nocy nasze brzuchy jak tabula rasa

od nowa i bez znudzenia zapisują się na biało


 

Ptaki

 

         Cría cuervos y te sacarán los ojos.

         (Karm kruki, a te wydziobią ci oczy – przysłowie hiszpańskie)

 

Skrzyknęliśmy się – niebieskie ptaki nadwiślańskich osiedli

wśród których ucztujemy prostacko jak zwykłe kruki

przywiodły nas tu misje terrorystyczne

z lubością rozszarpujemy i przełykamy braci mniejszych -

- wykwintne kąski – gołąbki pokoju pobudzają

żołądek i fantazję żywimy nimi swój ból i nadzieję

 

nad rzeką z której wyszły nasze głosy

suszymy teraz pióra szykujemy się do lotu na południe

stajemy się punktami ułamkami w źrenicy chłodu

składamy dni z gładkich błyszczących nici trzymanych w dziobach

 

latami. Lataliśmy ponad czasem na cyfrowych skrzydłach

numerów telefonicznych graliśmy w ciuciubabkę

(abonent był zawsze czasowo niedostępny)

by teraz zasiąść z poczuciem klęski

w cudzych gniazdach w wynajętych adresach postawione

na półkę żałosne trofea ukute z mrozu ukłute nim na śmierć

i życie…

Oto gałązka oliwna.

 

Dawid Staszczyk

 

Dawid Staszczyk, ur. 14.02.1988 r. we Włoszczowie. Studiuje filologię rosyjską na Uniwersytecie Warszawskim. Jego wczesne utwory ukazały się w wydanym przez Bibliotekę Miasta i Gminy Końskie (woj. świętokrzyskie) zbiorze Antologia poezji. Debiuty 2006. W 2011 roku został wyróżniony za wiersz Stany zimowe I w XVI Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim Malowanie słowem im. Mieczysława Czychowskiego. Wiersz Kalokagathia, ukazał się w tegorocznym listopadowym numerze „Akantu”.


Pin It