{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Bohdan Wrocławski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska
















W moim alfabecie

 

Zupełnie przypadkowo zobaczyłem

że między wersami jest coraz mniej światła

 

to nieprzyjemny widok – ściśnięte obok siebie litery

niczym słońce gubiące swój oddech wśród chmur

 

lęk który nam odwiecznie towarzyszy

 

który się kocha i nienawidzi

 

jest to zbyt atawistyczne

próbujące kreować nas w zwierzęcość

sierść pożogi krew jaskinie pozbawione drobin światła

 

i wszelkiej nadziei

 

czytam jakiś przypadkowy wiersz Audena

coś wyjątkowo umykającego

pozbawianego tła i horyzontu

 

staczającego się do zagłady

w głąb swojej pogmatwanej historii

 

zapewne są w tym fragmenty naszej niezależności

starości

pełnej woskowych prześwitów

ciągłego dramatu

którym się gardzi

i podziwia

 

Obok mnie przechodzą rewolucje

 

kilku pętaków wychodzi na trybuny

kilku pętaków odchodzi w niesławie

 

to dziwactwa pełne szału i entuzjazmu tłumów

 

pełne ich wzgardzonej miłości

I wiary

 

mojej miłości do rewolucyjnych wierszy Audena

 

tymczasem słońce zapadło się

za ostateczną zachodnią grań horyzontu

przez moment czułem jego suchy oddech

na moich policzkach

 

ochrypły głos muezina wzywający do modlitwy

cichnący spiżowy dźwięk dzwonów kościelnych

 

klątwy tych

którzy zagubieni

biegną od jednego zaułka do drugiego

 

potykają się

 

szukają jakiegokolwiek sensu

drogowskazu

 

Pewnego dnia zobaczyłem

że między wersami jest coraz mniej tego

 

co nauczono mnie odczytywać

w alfabecie mojej cywilizacji

 



Wracając z naszego miejsca

 

To znowu ja – bezradny szloch

dochodzący z tego miejsca

które załzawione naszymi oddechami

powoli ulega zapomnieniu

 

Wiem – nie zawsze potrafisz zrozumieć odczytać właściwie

mnie wykrzyczanego z obrzeży wyobraźni

 

Ale pewnie dostrzegasz – jestem

jak chłodne kroki zawstydzonych żołnierzy

starających się po cichu opuścić pole walki

 

unosi nas swąd pobojowiska pożoga

wszystko to co zaświadcza o nagłym przemijaniu

i tylko rzeki odwiedzające nasze sny

zawsze mają źródła wypełnione radością

 

Ale to są sny które obojętnieją

po wschodzie słońca

 

 

w gruncie rzeczy przecież nikt nie może ponosić

odpowiedzialności za krajobrazy

wypełnione nimi aż po

ostatnie westchnienie

 

każdy powrót niesie ze sobą zawsze potrzebę

ucieczek

niepewności

czegoś co rozdrażnia pejzaż pozbawia jego fakturę

nadziei

 

proszę dotknij mnie opuszkami palców

czujesz jak pod każdym słowem każda strofą

pulsuje moja krew

jej gorzki smak jest pełen wątpliwości załamań

powrotów starannie wykaligrafowanych w wyobraźni

 

wycisza się we mnie

 

możesz zaobserwować jego ulotną konsystencję

kiedy biegnie w twoją stronę

pragnąc powiedzieć ci o tym

o czym dawno zapomnieli już wszyscy

 

tymczasem

frazę za frazą

przenika wszechobecny zmierzch

nadciągający z pobliskich łąk

 

nadal próbuję nieudolnie coś w nim odnaleźć

jakieś ćwierćnuty na dawno zapomnianej partyturze

 

 

szept dochodzący z kulis

fragment nie napisanego wiersza

 

wypełnionego wszystkim tym

czego zrozumieć nigdy nie potrafię

 

 


Nasze miejsce

 

Późnym wieczorem jadąc

polnymi drogami

dotarłem tam gdzie było

nasze miejsce

 

W ten sposób

otworzyłem w sobie

każdy zapamiętany moment

to stało się tak

jakby seans niemego kina

zbliżył się do mnie

niczym zerwany z czoła obłok

 

jego strzępy krążą wokół

otacza je jaśniejąca plama słów

zagubionych jak echo

w klasztornych krużgankach

 

Nie uciekam

 

Nie uciekam ani stąd ani znikąd

 

w oddali zasnęły już jesienne plaże

rytm ich oddechu

asymetryczny bezbarwny

wciąż wykrzykuje nas

opuszczających peryferie

najbliższych wspomnień

 

krok po kroku

zbliżam się do tego miejsca

w którym klif

zapada się w głąb wyobraźni

 

z każdą strofą czuje się coraz bardziej opuszczony

i on i ja dostrzegamy

najczulszy dotyk kolejnej zdrady

 

jego westchnienia marszczą się

przy samej linii brzegowej

są bezbarwne niczym

uśmiech bezzębnej staruszki

 

Pewnie wkrótce skończy się droga

wzdłuż trzcin

czarne klucze kormoranów już dawno

opuściły gniazda na najwyższych sosnach

 

straszą nas pootwierane na wskroś okna i drzwi

pulsujące w naszej krwi

odtajniające najskrytsze marzenia

 

W zupełnych ciemnościach

przemoczony jesiennym deszczem

powróciłem

z naszego miejsca

 

Wkrótce dotknie mnie codzienność

 

moi synowie zaczną słuchać

Louisa Armstronga

Kinga

Ellę Fitzgerald

 

A ja ponownie odnajdę w sobie

nasze miejsce

pełne ostrych naskalnych rysunków

których nikt nigdy

nie potrafi we mnie odczytać

 

 


W drodze do Troi

 

Nadsłuchuję – nierówno rozłożone akcenty

Nad ranem wciąż uderzają o krawędź serca

 

Rozumiem staram się zrozumieć

 

ten wodospad uprawdopodobnił

ostro zarysowane kontury samotności

Tu odwiecznie gromadzą się ci wszyscy

których pozbawiono

czułości dotyku słońca i tego wszystkiego

 

co czyni nas czytelnymi

w każdym krajobrazie

 

Nadal tyka zegar przyspiesza z każdą

dotkniętą nerwem sekundą

pod jego ciemną powierzchnią

w zupełnej głębi

wciąż każdy z nas oczekuje

 

Tymczasem wymijają nas przyjaciele

na schodach rzymskiego senatu

 

Nasza Helena wiecznie podąża w stronę Troi

 

Będziemy mogli po latach

Spotkać się przypadkowo

w osiedlowym sklepiku

 

otoczoną gromadką dzieci

starannie układa w siatce wszystkie

swoje minione dni

 

jakiś gest między wami

nic nie znaczący uśmiech

ogromny obszar zdziwienia

 

wreszcie obojętności

 

próba odpowiedzi

dlaczego kiedyś jej wzrok

podpalał wszystkie istniejące

w tobie horyzonty

 

Nadal tyka zegar w twoim krwioobiegu

Jest czulszy

niż elektrokardiogramy świata

Pod gniewną politurą pełną załamań

Westchnień przerw w oddychaniu

 

znów wracasz do miejsca

które najbardziej polubiło twoją samotność



Szept we mgle

 

Popatrz między naszymi słowami

jest zbyt dużo mgły

Jej konsystencja

pozbawiona unerwień

zatraca oddech i ostrość spojrzenia

 

ciągle każe nam zapomnieć

czyniąc nas coraz bardziej

odległymi od siebie galaktykami

 

Tymczasem ciemnieją w nas morza

w których

nieodgadnięta przestrzeń

mojego ciała krzyczy

 

łka czasami

głośniej

niż modlitwa

wszechświata

 

wciąż niewystygły

popiół

dopiero co wygaszonego ogniska

odzywają się w niej

osierocone wzruszenia

oszałamiają pustynne burze

 

i wiecznie pogubione

pragnienia

 

wiem

słowa dziś już nic nie znaczą

ich smak barwa

roztopiły się w dookolnej mgle

 

tylko ja sufler

niepomny na to

 

nadal wykrzykuje je w pustą scenę

bezbrzeżną w zdumieniu

Biuro rzeczy znalezionych

 

Otwieram drzwi

ich oddech

rozmazuje przestrzeń którą jeszcze wczoraj

najczulej dotykałaś opuszkami palców

 

W naszych westchnieniach wyraźnie rysują się

fragmenty linii papilarnych

pytań powrotów ucieczek

aż po ostateczne szaleństwo widnokręgu

 

To niespotykane

ale w naszej miłości

jest właśnie zbyt dużo miłości

abyśmy potrafili ją zrozumieć

 

Zatem pozostajemy

w różnych fragmentach pejzażu

źle wpisani

z tłem zniekształconym

niczym wykrzywione w bólu wargi

 

wiecznie ty i ja – bezbronność

chęć

potrzeba

odnalezienia siebie

w przydrożnym biurze rzeczy znalezionych

 

Tymczasem świt puka w sam środek serca

słyszysz puk puk – to miejsce do którego

nie potrafimy już wrócić

 

pogubieni

poobijani ciągłymi ucieczkami donikąd

 

 


Wszystkie drogi

 

Nadal

umierają wszystkie drogi

prowadzące do bram Rzymu

 

przysypują je cienie

rudych mchów

lot jaskółek

szybszy niż nasza pamięć

 

do której przedwczoraj

zgubiliśmy klucz

 

smugi mew

cierpliwie wylegujących się

w różnych zakamarkach historii

 

nieobecne są nasze noce

 

pełne tryumfu pochody dzikości

także to

zapisane

w najsmutniejszych pamiętnikach

o twarzach wiecznego głodu

z dopiero co poznanych

skojarzeń

 

ciągle hamletyzującą przestrzeń

wśród wapiennych skał

których zmarszczki

prowadzą

do dawno zapomnianych miast

dzieciństwa

 

 

tymczasem maleją marzenia

nawet wtedy kiedy chcesz wracać

w ich puszystą obecność

którą próbujesz skleić fragment

po fragmencie

 

wątpliwość po wątpliwości

 

między gwarem wymijanych ulic

z przymkniętymi powiekami

pełnymi wilgoci

od opadających wzdłuż
nadbrzeży mgieł

 

zarośniętymi powojem

ścieżkami wojen

 

jednak powracasz wciąż

do nieistniejącego już

Rzymu

 

to dalej niż możesz zapamiętać

i bliżej

niż możesz dotknąć

swoim wzruszonym spojrzeniem

 

jest zima

wszechobecny mróz błądzi

w przedsionkach wystraszonych serc

dobrze wiesz

do tego miejsca nie można podchodzić

 

jego drogi są wieczne

wszystkie prowadzą

do samotności

 

ustawicznej próby rozgrzeszenia

 

na obrzeżu chłopcy

palą wyschnięte łęgi

 

czujesz gorycz porażki

dymu na środku nieba

 

ktoś wyjątkowo szczęśliwy

opowiada o swojej pierwszej miłości

 

trudno

ale ta opowieść prowadzi do wspomnień

 

nie akceptujesz jej

wychodzisz

 

powracasz do cienia

 

wieczorem pijesz kawę

oglądasz obrazy w galerii

do której nikt nigdy nie zabłądził

 

ktoś wyjął je z twoich myśli

dał im smak barwę

niecierpliwość usychających dni

 

później czytasz gazetę

żaden fragment nie pozostaje w pamięci

 

nadal na polach chłopcy wypalają łęgi

 

smak dymu

staje się smakiem

twojego życia

 

i natchnienia

 

nie wiadomo skąd

w zupełnej ciszy

przypływają dawno opuszczone miasta

zaczynasz się do nich przyzwyczajać

odgadywać zaułki

fasady budynków

z łuszczącymi się tynkami

 

nawet wiesz

w którym z nich zamieszkała wieczność

czujesz jej pulsowanie kwaśny oddech

oczy przymglone wzruszeniem

 

i na wskroś otwarte bramy

ciągle jeszcze obecnej w tobie legendy

starego Rzymu

 

 

 

Stary dom

 

Wczoraj a być może znacznie wcześniej

byłem obok domu z młodości

 

to nic nadzwyczajnego

sny zawsze wiodą nas

do rzeczy niesprawdzalnych

dotykiem ani oddechem

 

uwodzą bezcielesnością

 

 

Wszystko to na zewnątrz kokonu

z świadomością

że tam w środku

w zimnej powierzchni wnętrza

nie ma już nadziei

 

zamknęły ją brzegi rzek

rozrywających naszą samotność na strzępy

każąc jej fragmentom

podróżować wzdłuż i wszerz ciała

 

 

może sny jakieś

magma strzępy porozrywane westchnieniami

zaklęcia odleglejsze niż stalowoszare

promienie księżyca

 

gest zbyt spóźniony

abym mógł go wyraźnie dziś jeszcze odczytać

pod korą usychających drzew

 

i ten natrętny motyw

wieczny tułacz ćwierć nuty

co ułamek sekundy

przebiegający wewnątrz partytury

z twarzą obojętną

zwróconą w stronę sztormującego morza

 

znam go

pamiętam

nazywa się bezdomność fal

jest w nim chłód wieczorów

zapach obojętniejącego ciała

wreszcie niechęć

 

tymczasem powrócił zmierzch

swoją bezbarwnością otoczył zniszczony komin

starej cegielni

ominął zamknięte okiennice

 

zapach dawno niewietrzonych pokoi

 

usiadł w tym miejscu z którego natrętna pamięć

wprowadziła fragment starej biblioteczki

pełnej wiecznego kurzu

wersów z zębami wyszczerzonymi

w najodleglejszą przestrzeń wszechświata

załamań światła

z dłońmi wyciągniętymi tak daleko przed siebie

tak daleko

że gubią się w nich wszystkie kolory bizantyjskich ikon

złoceń pełnych celebry chorałów

 

opisujących radosną rzeczywistość

 

dziwne

najbardziej pamiętam

zniszczone okładki słownika Kopalińskiego

ascetyczny nieomal opis rzeczy i zjawisk

 

słów dotykających mnie tak delikatnie

że zamierały w nich

skrzydła powracających wiosną łabędzi

 

rozumiem

 

to moja wieczna fatamorgana

obracająca się wokół księżyca

gwiazd z rozciągniętym skrzydłami

ponad wszelkie obojętności tego świata

 

tysiące znaków interpunkcyjnych

poruszających się ciężko po pustynnych piaskach

w rytm wielbłądzich kroków

świstu rzemiennych batów

 

spierzchnięte wargi poganiaczy

burnusy z załamującymi się

w promieniach słońca znakami zapytania

 

nie było nikogo

kogo mógłbym zagadnąć

przywitać

 

zadać mu jedno z tych pytań

jakie zazwyczaj zadają sobie podróżni

i ludzie zupełnie obojętni

wobec siebie

 

kiedy odjeżdżałem

zrozumiałem

jest to czas pogubionych przedmiotów

 

echa

które zagubione wśród swoich snów

pozbawione drogowskazów

odbijające od horyzontu setkami znaków zapytania

nigdy nie powraca do otwartych okien



 

NASZE MIEJSCE ( 2 )

 

 

Wiesz to wszystko ciągle

pokutuje we mnie

wciąż mnie rozgrzesza stukot kół o księżyc

rów skaczące żaby jakieś kwiaty zrywane

na poboczu sumień

 

peryferia życia – w wieczność zapisana

 

nikt jej nie zrozumiał – nie wiem brak odwagi

haseł wpisanych w ściśnięty widnokrąg

zapachu rumianków gorącej leszczyny

tęczy która przypadkowo zastukała w niebo

 

To nadal nazwiesz wykrzyczysz z pejzażu

zrozumiesz płonę

milczę poraniony

wśród polnych głogów nadal będę echem

 

biegnąc tej nocy do

naszego miejsca

 

być może zechcesz zabłądzić tam kiedyś

przeczytać napis który tam bieleje

na poczerniałych ze starości deskach

 

czas go nie pogubił

jest w nim wieczna pamięć

 

ja wciąż tam bywam

rzymski legionista ślady sandałów

wyłapuję z ciszy

gesty wpisane w niebieski horyzont

 

stale szukający ciebie może tylko cienia

po drugiej stronie rzeki

białego ekranu

 

który prowadzi nas do nie istnienia



 

Pin It