Bohdan Urbankowski - wiersze

Za późno na śmierć


ZE SZPITALNEGO „DZIENNIKA SNÓW"

 

 

 

Sen I

Kości ogromnych rąk czy wbite w piersi gałęzie. Za chwilę rozerwą mi serce. Tak walczą tylko zdziczałe psy o padlinę i aniołowie o dusze…

Budzi mnie ból - jak uderzenie metalową pięścią Boga. Bóg nie musi uderzać dwa razy. Serce znowu zaczyna miotać się w klatce z żeber. Wyrastające skądś z góry paluchy, które chciały je rozszarpać - same zaczynają się kruszyć, migocą jak próchno, gasną. Pył wiruje po sali, pokrywa wszystko jak noc. Ileż próchna może się dostać do otwartej rany – na zawsze?

 

 

Sen II

Dwóch wysokich, w białych kapturach szarpie mi nagle nogi, dwóch podrywa mnie w górę za ramiona. Z całej siły wciskam piersi rękami w pościel, walę pięściami w brzuch, próbuję krzyczeć – dławiąca, coraz cichsza cisza. Jakbym miał kamienną maskę zamiast twarzy. Wreszcie przybiegają jacyś ludzie, pomagają mi przyciskać ciało do łóżka, kładą się w poprzek brzucha i nóg. Po chwili słyszę ich śmiech – i wiem, że pozostanę.

 

 

 

 

P.S. Sen drugi znalazł proste, wręcz prostackie tłumaczenie. Łóżko, na którym leżę ma trzy segmenty. Nie wiadomo dlaczego, część unosząca głowę i część podtrzymująca nogi – zerwały się w stronę sufitu. Jakby kierunki oszalały i wszędzie już był dół. Pierwszego snu nie pojmuję.

 

P.S. 2. Po namyśle przyznaję, że również drugiego snu nie pojąłem. Nie tylko ja. Nikt z pytanych nie potrafił wyjaśnić, dlaczego ostatnie uderzenia serca zamieniły się w taki właśnie sen, dlaczego właśnie w tym momencie eksplodowały sprężyny i metalowe bezpieczniki. Idlaczego – po odzyskaniu przytomności – ten sen wydawał mi się bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość.                                                                                                                                                

                                                                                                                                              maj, 2011

 

 

 

PS. 3. Początkowo serce nie dawało się uruchomić, żyłem na sztucznym, a kiedy już ruszyło – jak u płodu z prędkością ponad 200 uderzeń na minutę. Potem nie mogli mnie wybudzić. Przeżyłem dwie poważne infekcje, niewydolność nerek, zapalenie płuc, nawracające zapalenie osierdzia – jednym słowem wszystkie śmiercionośne komplikacje, jakie mogą pojawić się po operacji. Jest tylko jedno wytłumaczenie. Nie, nie urok, to byłoby za mało, ktoś musiał rzucić klątwę. Oczywiście ja w to nie wierzę, ale – zacząłem nosić na co dzień czerwoną wstążkę, którą przyniosła mi do szpitala córka. To rzeczywiście działa. W piątek, gdy jechałem na zmianę opatrunku do szpitala - wyszedłem żywy z kraksy.

 

 

Sen III

Zawsze dwie, zawsze obok siebie. Piękne – ale wciąż obce, jak wielkie zielone owady, jak podmuch wiatru – nie stąd. Stawały tuż przy sobie - jakby nie rozdzielało ich łóżko, poplamiona poduszka i siwe pasma włosów, pod którymi domyślaliśmy się twarzy.

Chwilami, gdy stara kobieta odzyskiwała przytomność – mogły odetchnąć i rozejrzeć się po sali. Uparcie, niczym dziecko próbowałem spojrzeniem ściągnąć na siebie ich uwagę. Żeby choć jedna stanęła nad moim łóżkiem. Daremnie. Nawet zasypiając widziałem, że wpatrują się tylko w tamtą twarz ukrytą za siwymi pasemkami.

Kiedy obudziłem się po wielu godzinach – nikt nie stał przy tamtym łóżku. Nikt nie wpatrywał się w twarz starej kobiety. Szpitalne robotnice, niczym białe ogromne mrówki oczyszczały materac z pościeli, ścianę ze świętych obrazków – po prostu z resztek po starej.    

 

                        

 

                                                                                                                    

 

 

Obudzeni z wieczności

 

Podobno wstałem

obudzony z wieczności

jak z bolesnego snu

w którym nic prócz wspomnień

 

Podobno wpatrywałem się w kubek

W wodzie zabłąkany skądś promień słońca

Nie, nie piłem

podobno się uśmiechałem

 

Podobno stałem długo nad łóżkiem sąsiada

potem zdziwiony dotykałem własnej twarzy

Podszedłem powoli do okna

nie wiem, skąd wiedziałem, że to świerki

że jest ich sześć i są srebrne

 

Wolno ruszyłem szpitalnym korytarzem

Drzwi otwarte na wiatr, ludzkie głosy

 

Podobno prowadził mnie za rękę anioł śmierci

Ja jeden go nie widziałem

 

 

 

 

 

 

NOCTES ANINENSES

 

 

Cichnie wieczorny jazgot

telewizyjnych reklam i kolorów

 

Gasną - jakby kolejno zdmuchiwane

światła szpitalnych korytarzy

 

Noc wstrzymuje oddech

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 

Koncert rozpoczynają jęki, które można wziąć za jęki skrzypiec.

Tłumiony płacz altówki przechodzący w prawdziwy płacz

 

Małe bębenki serc próbują narzucić

każde swój chory rytm

 

- na próżno. To nie symfonia

to obecność, nagła obecność majaków

tłumionych dotąd światłem dnia

charkot zbyt długo powstrzymywanych bluźnierstw.

 

I najbardziej bolesne: dlaczego ja?

 

Chrystus nad drzwiami sali chorych

milczy

 

Ręce przybite do krzyża

nie pomogą tej widmowej orkiestrze

nie wskażą kolejności krzyków i ptasiego gulgotu

upadania i powstawania -

 

A jednak
jakby podpowiadał

samym bólem

czasem – drgawkami.

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 

Pauza. Dźwięki zatrzymują się nagle

nad przepaścią nicości.

 

Pauza trwa jednak krótko

włączają się ci z dołu, ale, tak

tak wyją

że słychać ich w całym szpitalu, mieście, świecie   -

 

Kto wie czy ich głosy nie dochodzą do nieba?!

Kto wie dlaczego wracają – jeszcze bardziej przerażające...

 

Chrystus nad drzwiami sali chorych

milczy

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - - - - - - - - - - - - - - - -

 

Znów pauza. Bezgłośne dreszcze nut

i nagle

krótkim skowytem zaczyna solową partię

starucha

za tamtego życia, przed szpitalem

znana jako Lenora, piękna Lenora

 

Z coraz głośniejszego bełkotu

można wychwycić refren:

„Ja tu zostanę!

Wszyscy tu zostaniecie!”

 

Ci, którzy wyli, przeklinali, bluźnili

nie potrafią teraz wykrztusić

nawet szeptu

 

Chrystus nad drzwiami milczy

ale jednak jakby podpowiadał

całym bezwładem ciała:

 

„Panie, Panie czemuś mnie opuścił”


            
                                                                         12 VII

 

 

 

 

/ ILLUMINATIO /

 

Nie widziałem tego człowieka

Nie wychodził z sali, nie wstawał

przywiązany do łóżka pasmami cierpliwego bólu

 

Tej nocy jednak

musiało coś się stać

coś mu się nagle objawiło, jakaś prawda

 

Nie, nie we śnie

dopiero

gdy przestały działać lekarstwa

przesłaniające ból

sennymi bandażami wspomnień,

 

gdy przestały działać wspomnienia - -

 

- Jego krzyk biegł korytarzami

rękami czepiał się bezbarwnych ścian

mażąc na nich to jedno

przerażające

i znów niezrozumiałe słowo:

 

Boże!

 

                                                                     12 VII

 

 

 

 

 

WIDOK Z ULICY

 

Twarze w ramach szpitalnych okien

przynajmniej od ulicy

wyglądają wzniośle jak portrety

mistrzów z całego kraju.

 

Cierpienie w nich – aż piękne

tęsknota - przenikliwa

niczym rentgen czy echo serca.

 

Podobno widzą - nawet w nocy

nawet za horyzontem

swoje domy, wyciągnięte ręce drzew ...

 

W każdym razie stoją przy oknach.

 

Ciała przecięte bandażami

jakby wstęgami orderów

Nawet z ulicy widać

medale i medalioniki plastrów

krzyżyki blizn

bolesne i zasłużone

 

Twarze nie tylko stare

także młode i na poły już anielskie

co różni szpitalną galerię

od np. galerii domu starców

 

Czy za tymi twarzami

jest coś więcej, jakieś głowy, ciała?

czy coś czują ? –

nie wiemy.

 

Ich sylwetki

jak zresztą wszystkie

we wszystkich galeriach

we wszystkich oknach świata

mają tylko tę jedną stronę

tę z oczyma, które natrętnie

szukają naszych oczu.

 

 

                                                             13. VII

 

CHŁOPAK NA PROGU

 

Rozumiem: my, którzy

przeżyliśmy już tyle lat

przeważnie w biegu

tyle dni, których dzisiaj

nie odróżniamy od snów…

 

Rozumiem: dano nam czas

by na chwilę przystanąć

na chwilę się obudzić

odpowiedzieć

czy było warto

 

Dano nam próbkę mroku

i próbkę prawdziwego bólu

jednym słowem – po prostu:

próbkę prawdy.

 

Ale co robi tutaj

na białym, aż bezbarwnym korytarzu

ten chłopak w sportowej koszuli?

 

Wygląda jak dziennikarz

robiący swój pierwszy wywiad.

 

Zda się, zaraz otworzy usta

i posypią się banalne pytania:

Co pamięta pan/pani z pobytu

w świecie klinicznej śmierci?

Może chociaż anioła?

Może kogokolwiek?

cokolwiek?

światło maleńkie jak kropelka krwi?

 

Być może zapyta podchwytliwie:

co byście uczynili

gdyby nagle

wskazówki czarnych zegarów

zaczęły wirować wstecz

i powróciła młodość

jak czasami wracają kobiety?

 

Chłopak zatrzymuje się w drzwiach

nad którymi czuwa drewniany Chrystus,

otwiera usta,

ale nie sypią się pytania

tylko cichutki szept zmieszany z popiołem…

 

On mówi w naszym języku!

Jeśli stąd wyjdzie

obcy samemu sobie

zawsze, już zawsze

będzie mówił jak my!

 

Będzie widział wszystko jak my

Tylko dłużej…

 

 

                                                       14 VII

 

Pin It