{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Anna Chomczyk


Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

***

 

I

Łódź szybko przemyka po wodzie

Szybko i cicho

 

Dotykamy się dyskretnie pod światło księżyca

Zagłębienie w łokciu

Przedramię nadgarstek dłoń i palec

 

Ciekawość wiedzie nas poprzez

Gdzie brzuch i łono

Ciemność

Płatki śniegu

Kości

 

W naczyniach krwionośnych mam małe złote rybki

Dwie garście ziemi

Jest żywa mokra i bardzo brudna

Wydobywamy się jeszcze bardziej

 

Szron wołam cię para z ust

Echo z beskidzkiego wzgórza

 

Patrzymy w mrok i w księżyc

Na łodzi kołysanej przez fale

Nieopodal przepływają wieloryby

Słychać ich dźwięczną mowę

 

Znowu ciągnie nas do morza

 

II

Kiedy wybieram się w podróż

To z włosów książek ubrań

Wysypuje się nam piasek

Biały i suchy

Śnieg w kieszeniach

 

Coraz łatwiej przy tobie zasypiam

Niebo twój nowy garnitur

Idziemy lasem nie nazywając

Drzew z powietrza

Znowu przemalowujesz ten sam obraz

 

Turkusowym akrylem

 

Wprowadzam cię do swojego krwiobiegu

Pozamykane w słoiku motyle ty mnie ja ciebie

Werbena księżycowy kamień śpisz

Zabarwiamy się wzajemnie

Ręce nie śpią ogrzewasz mi plecy

 

Usiąść zrobić kawę wyjrzeć przez okno

Kiedy wybieram się w podróż

 

Przecinają się ślady po dwóch samolotach

Na brzuchu

I na podbrzuszu

 

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

Na samym dole pleców

Niedopięta bluzka przemiana alchemiczna śmierć

Piszę przygryzając nakrętkę długopisu ty szykujesz się do skoku

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

Układamy drewna w palenisku przygotowujemy ogień

Zaszywamy usta na okrętkę

Różami niebieską i złotą

Wyrabiamy przypowieści na kole garncarskim

 

Po desce na pokład

Drzazgi z podłogi pył z butów

Zdyszani

Przypalony ryż puste kajuty i masa worków z towarem

Po mieście latają niebieskie ważki

Jawajskie lalki z teatru cieni wędrujące istoty

Kobiety z tatuażem takim jak mój

 

Przestudzasz mnie moje place jak rusałki

Dwa węgle

Jak smakować herbatę

Staję na rękach

Języki obce

 

 

Zrzucanie skóry

 

Niebieskie ptaki i niebieskie migdały

Cerkiewne ikony i matki boskie

Wracające w pantoflach po pracy w urzędzie

Nachapać się na oddychać

Ćwiczymy skomplikowane asany podniebne akrobacje

 

Wąż zrzuca martwą skórę powoli a my

Idziemy popływać w Narwi zagubić drogę nie wrócić

Polujemy chwytając w locie wypłoszone ptaki

Kupujemy watę cukrową na niedzielnym festynie

 

Bezwstydnie podwijam spódnicę i robię pranie w zlewie

Kostką szarego mydła plamy z błota i z krwi

Jasne złote plamy niewielkiego rozmiaru

 

Przepaska ślepca na oczy

 

Kreślę patykiem na wodzie

Odpycham od siebie suchą skórę węża

Martwą i starą niesioną przez rzekę

 

 

Maga

 

Indyjskie melodie na starym harmonium

Osnute wokół mokrych gałęzi mangowca

Dwa splątane węże czarny i złoty

Czytam z młyńskiego koła jak wiedźma Horpyna

Czytam Twoje ciało

Brunatna spalona ziemio

 

Anakonda leży zanurzona w wodzie i czeka

 

Wysoko w Andach

Bawimy się w dom lub gramy w klasy

Piersi bogini na półkach skalnych

Trójkątny łeb grzechotnika

Skurcze

 

Wyczytujemy z siebie wszystkie wędrowne sokoły

Ogień i łowcę

Jestem już jesteś

Choć twoje ciało powstaje dopiero

Wody płodowe falują kołyszą

Nieporadne ruchy

Otwierasz wszystkie swoje okna

 

Idziemy

 

Tam gdzie szybują kondory

Tam gdzie biegnie psi zaprzęg

 

 

Odejście

 

Ciaśniej ciaśniej

Zwijamy pępowinę z koca

Bo chcę urodzić cię najbardziej wyjątkowo

Rozkołysane chciane niechciane

Rozpędzamy wiosłem sny

Kaukaskie drogi kanały rodne

 

Wytańczę mu w twarz cały mój ból

Czystość na brud

Wino na wodę

Wodę na mleko

Odejdę krokiem tygrysa syberyjskiego

Drogą donikąd bliżej i dalej

Przez brzuch matki trzciny podmokłe sitowie

Moje ciało zapisze w sobie całą historię twojego porodu

 

Damy życie tysiącu wróżek

 

Rozkładamy się na czynniki pierwsze

Przeistaczamy w wodę i włączamy w nurt rzeki

Patroszymy zabawki aż wióry lecą

Wyganiamy głodne duchy

 

Ciaśniej ciaśniej

Zwijamy pępowinę z koca

Bo jesteś mi bliźniacza

Spadającym orzechem laskowym

Księżycem

Ułamanym zębem mlecznym

 

 

Bliskość

 

Patrz te gwiazdy powstały dopiero

A już dzieci urządziły sobie z nich ślizgawkę

 

Przestrzeń skuta lodem jak niepolerowany kryształ

Zerkamy na siebie przez to dziwne zwierciadło

Drążymy otwór w perle by ją nanizać na sznurek

Drążymy go obydwoje

 

Moment gdy niedźwiedzica musi odejść

Odgania swe małe rykiem i machnięciem łapy

Niech wszystko pozostanie jak było dotychczas

 

Kochany dostrój swe ruchy do drgań księżyca

Zapadniemy się w sobie po kolana

Jeszcze raz zmierzymy siły

Anna Chomczyk, instruktorka jogi, anglistka i tłumaczka. Kocha podróże i wszystko, co wspiera Życie. W wolnym czasie tańczy, maluje, pisze i czyta, pielęgnuje przyjaźnie i jeździ na rowerze. Absolwentka amerykanistyki UW, obecnie pracuje nad doktoratem dotyczącym jogi i współczesnych form duchowości na SWPS. Inne bliskie jej zagadnienia to Tybet, prawa człowieka, ekologia i wegetarianizm. Mieszka w Warszawie.

 

***

 

I

Łódź szybko przemyka po wodzie

Szybko i cicho

 

Dotykamy się dyskretnie pod światło księżyca

Zagłębienie w łokciu

Przedramię nadgarstek dłoń i palec

 

Ciekawość wiedzie nas poprzez

Gdzie brzuch i łono

Ciemność

Płatki śniegu

Kości

 

W naczyniach krwionośnych mam małe złote rybki

Dwie garście ziemi

Jest żywa mokra i bardzo brudna

Wydobywamy się jeszcze bardziej

 

Szron wołam cię para z ust

Echo z beskidzkiego wzgórza

 

Patrzymy w mrok i w księżyc

Na łodzi kołysanej przez fale

Nieopodal przepływają wieloryby

Słychać ich dźwięczną mowę

 

Znowu ciągnie nas do morza

 

II

Kiedy wybieram się w podróż

To z włosów książek ubrań

Wysypuje się nam piasek

Biały i suchy

Śnieg w kieszeniach

 

Coraz łatwiej przy tobie zasypiam

Niebo twój nowy garnitur

Idziemy lasem nie nazywając

Drzew z powietrza

Znowu przemalowujesz ten sam obraz

 

Turkusowym akrylem

 

Wprowadzam cię do swojego krwiobiegu

Pozamykane w słoiku motyle ty mnie ja ciebie

Werbena księżycowy kamień śpisz

Zabarwiamy się wzajemnie

Ręce nie śpią ogrzewasz mi plecy

 

Usiąść zrobić kawę wyjrzeć przez okno

Kiedy wybieram się w podróż

 

Przecinają się ślady po dwóch samolotach

Na brzuchu

I na podbrzuszu

 

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

Na samym dole pleców

Niedopięta bluzka przemiana alchemiczna śmierć

Piszę przygryzając nakrętkę długopisu ty szykujesz się do skoku

 

Kobiety z tatuażem takim jak mój

Układamy drewna w palenisku przygotowujemy ogień

Zaszywamy usta na okrętkę

Różami niebieską i złotą

Wyrabiamy przypowieści na kole garncarskim

 

Po desce na pokład

Drzazgi z podłogi pył z butów

Zdyszani

Przypalony ryż puste kajuty i masa worków z towarem

Po mieście latają niebieskie ważki

Jawajskie lalki z teatru cieni wędrujące istoty

Kobiety z tatuażem takim jak mój

 

Przestudzasz mnie moje place jak rusałki

Dwa węgle

Jak smakować herbatę

Staję na rękach

Języki obce

 

 

Zrzucanie skóry

 

Niebieskie ptaki i niebieskie migdały

Cerkiewne ikony i matki boskie

Wracające w pantoflach po pracy w urzędzie

Nachapać się na oddychać

Ćwiczymy skomplikowane asany podniebne akrobacje

 

Wąż zrzuca martwą skórę powoli a my

Idziemy popływać w Narwi zagubić drogę nie wrócić

Polujemy chwytając w locie wypłoszone ptaki

Kupujemy watę cukrową na niedzielnym festynie

 

Bezwstydnie podwijam spódnicę i robię pranie w zlewie

Kostką szarego mydła plamy z błota i z krwi

Jasne złote plamy niewielkiego rozmiaru

 

Przepaska ślepca na oczy

 

Kreślę patykiem na wodzie

Odpycham od siebie suchą skórę węża

Martwą i starą niesioną przez rzekę

 

 

Maga

 

Indyjskie melodie na starym harmonium

Osnute wokół mokrych gałęzi mangowca

Dwa splątane węże czarny i złoty

Czytam z młyńskiego koła jak wiedźma Horpyna

Czytam Twoje ciało

Brunatna spalona ziemio

 

Anakonda leży zanurzona w wodzie i czeka

 

Wysoko w Andach

Bawimy się w dom lub gramy w klasy

Piersi bogini na półkach skalnych

Trójkątny łeb grzechotnika

Skurcze

 

Wyczytujemy z siebie wszystkie wędrowne sokoły

Ogień i łowcę

Jestem już jesteś

Choć twoje ciało powstaje dopiero

Wody płodowe falują kołyszą

Nieporadne ruchy

Otwierasz wszystkie swoje okna

 

Idziemy

 

Tam gdzie szybują kondory

Tam gdzie biegnie psi zaprzęg

 

 

Odejście

 

Ciaśniej ciaśniej

Zwijamy pępowinę z koca

Bo chcę urodzić cię najbardziej wyjątkowo

Rozkołysane chciane niechciane

Rozpędzamy wiosłem sny

Kaukaskie drogi kanały rodne

 

Wytańczę mu w twarz cały mój ból

Czystość na brud

Wino na wodę

Wodę na mleko

Odejdę krokiem tygrysa syberyjskiego

Drogą donikąd bliżej i dalej

Przez brzuch matki trzciny podmokłe sitowie

Moje ciało zapisze w sobie całą historię twojego porodu

 

Damy życie tysiącu wróżek

 

Rozkładamy się na czynniki pierwsze

Przeistaczamy w wodę i włączamy w nurt rzeki

Patroszymy zabawki aż wióry lecą

Wyganiamy głodne duchy

 

Ciaśniej ciaśniej

Zwijamy pępowinę z koca

Bo jesteś mi bliźniacza

Spadającym orzechem laskowym

Księżycem

Ułamanym zębem mlecznym

 

 

Bliskość

 

Patrz te gwiazdy powstały dopiero

A już dzieci urządziły sobie z nich ślizgawkę

 

Przestrzeń skuta lodem jak niepolerowany kryształ

Zerkamy na siebie przez to dziwne zwierciadło

Drążymy otwór w perle by ją nanizać na sznurek

Drążymy go obydwoje

 

Moment gdy niedźwiedzica musi odejść

Odgania swe małe rykiem i machnięciem łapy

Niech wszystko pozostanie jak było dotychczas

 

Kochany dostrój swe ruchy do drgań księżyca

Zapadniemy się w sobie po kolana

Jeszcze raz zmierzymy siły

 

Pin It