{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Liliana Prokopiak


 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska











 

***

 

pogubieni w słowach, między

ortografem a przecinkiem,

szukamy wspólnych horyzontów...

szukamy swoich dłoni...

męska szorstkość nie dotyczy ciebie,

wyczekuję... odpowiedni moment.

złamana relacja nie pozwala na dotyk

czulszy, niż wzrok obcej kobiety.

z rozedrganych ust nie słyszę słów, moja...

z przymrużonych powiek opada młodość.

conocne spacery w świat fantazji nie ułatwiają.

z tobą można tylko pójść na wrzosowisko

jednacy jesteśmy, zawężeni przez czas i obyczaje.

zagubieni tak bardzo, jak bardzo potrzebujemy

się odnaleźć.

jesteśmy...

śmy...

cii...

 

 

osiemdziesiąty czwarty

 

osiemdziesiąty czwarty to dobry

rocznik,coraz lepszy przy winie

i karze. damsko-męskie osiemdziesiąte

czwarte dłonie próbują zachwycić

lepszym pisaniem niż graczyk. bez nerwów

kopiują stany nie-lękowe. najlepszy protokół

to sekcja odpadających słów niedokończonego wiersza,

nad którym znęcają się rzeźnicy pokonkursowego

tańca przy-godowego. włóczę się bez chęci

poznania twojej lepszej wersji na znoszenie świata.

brązowe schody obrzucone fekalią zazdrości, parzą stopy.

kobieca pierś faluje nieznacznie szybciej

przy męskiej twarzy, a dłonie odrzucają kosmyk tak,

by został zauważony wzrok z retuszem kredki.

nie wystarczy być sobą. należy być...

poprawnie ułożoną w ramach rzeczywistości...

krzyk budzi chęć zmiany, a mały palec u nogi epileptyczną

drgawką zdradza, że jeszcze nie wygasły emocje.

osiemdziesiąty czwarty dwadzieścia osiem lat później

to dobry czas na zmianę

koloru kredki.

 

 

***

 

do boju! w przykrótkich spodniach,

z potarganą czupryną przemierzasz świat.

mijasz bezludne wyspy tak dorośle

niedostępne dla twych marzeń.

łóżko tarmosisz, sztorm. mama

to statek piracki, tylko żagiel krasnoludki

ukradły. one nie kradną.

co ty, mama, krasnoludki nie istnieją.

wyruszasz co dzień w dalekie

kraje. boje toczysz statkiem

podwodnym. ogromne rekiny zwyciężasz.

marzysz, że będziesz duży jak tata.

kiedy porzucisz piratów,

samochody usną w piwnicy.

wybiegniesz w życie daleko, daleko...

nie będziesz tęsknił za domem

dom będzie w tobie.

 

 

to był żart mamo

 

kiedy twoje oczy uśmiechem

szepczą, jak bardzo pragniesz być ,

czuję się bezsilna. pomijasz chwilę.

patrząc, nie widzisz łez.

kiedy twoje nogi nieobute rozdzierają

wnętrze kałuż, odwracam wzrok.

patrząc, nie chcę widzieć.

dłonie zmyślnie penetrują

każdy krzak, a brązowe piegi biegają

po słońcu. rozdarte wnętrza

zielonych zwłok nie zdradzają tajemnic.

gdy poskładam rzeczywistość

myśli, udostępnisz szyfr twojego świata,

cierpliwie czekam, być może

kiedyś powiesz...

 

 

cyklicznie

 

mówiłeś, z życiem rozstać się ciężko.

jeszcze nie widziałam, by ktoś bał się tak śmierci

jak nadchodzącego jutra. spójrz na mnie,

wystraszona, unikam codzienności.

żyję myślami i udaję, że jestem.

duchową wolę przestrzeń, przynajmniej

liście nie spadają na głowę.

obnażona psychicznie,

skrywam każdą część poezji.

maska uśmiechem nie cieszy,

coraz częściej przebija grymas

rozdrażnienia. przyjdzie czas, że

skruszy się i zostanie tylko wypalona

zmarszczką, twarz starszej kobiety

 

 

zamykasz okno

 

z rozedrganych liści rodzą się,

nieuczesane myśli, zasłaniają

kalekie pożądanie. nie odpowiadasz

za czas, brak opanowania w dłoniach

nieśmiałych chwilami, kiedy nie widzę.

bose łydki z dreszczem skóry, wyszukują

drogi ucieczki. jak mam iść, skoro

stoisz w furtce. zamykasz okno. podobno

wiosenny wiatr wzmaga. wystudzona

krytyką, budzę rozsądek. kawa zaparzona

wcześniej zalewa

przełyk. rezygnować muszę

z życia. trzydzieści lat to mało

czasu na założone cele i nie myśl, że zabijesz

we mnie kobietę, która chce. przygarbiony

drzemiesz wczorajszą gazetą.

z przymrużonych powiek

opada młodość. w zmarszczce

ukryłeś milion myśli

 

 

***

 

krzycząc na matkę w osiemdziesiątym czwartym,

poznałam Klarę. murray head

rozpływał jedną nocą. nie pamiętam

oczu Klary, jej dłoń pozostawiła

piętno na nagim pośladku. krzyczałam,

w głowie kolebał się bangkok,

jak miarowe uderzenia prasy zakładowej.

Klara mówi, nie mogę pamiętać, jeśli twierdzę,

to kłamię. matka cierpiała ze mną

wypychając siłą tam, gdzie Klara odczuwa

ból i dreszcz. skazana rolą

Klara mówiła, dzień później gdańsk oddał

latarnię morską. długie lata zastanawiałam się,

co komu z tego, że ja w szczecinku i wielim – nie Klara i gdańsk.

matka z sił opada szybko. Klara mówi, umieranie nie boli.

nie widziałam oczu rodzicielki,

Klara swoje zasłoniła.

 

 

***

 

Klara mówi, idą święta. nie słyszę kroków

na schodach, kruków na schodach, nawet schodów. nie znoszę

chińskich mikołajów, przynoszą nostalgię.

młody w osiemdziesiątym ósmym również

krzyczał na matkę, wolał klocki lego.

Klara wspomina. prl-em

świat się kończył, kamyczków nie będzie.

w dziewięćdziesiątym piątym Klara krzyczała,

taka demokracja to jawne ludobójstwo.

nie lubi smaku pomarańczy, twierdzi, że są papierowe.

innych nie znam, dla mnie są pomarańczowe.

mgła obmacuje ostatnie drzewo przed oknem,

Klara załamuje ręce. nie będzie już

mówić, zamykam oczy. beżowe spodnie w kratę

biegają po trawniku przed domem matki. w pięćdziesiątą

rocznicę wojny błogosławię. nie wierzę z perspektywy

ciepłej kanapy w umieranie żydów. przecież matka powtarza,

nie ma złych czasów, są tylko źli ludzie...

 

 

***

 

Klara opowiadała, jak bardzo umierał

ojciec, oczy podobno zamykał. szybko

jak zamek błyskawiczny uchodził

w jedną stronę. błyski gniewu

nie dotyczyły już mojej osoby.

spodnie na sznurze uprane wczoraj

nie wiedzą, schną niepotrzebnie.

Klara twierdzi, że stare portki zawsze wzbudzały

w niej strach przed śmiercią i dreszcze.

ojciec, jak mówi Klara, nie narzekał

płakał tylko, zmarnował tyle szans na chwile,

których nie powtórzy. nie dotknie już drżącej skóry

młodej kobiety, nie usłyszy płaczu noworodka.

mojego słyszeć nie chciał, nie umiał słuchać.

siwa broda wydłuży się i nieprawda, że paznokcie rosną

w pokoju obok. moje stopy wystukiwały rytmem Adele.

ojciec mnie nie poprosił,

przeprosił...

 

 

***

 

wymyśliłam z Klarą, że koty zatykają dziury w kontaktach

a ich sierść nie służy dzieciom. miłośnik

gatunku publicznie piętnował.

dobrze być niewidoczną. z góry widać

lód i śnięte ryby niewchłonięte przez czas

i obyczaje. kotów nie było i nie będzie, psują

zapachem widnokrąg. skóra zrobiła się gęsta

od nadmiaru chłodu, zatęchłe, jeszcze zimowe

myśli bronią ostatni bastion lodu okruchami,

zdzierając gładszą niż zwykle powłokę odrodzenia.

w oddali słychać miłosne zawodzenie.

koty próbowały dobić nerwową matkę.

z rozdartym becikiem,

nie przyszli się kąpać. pora niekonieczna

a jeśli łączy nas wspólny cel...

nie będę ingerować. Klara przekonywała boga,

nie ma złych zamiarów, są tylko niewykorzystane chwile

 

 



Liliana Propkopiak, urodzona (1984) i mieszkająca w Szczecinku, swoje wiersze publikowała w Brulionie Literackim „Ślad”, Kwartalniku Artystyczno-Naukowym „Znaj,” oraz w licznych almanachach poetyckich Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów czy Szczecineckiego Klubu Poetyckiego „OPAL”, którego jest członkiem. Dwukrotna laureatka Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Malowanie Słowem”. Jeden z wierszy poetki został ogłoszony „Wierszem Miesiąca” na portalu Związku Literatów Polskich. Debiutowała w roku 2009 tomikiem pt. „Wczoraj umarła kolejna topola”, który na naszej witrynie recenzowany był przez Jerzego Granowskiego. Razem z mężem (Piotrem Prokopiakiem) należy do czołówki szczecineckiego środowiska literackiego. Drukowane tu wiersze pochodzą z nowego tomu Lili, pt. „Spódnica z potrójną falbaną“.

Pin It