{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Tadeusz Chabrowski


 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska













 

Moje rymy

 

Rymy dawno wywiezione z kraju,

łuszczą się na wietrze jak żytnie otręby,

muszę je zraszać sentymentem lub śliną,

często popychać palcem na stronie.

 

Dawniej pieniły się jak leśmianowska łąka,

łatwo je było rozkołysać, same splatały

warkoczyki wiatru przed snem, dym spalin

nie ugniatał wtedy główek słoneczników.

 

Aleją topoli przejeżdżała zaczarowana dorożka

mistrza Gałczyńskiego, kapela pszczół ubrana

w skrzydła wypraszała melancholię z pól,

można się było cieszyć wniebogłosy do świtu.

 

Czasami Miciński lub Poświatowska przyprowadzali

do kaplicy pijanego motyla, żeby się spowiadał,

śnił świat na pomarańczowo jak w niebie, nietoperze

plotkowały turpistycznie o wszystkim, co się wydarzyło.

 

Gdy pod skrzydłami gołębi wybucha płomień,

wiadomo, że próbują doścignąć pierwszą gwiazdę.

Moich rymów gwałtowne stukanie w chmurach

pewnie podrywa je do jeszcze szybszego lotu.

 

 

Ćma Witalisa

 

Witalis jest wśród motyli, patrzy na ćmę,

która grzęźnie w sosie pomidorowym,

szuka dla siebie treści,

nogi odmawiają jej posłuszeństwa,

pewnie umrze, bez napisania historii swojego życia.

 

Wczoraj myślał, że chciałby mieć jej talenty,

umieć latać po ciemku, nie troszczyć się

o wydarzenia polityczne, żyć w jednym pomieszczeniu

i umieć straszyć niepokornych jak zmierzchnica

– trupią główką.

 

Czy to dobrze – pyta Witalis – mieć cel w życiu,

dokądś zmierzać, marzyć o popielatych skrzydłach,

które nie poderwą do lotu ociężałego tułowia,

ale pomnożą zwoje nadziei w umyśle?

 

Wiara w Boga, który smakuje jak jogurt z jagodami

i jest dostępna wszystkim, jest tymczasowym

rozwiązaniem dylematu. Według teologa z Krakowa,

do zbawienia wystarczy tylko ablucja święconą wodą,

sakrament spowiedzi i pokuta.

 

Heidegger twierdzi, że życie jest walką ze śmiercią,

miąższ wątroby, płuc i serca, są tyle warte,

co obiecana przez religię wieczność.

Komu więc wierzyć, jeśli nie słyszy się żywego słowa,

a tylko spogląda na cienie znaków na ścianie.

 

 

Pisz bez składni i rymów

 

Zacznij od wyliczania liczebników,

najlepiej od zera do sześćdziesięciu siedmiu;

w tym czasie – jeśli Bóg istnieje – stanie się cud,

metafora religijna jak mewa uniesie się

nad wzburzonymi wodami oceanu,

nawet zwykła aluzja przyklei się do języka,

będziesz mógł ją przegryzać jak gumę do żucia.

 

Mów bez składni i ładu jak prorocy,

zajmij się pojedynczą literą, jej kształtem;

gra słów znudziła się już tym, co rozwiązują krzyżówki,

sylaby należy lepić nie z papieru,

nie z gliny lub miedzi,

ale jak plomby w zębach – z czystego złota.

 

Mów bez składni i rymów jak pingwin

płynący samotnie na krze lodu, mów tak,

żeby zrozumiały cię bociany i jaskółki,

długie czasowniki przesylabizuj litera po literze,

rzeczowniki spychaj ze schodów,

by sprawdzić, czy się nie rozsypią.

 

Mów bez rymów jak w piosenkach,

żeby słowa fruwały w powietrzu melodyjnie,

żeby można je przypiąć do ucha jak kolczyki,

na pocztówce, którą napisałeś do żony,

pozuj nago, żeby obwieścić światu, że ją kochasz.

 

 

Międzyplanetarna Konwencja Aniołów

 

                            Wacławowi Oszajcy

 

Do bazyliki braci franciszkanów na Manhattanie

sfrunęło blisko sto aniołów

Była to: Międzyplanetarna Konwencja Czystych Duchów.

 

Pierwszy spostrzegłem, mieczem światła

rozpołowił noc na dwie sfery, na ciemnych szybach kaplicy

pojawiły się rysy. Trzeci, w futrze, przypominał

kaznodzieję z rumianymi, wydmuchanym policzkami,

w każdej chwili był gotowy potępić skrzeczącą ropuchę

w stawie i wmówić wierzącym prawdę, w którą powinni wierzyć.

 

Dziewiąty robił wrażenie zabłąkanego akordu, który wykruszył się

z melodii i szuka swojego klawisza. Rzewnie spoglądał w stronę

organów, srebrnych piszczałek, stołu gry i długiej klawiatury.

 

Trzynasty, z lekkim zapaleniem płuc, ledwie powłóczył

skrzydłami po posadzce. Usiadł znużony po lewej stronie

prezbiterium i zasnął. Piętnasty z mocno skorodowanym kręgosłupem,

od noszenia tablic z dziesięcioma przykazaniami,

kołysał się na boki jak łódka z jednomasztowym żaglem.

 

Dwudziesty Drugi, kąpany nie dawno w lśniącej bąbelkami pianie,

unosił swoje nagie drżenie pod sufitem bazyliki niczym

motyl powszelatek brunetek.

Trzydziesty, poirytowany poplątanymi kablami mikrofonu

na ambonie, szeleścił jak miedziana blacha na Trzydziestego Trzeciego,

że się nie sprawdził w robocie. Ten, upokorzony krzykiem,

szukał kryjówki w szafie z mechanizmami do organów.

 

Czterdziesty, po kielichu czerwonego wina zaczął ekscentrycznie

łomotać skrzydłami blisko gipsowej figurki św. Józefa,

jakby ten swoją niemą duszą mógł mu pomóc.

 

Czterdziesty Ósmy, złotopłowy, podwiązywał pod skrzydłami

pomarańczową piżamę, szykował się do snu, żeby śnić

o popielatych krajobrazach z planety, z której przybył.

 

Pięćdziesiąty Trzeci, chory na nadwrażliwość, otulał się szczelnie

niedostępnym dla innych błękitem mgły, przy okazji bijąc się

w piersi, za wszystkich niewierzących, pijanych,

nie chodzących w niedzielę do kościoła.

 

Pięćdziesiąty Siódmy wdychał benzynę, świeże idee i plotki

jak francuskie perfumy i nie był już w stanie sprzeciwiać się

cielesnym żądzom. Na jego delikatnej skórze

widniały wyżłobione granatowe bruzdy.

 

Sześćdziesiąty Drugi, najeżony antenami jak omnibus

radiotelegraficzny śledził oczami wszystkie dzwonki

obwieszczające kontakty z morzem, powietrzem, księżycem.

 

Sześćdziesiąty Siódmy, archanioł Afryki,

oddychał ciężko gorącym powietrzem, studził wrażliwe

serce kostką lodu wyciągniętą z kropielnicy.

Siedemdziesiąty Pierwszy znikał z oczu jak krogulec,

na coś czekał, gdzieś się spieszył, wymachiwał

na znak ugody i pojednania, pozłacaną peleryną.

 

Siedemdziesiąty Dziewiąty, już nie młody,

o semickich rysach, z flegmą fruwał po kościele od witraża

do witraża, jakby szukał spłoszonego wróbla,

który mu uciekł. Z fałdów rękawa wywnioskowałem,

że przyfrunął ze Ziemi Świętej.

 

Osiemdziesiąty Drugi unosił nad głową ramiona,

chcąc na karku przypiąć fioletową wstążkę,

poplamione palce co chwilę gubiły dotyk.

 

Dziewięćdziesiąty Pierwszy odżywiał się barwami,

zlizywał językiem ze ścian i z obrazów farbę,

delikatny róż na policzkach świętej Cecylii

lub ciężki granat na podbródku proroka Ezechiela.

 

Dziewięćdziesiąty Czwarty potrafił ręce złożyć

na plecach, ukryć je pod skrzydłami, a mimo to

poruszał się zwinnie i szybko, czasami połykał sylaby

gdy musiał wyrzucić z siebie brzydkie słowa.

Dziewięćdziesiąty Piąty reprezentował

Europę Wschodnią, karmił się włoszczyzną i ziemniakami,

chciał mówić przebieglej niż myślał, dawał się wciągnąć

w mroki historii i głuchy klekot wojen.

 

Dziewięćdziesiąty Siódmy zalecał podopiecznym

aniołom wychodzącym nocą na ulice Manhattanu

osłaniać ciała migocącą srebrną łuską

lub iluzoryczną mgłą bez śladu cienia na ścianach budynków.

 

Dziewięćdziesiąty Dziewiąty – przewodniczący,

chudy jak kartuz, zastanawiał się, kiedy włączyć wszystkie

wentylatory w kościele, przywołać chmury nad miasto,

spowodować grad lub ulewę, by w ułamku kropli czasu

utopić planetę i wypuścić konie apokaliptyczne na wolność.

 

 

Prawda

 

Prawda jest jak sopel lodu – chłodna,

przymarznięta grzbietem do chmury,

która unosi się nad ziemią;

czasami zawadza o górę, łamie się i kruszy,

można ją w małych kryształkach pozbierać z trawy.

 

Sokrates mówił, że nic nie jest w stanie się jej oprzeć,

Platon, że jest najpiękniejszą ideą,

Kościół, że jest religijna i cnotliwa,

Hegel, że istnieje tylko w naszym myśleniu,

nowożytni twierdzą, że nie jest podmiotem,

nie jest też przedmiotem,

jest zwykłą zagadką naszego mniemania.

 

 

Witalis do gazety

 

Ściera kurz z biurka, żeby przypadkowo

nie zaśmiecić treści, którą będzie chciał wysłać

do gazety. Kontury poematu muszą być wyraziste

– zaznaczył redaktor naczelny – najlepiej biało czarne

jak na fotografii, żeby każdy obywatel z ulicy mógł

kupić pismo. Jako agnostyk, najczęściej pisze wiersze

o Bogu, uspakaja w ten sposób sumienie i nie myśli,

co będzie potem.

 

…sumienie jest zbyt uproszczoną wersją religii,

w której wychowaliśmy się; samo echo to jeszcze

nie głos boży, którego należy się lękać

 

…wsłuchiwanie się, przeszkadza patrzeniu,

dlatego żaden z nas jeszcze Go nie ujrzał w plenerze.

 

Pomóżcie mi znaleźć haczyk, na którym zawieszę

to, czego się nie widzi, czego się nie słyszy

i to do czego powinniśmy się modlić.

 

 

***

 

Woreczek prosa, który kupiłem u nikogo

na Wieluńskim Rynku w Częstochowie, posieję nigdzie

w polu blisko wsi Niżankowice,

jednakowo dostępnym dla komarów, motyli i wróbli;

może z tego wyrośnie nic lub wiele worków,

którymi podzielę się z ogółem,

który czasami potrafi być ciekawą jednostką,

z pustym żołądkiem lub chorą wątrobą.

 

 

Dziennik magistra Witalisa

 

W poniedziałki śpię tak długo,

aż oddech stanie się rytmiczny,

w głowie ustaną dyskotekowe szumy

i słońce zbliży się do zenitu.

Strumień dnia musi być czysty,

żeby ponownie zanurzyć się w jego nurty.

 

Po śniadaniu gromadzi się we mnie energia.

Wkładam białą koszulę,

słomkowy kapelusz z zieloną wstążką.

Ulice są już gwarne i hałaśliwe.

Główną aleją wiatr pędzi do teatru,

próbuje wplątać się w dialog,

który dyktowałem aktorce późnym wieczorem.

 

Punktualnie o dziewiątej rozwijam

pierwszą chorągiew mojej wyobraźni,

czasami fotoreporterzy

próbują ją opisać i sfotografować:

zwykle płata im figle, płoszą ją flesze.

Wypuszczam dym z ust na znak,

że nic więcej nie mam do powiedzenia.

Robi się wesoło jak po stłuczeniu klosza

imitującego arabski księżyc.

 

Nie mogę się przyzwyczaić do rytuału,

którym posługuje się Kościół,

zapalona świeca przy głównym ołtarzu

zwykle gaśnie w mroku pod chórem.

 

O północy najintensywniej przeżywam minuty,

w których Bóg zdradza tajemnice,

wypada mu z ręki pryzmat,

przez który mogę oglądać świat:

piosenka rozbrzmiewa jak psalm,

opieszałe słowa: miłość i nadzieja,

sieją woń lilii i wrzosów,

jak górskie wodospady spływają na tych,

którzy czekają na cud.

 

Tadeusz Chabrowski (1934) to jeden z najciekawszych poetów polskiej literatury emigracyjnej bieżących lat. W 1961 roku wyjechał do USA. Studiował m.in. w Londynie, Dublinie i Filadelfii. Mieszka w Nowym Jorku, gdzie parał się wieloma zawodami; był także działaczem Polonii. Debiutował na początku lat 60. w londyńskiej Oficynie Malarzy i Poetów; do dziś wydał 17 tomików wierszy i dwie powieści (Skrawki białego habitu i Białe nieszpory). Bywa w Polsce, tu publikuje; należy – co uznajemy za cenny precedens – i do SPP, i do ZLP. Publikowane tu wiersze pochodzą z tomu pt. Magister Witalis (LSW, 2011).

Pin It