{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Karen Kovacik


 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

Warszawie

 

Twoje Kino Moskwa błyszczy jak różowy talerz

filmami Eastwooda i francuską farsą.

 

Ja jestem parasolką oddaną do naprawy.

Wolałabym być teleskopem, by sięgnąć

poza zasłonę rzeczy amerykańskich,

poza zapach kiszonych ogórków, dymu i żalu

i zrozumieć język powstań.

 

Ty jesteś mapą, która istnieje, i tymi które zniknęły.

Papierosem, który sprawia że spóżniony autobus nadjeżdża.

 

Jestem szklanką ulunga, rozpustnicą,

w tej krainie ust i zębów,

gdzie sylaby piszczą jak cukier

i nasze dłonie są zawsze rozgrzane

i moje małżeństwo umiera na tapczanach ciasta.

 

Jesteś muzeum cierpiących zegarów,

jesteś ulicami które nazywają krupnik, złoto, krochmal.

 

Widzę faceta w pociągu jedzącego pomidora

jak jabłko. Bez przerwy sprawdza kieszenie

w obawie przed szpiegami. Dlaczego on taki nerwowy?

Liże palce i szepcze:

„Żydzi. Są wszędzie.”

 

Jesteś kościołem i świecami w kościele,

bankiem i pieniędzmi, książką i słowami.

 

Unikam rozmów. Moja grzywka jest przycięta

o centymetr. Ule wyglądają jak domki dla lalek

a Józek karmi mnie świeżym miodem.

Choć się boję, wciąż patrzę i próbuję.

Nie mam wiele słów, ale i tak opowiem.



Litania

                                               według A.R.

na mapie polowej Napoleona

obszar zakreślony czarnym tuszem

Varsovie

 

na makowcu z Hotelu Bristol

lub na ostatnim recitalu Paderewskiego

Warszawa

 

wstemplowana do dyplomu semickiego młodzieńca

wyszyta niebieską nitką na pamiątkowych fartuchach

Warszawa

 

później wypisana gotykiem na metalowych znakach drogowych

w niepożądanym tłumaczeniu

Warschau

 

wyryta po hebrajsku na marmurowym filarze

na każdym tramwaju i trolejbusie

na rozkładach jazdy pociągów

 

Warszawa Varsovie Warschau

 

nad arkadami w sowieckim stylu

sprayem na zielono przez kibica piłkarskiego

Warszawa

 

na niebieskich kopertach

z twoim adresem moją ręką

Warsaw

 

miasto czereśni latem

suszonych śliwek zimą

miasto przecięte szarym nożem Wisły

 

czy się pali czy powstaje

jej sylaby sztywnieją mi w szczękach

jej imię węgiel na moim języku

 


Gdyby dziadek nie wyemigrował ze Śląska

 

Urodziłabym się między Krakowem a Oświęcimem

Moje pierwsze samogłoski byłyby nosowe

pierwsze spółgłoski – przeszczep szeptu i wiśni

Najbliższe miasto oddalone o dwa niebieskie autobusy

ale nie myślałabym o wyjeździe

Wujkowie uczyliby mnie zbierać grzyby i czerwone porzeczki

Ciotki wekowałyby żółte śliwki w żeliwnym piecu

i dusiłyby drób, którego szyjki ukręcyłabym wprawionymi rękami

Marzyłabym o pokrojonych buraczkach w cyklamenowym jeziorku

Zapakowałabym królika do torebki mamy

potem u sąsiadki otworzyłabym klamrę i wyskoczyłyby

pstrokate uszy, nieruchome, czerwone oko                            

Poszłabym po raz pierwszy do dentysty w wieku lat dwunastu

Okropny ból doprowadziłby mnie do płaczu

ale potem miałabym śliczny złoty uśmiech

Jedynymi książkami w domu byłyby

biblia i album Stalina z 1940 roku

Zapamiętałabym jego twarz z wąsem, gładką

jak u aktora na plakacie, szkliste oczy

jak u mojego królika, i usypiałabym z ramionami

tego dziwnego mężczyzny

otwartymi na obślizłych kartkach

Nauczyciele z miasta szeptaliby o mnie

Czerwieniąc się, borykałabym się z ich pytaniami

stawianymi szybkim, ostrym tonem stolicy

Inne dzieci nazywałyby mnie tumanem, głupolem

i po szkole wracałabym do domu sama

szybko przez żółte dni jesieni, później

powoli przez marznące błoto, i na swojej ścieżce

pozdrawiałabym bociany w ich gnieździe na szczycie latarni,

brązowym i szerokim

jak kapelusz ekstrawaganckiej damy

 


Historia mojego życia wersja mojej matki

 

Tak, bawiła się z dziećmi z podwórka,

ale nienawidziła zabawy w berka.

Wolała robić cmentarz na trawniku przed domem,

zielony ręcznik przykrywający jej ciało z kartką

KAREN KOVACIK, 1959-1967

 

Jej ulubione tajemnice różańca

były bolesne. Uwielbiała straszyć swoją młodszą siostrę

udając biczowanie Chrystusa przy filarze

rzemieniami i rózgą. Miała pluszową świnkę zwaną Śpiaca K.,

która – według niej – zmieniała płeć dwa razy dziennie.

 

Wiem, że powinnam była zauważyć pierwsze oznaki –

dziewczynki w ósmej klasie pogardzały nią

za używanie słów takich jak „dyletantka” i „korpulentna”,

pamiętniki które pisała o szkolnych randkach.

Studia tylko to pogłębiły. Przy kolacji mówiła:

 

„Byron kiedyś powiedział” lub „John Donne wyraził to najlepiej...”

Teraz była już tak zwaną „intelektualistką” noszącą męskie kapelusze

i spodnie torreadora kupione z drugiej ręki.     

Co ja źle zrobiłam?” – zapytałam.          

Nie wierzyłaś w antykoncepcję?” – odpowiedziała.

 

Teraz, na Boga, zaczęła publikować.

Od lat, się tego bałam, budziłam się po nocy,

trzęsąca i smutna, wyobrażając sobie życie pełne zdrad.

Sama niczego nie pokazuje, a ja nie pytam. Lepiej wierzyć

że nie napisała o nas niczego złego. Jak na razie.



Powrót do języka ojczystego, po miesiącu mówienia po polsku

 

Wróciłam do swego języka, poza złocone

obrzeże ogromnego słownika, poza „Można?”

i „Proszę”. Zrzuciłam jedwabisty kaganiec

szeleszczących spółgłosek, przestałam dawkować

słowa jak paciorki różańca lub umartwiać się

nielitościwymi czasownikami. Pożegnałam się

z sukienkami po kostki, odwróconym spojrzeniem.

Wróciłam do żądań, mój język rzepem

a nie begonią o aksamitowych koniuszkach,

wróciłam do kurewstwa i brawury,  

bez zawiłej gry i gramatyki. To co,

że odbija mi się przymiotnikami lub wypluwam rzeczowniki

wprost przed sukienkę? Wróciłam do walenia

prosto z mostu, przeginania, pozwalania przyimkom

musować z mojej szklanki by się nimi cieszył  

mój nagi język. Wróciłam do angielskiego,

języka który nigdy nie mógł zrównoważyć budżetu,

języka z rozciągliwym paskiem, miłośnika

karioke, maracasów i barszczu.

Wróciłam do Chicago, Alleluja!

To teraz ja ciebie zagadam na śmierć.

 

 

Tłum. Janusz Zalewski i Ania Spyra

Pin It