{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Roma Jegor

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 


Bugenwilla

 

W Portugalii byłam gruba jak opasłe dzwony

i szczęśliwa jak bocian co do siebie wrócił

Bugenwille wielkie jak nasze nadzieje

kwitły gorąco

W Portugalii byliśmy gładcy biali

z czerwonym szlakiem drogi

która jak czas i tak niczego nie leczy

Mogę być gruba chuda obca albo twoja

mogę być krabem muszlą albo tylko miejscem

w którym stopy trzymały zagłębienie wody

Już wiem że mogę być

Odmiana nie zależy od kąta padania cienia

 

 

Kasztan

 

Nie liczysz na zbyt wiele

wtedy ci się zdarza

przedpołudnie jak wielka

roziskrzona ryba

Jesteś królem rybaków

kucharzem i gościem

łodzią do której wrzuca

złote sztabki słońce

Nie licz na niespodzianki

zbyt niespodziewane

w przedpołudnie tak zimne

że usta drżą drzewom

i przedsionki się kurczą

w ciele zbyt przestronnym

aż wpada w nie czyjś oddech

i rośnie jak echo

I dzieje się spotkanie

w obcych murach miasta

spojrzenie piwnych oczu

jak gorący kasztan

 

 

Musztardówki

 

Pamiętasz?

Kupowaliśmy zastawę: musztardówki

rżnięte jak kryształ z wódką zimną w środku

Były niczym obietnica złotych piasków białych wielorybów

był w nich Paryż i Belmondo z kina Rialto

Wtedy – pamiętasz – nasze chłopaki

zgraja szczupaków o płaskich brzuchach

ognisko nas Rawą wysuszone parowki

i moja talia 60 centymetrów w jego długich palcach

Liczyliśmy życie na wieczność

na ilość pocałunków i słoneczne ranty musztardówek

byliśmy jak meteory w pełnym biegu

komety z płonącym warkoczem i morelową szminką

Niezatapialni w historii bluszczy łopianów

i małych fiatów tak małych jak nasze pierwsze staniki

i wyobrażenia o wyższości miłości nad szynką

Bo jednak bardziej bolała miłość

i tylko później myśl o szynkach mieszała w głowach naszych psów

dzieci i dziadków tak że strach było zamknąć oczy

żeby nie spadały gwiazdy na noc na dach na złamanie karku

Żeby nie pękały nam naczynia krwionośne

jak musztardówki roztrzaskiwane na kamieniach Rawy

i sny wyprowadzane na brzeg i rzucane przez ramię

w bluszcze łopiany rzęsę i smród rzeki

W to co po złotych piaskach białych wielorybach

i płaskich brzuchach komet – niezmywalne

 

 

Frida

 

Kto powiedział że nie będzie bolało

że się przemkniesz jak światło za szybą

prosto w dłonie białych prześcieradeł

zahaczając po drodze o wszystko

Kto wymyślił że to tak boli

że już nie wiesz plecy czy ramiona

od trzymania kochania w objęciach

albo wycia tramwaju po torach

Może kolor tak szczypie w krtani

może w drutu łagodnej fastrydze

gdzieś pomiędzy łopatką a nerką

pocałunkiem zdradą i winem

Wydrzeć myślom pędzlom czubkom palców

te różańce koronki cierpienie

W blejtram schwytać wymiesić rozszczepić

niech nie dusi niech się rozleje

 

 

Jedwabniki

 

Zabrakło mi już rąk

wyciągałam je jak nitki ze swetra

Pruły ściegi zbyt proste i francuskie hafty

zszywały ciepło z ciałem i słowa z milczeniem

Malowały ci wesołe miasteczka

i cień Kilimandżaro w zaściankowy upał

Były krosnem mereżką miodem i uranem

sadzawką w którą wrzucasz monety na szczęście

Już mi brakuje palców – niczym wrzące piaski

wodziły twoje zmysły na nagłe szaleństwo

I pięści mi brakuje co w moździerzu Wenus

ścierały kolor oczu na niebieski proszek

Zostały dobre chęci dobre słowa

czerwone ciałka krwi jak transfuzja światła

Przyłożysz mnie do ucha i będziesz słuchał morza

Przyłożysz do oczu i zobaczysz tureckie białe Pamukkale

z odsłoniętym brzuchem ziemi

Przyłożysz do dłoni i poczujesz jedwab

i miliony umarłych jedwabników

jak czarne czółenka

 

 

Niegrzeczne

 

Grzeczne dziewczynki idą do nieba

niegrzeczne nie mają dokąd

Nikt nie chce ostrokrzewów

ospy i różyczki

W piekle ład i upał nieświęci chłopcy

i zakaz głębokich dekoltów

w niebie pora leżakowania albo

różańca i z pocałunków tylko łuski

i ślepe naboje

Więc zostaje nam ocierać się o beton

ranić własne stopy i obce uczucia

i jeszcze wyciągać za włosy

te najgrzeczniejsze

co zawsze kochają się w czartach

a potem chcą być już tylko liściem

na akacji albo polanem

 

 

Potrzeby

 

Do miłości potrzebny jest jedynie stół

jakieś krzesła jak dyskretny rząd świadków

łóżko żeby tylko od miłości umrzeć

w ostatni dzień października

i telefon do przyjaciela by już nie czekał

Jeszcze wiecznie zgaszony telewizor

co ukryje najnowszą wersję

Romea i Julii którą tak kochamy

z miłością w nagim pokoju

w nagim powietrzu

w nagim jak poranek czasie

po wigilijnym wieczorze kiedy

narodziliśmy się w sobie

pozostawiając za nami ojca matkę

i kilka aniołów

Jak wszyscy dobrzy ludzie życzyli nam

nienajlepiej więc musi być stół żeby

kolacja dla nich z naszych uśmiechów

i objęć ze słów jak dzikie owoce

i z grzesznego układania warg

pomiędzy rukolą a kozim serem

była ucztą bogów

I żeby to po nas zostało

kiedy trzeba będzie umrzeć od miłości

od pocałunków od umęczonego wiecznym

otwieraniem i zamykaniem dni i nocy

ciała

 

 

Zapach ziół – Matka

 

Spokój

jakby się niebo zwróciło ku ziemi

smarowało ją masłem ze słodkich orzechów

i ból mogło uśmierzyć w liściach rzymskich sałat

jak w palcach zbyt skręconych by umiały zasnąć

Teraz spokój

po latach krucjat Bitelsów Hendrixów

pękania snów i nocy jak krzyk noworodków

koszul w kwiaty i ziela co porywa dusze

po bliznach i po stratach jak dno Wielkich Jezior

Spokój

po latach huraganów i tajfunów

głaskania wprost na wyrost zamiast albo przeciw

choć najciężej pamiętasz jej czas usychania

kiedy się obracała w ciężkie gruzy Sparty

Teraz spokój

długie czekanie by zmartwychwstał dzwonek

telefon zawias głosy zapach niemowlęcia

Spokój studni co czeka na krzyk dzikich gęsi

co czasem wrócą błyskiem piękne niczym przepaść

 

 

Zapach dymu – Ojciec

 

Ssać żuć jak suszone mięso łosia

kąsać pogryzać ten czas suchy

pachnący miętą pieprzową i strachem.

Mruczysz że w twoim wieku źle to się kończy

ale wciąż jak dziecko wykradasz się co rano

przez skorupkę snu coraz cieńszą jak stara porcelana

i taką niebieską pod światło.

Wykluwasz się wyzuwasz z wylinki

odzyskujesz kolory na chwilę.

Poruszasz palcami pustymi jak kości ptaka

w których unoszą się sekundy lata wieki jakieś

I kiedy mówisz

słowa zapominają swego pochodzenia

mają barwę i smak ziemi

zapach dymu

 

 

Literatki

 

U dziewczyn znowu frytki i proza sprężyn nocą

aż po opium mleka w proszku

co w końcu wszystko wybieli

Zostaną tylko małe koniki bieguny biegunki

i jakieś okrzyki na klatce jak tresura ptaków

Do ciebie jeszcze nocą przychodzi Lermontow

i Mały Książę i płatki ci pęcznieją a wargi

pękają na słodko

U dziewczyn marchew z groszkiem i mielony

u ciebie jeszcze myśl że Kopernik była kobietą

i że możesz zatrzymać planety choć płytko pod skórą

jeśli będziesz oswajała liska puszczała zajączki

utrwalała w sobie zapachy słów

jak róża czterech wiatrów

i ta pięciopłatkowa

i jerychońska

 

 

Niezależni

 

Robimy co możemy –

sadzimy orzechy

i obdzieramy ziemię ze skóry

pismem klinowym usiłujemy zapisać

westchnienia

Robimy co musimy –

przygarniamy koty i dzieci oddajemy

do ochronki

Chcemy być samodzielni kiedy wkładamy buty

ciągle uzależnieni od seksu i kawy

od deszczu i tramwajów teściów i szeryfów

ktoś trzyma nas na smyczy wypuszcza na próbę

Mamy nie swoje mapy i życie jak jętka

kochamy jak możemy do krwi i do świtu

Żyjemy na bezdechu

umieramy pełnymi garściami

narkomani wydani na pastwę kotów dzieci

lotów balonem i kina

adoptowani tylko na chwilę

przez jakiegoś Juliusza Verne’a

Na naszych dniach i nocach

kroniki filmowe

lekcje szturmów na zimowe i letnie pałace

 

 

Pora deszczowa

 

Kiedy miasto spływa ulewą

ukrywamy się we śnie w kawie

w niemym kinie

Szukamy złotego piasku

jakby z tej drugiej strony

były jakieś pokłady światła

jeszcze nieużywane jeszcze suche

Wszędzie dobrze

gdzie miłość ma gładkie kolana

a czas szerokie piaskownice i francuskie filmy

Kiedy w resztkach deszczu myją się kawki

jest w nas czekanie

na nowy kolor na oczy znowu okrągłe

Raz jeszcze będziemy mali

zaraz będziemy pucować sobie języki z piasku

przysięgać na śmiech na śmierć

w siedmiu kolorach darować życie

 

 

Anemia

 

Muszę się więc wystrzegać bieli

skoro powiedziałeś że jest zbyt kobieca

i za słodka

Jeżeli śmierć jest za słodka

i każda zaspa kartki z nornicami liter

zbyt frywolna to niech się stanie jak chcesz

Zmienię bieliznę słów na fiolet

i ultramarynę

o śmierci pomyślę jak o dzikiej róży

Będzie wytrawnie soczyście potoczyście

z nutą kwaśnych przepowiedni

Nie wiem tylko jak malować strach

anemię sylab i głosek

cierpienie mojego włosa

umierającego na twojej szyi

Czerń jest zbyt dostojna dla zwyczajnej

suszy uczuć

ale jakoś się trzeba ustrzec

uśmiechów za szerokich na tonące kanu

i nocy gdzie wszystkie pocałunki

jak śpiące krewetki w płowym piasku

rzeczy pochowanych

  

         Roma Jegor – mieszka i pracuje w Mikołowie, z wykształcenia – programista komputerowy, z wyboru – poetka. Członek Związku Literatów Polskich (oddział w Krakowie) oraz Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego (w Katowicach). Laureatka konkursów poetyckich i autorka czterech tomików wierszy: „Wieczór w kocim futrze”, „Bieleją księżyce paznokci”, „Salamandra” i „Tatuaż na jabłku”. W przygotowaniu nowa książka pod (roboczym) tytułem „Domki dla lalek”.

         Wiersze Romy Jegor przedstawiane były w „Akancie”, „Śląsku”, „Migotaniach”, „Znaj”, „Lamelli”, „Hybrydzie”, „Literacie Krakowskim”, a także w antologiach pokonkursowych i na internetowych stronach (PKPzin, Polis2008, Fragment, Parnas.pl, Modowo.pl , Śląska Strefa Gender). Pojawiają się też w audycjach poetyckich Macieja Szczawińskiego na antenie Radia Katowice.



Pin It