Bogdan Justynowicz - wiersze

Józef Chełmoński
Józef Chełmoński
















ŚNIEG BEZ BUTÓW

 

Mroźno.

Życie zapięte pod szyję.

 

Przy którym oknie stanąć?

Patrzeć.

Wypatrzyć?

 

Śnieg bez obuwia.

Ani damskiego.

Ani męskiego.

 

Nikogo.

Cud, że nie jestem sam.


--

PRZEPISUJĄC NA CZYSTO

Już wiem –

po rozmowie z sercem.

Pośpiech jest niewskazany.

Pośpiech konieczny.

Kołatałem, kołatałem w klawiaturę,

kołatałem dostatecznie długo

I zostało mi uchylone.

 

Na szerokość ostrza –

za sprawką literówki:

powinno być: „Bóg”,

jest „Ból”.

I maszyna się zawiesiła.

Błąd; ni go kodem ni zaszeptaniem.

Nie chce się anulować.

Jest teraz nożem rzeźnickim.

Pogrąża mnie w swoim ostrzu; grozi i żąda

apostazji: natychmiast!

Unerwiony ochłap ulega:

Ból jest wielki,

a okrzemek

prorok jego.

On się uśmierzył. A literówka?

Zapamiętała się; ni ją kodem, ni zaszeptaniem.

Anulować się nie chce.

Będzie wirować po granice systemu

w archiwach Buchaltera.


--


SAMOSĄD

Uprzedzam fakty, ale wybiegam przed nie niezbyt daleko.

O dwa – trzy pacierze.

Imaginuję: przekroczyłem tę bramę – szeroka,

Klucznika nie ma. Nie żadne igielne ucho,

skoro ją przekroczyłem. Zresztą

jestem obyty z cudem.

Tak: to jest ten górny ogród.

Klimat w istocie rajski:

w powietrzu 100 procent litości i miłosierdzia.

A sprawiedliwość? Nie masz sprawiedliwości,

nikt nie kwapi się z sądem.

Więc cóż nam począć moja duszko matowa bardzo,

jeszcze nie zasiedziała na tym wyraju, wciąż oprószona ziemią?

Dumna? Pyszna? Czy przyzwoita?

Ano, poddaj się dobrowolnej karze.

Skoroś nie kryształowa – ukryj w sobie jak płuco

siarczaną głownię i pomykaj przez ogród;

nie zdradzając się cierpiętniczym grymasem

( byłby tu arogancją).

I tak przez pół… nie przesadzajmy:

przez ćwierć

żywota wiecznego.


--

WYCISKACZ ŁEZ

Zbawiony od przyszłości!

Relaks. Ot, majsterkuję sobie.

Z gramatyką.

Z tej potężnej jak agregat drukarski maszyny

wymontowałem

przydatną mi część mowy.

Czasownik.  

Dłubię w tej mechanicznej cebuli.

Czas przeszły.

Bawmy się dalej: rozkładam go skupiony

na koniugacje, strony, tryby –

z wysiłkiem, który trwale przemieścił mi oczy na ciemię.

Zgarnąłem elementy.

Skleciłem.

Działa.

Niezbędnik.

Maszynka.

Uniwersalny wyciskacz łez

z winnic, które minąłem,

z klamek, których dotknąłem,

z cudu, który przyjąłem

i nie pojąłem.


--

ROZMNAŻANIE UMARŁYCH


Przed zmierzchem porannym, o trzeciej-czwartej

przemożny, bo starczy, voyeryzm

gna ich ku księżej oborze; nałóg, chuć i rutyna.

Będą podglądać gorszący

akt rozmnażania umarłych.

Szkiełkiem i okiem.

Na łożu boleści przepastnym i białym jak Syberia

człowiek w agonii.

Podglądacze go znają: odraża egoizmem, oburza

że tak jednym szarpnięciem – jak kroplówkę – oderwał

swoich pięć zmysłów od drogich imion, od wszelkiej rzeczy

co była jego, że odwróconym spojrzeniem, paranormalnie

żywym, dalekowzrocznym bada – narcyz! – dno gwiazdy

ledwie domyślnej.

A jego ręka! Kreda, pergamin w tatuażu bezbolesnych igieł;

mdła i ciążąca jak nieznany pierwiastek – ale jej palce

chwytne, mocniejsze niż tonącego…

Ta martwa ręka cierpliwie – mechaniczny pająk – czeka

aż ktoś ujmie ją w swoją.

 

…I ktoś ujmuje.

 

Starcy widzą. Szkiełkiem, okiem i czuciem.

Chór dyszkantów, wniebogłosy - aż okna zapalają się w okolicy.

- Nie podawaj ręki tej ręce,

nie idź w zapasy z tą ręką;

silniejsza od ciebie! Pociągnie, przeciągnie

na swoją stronę; nie dziś,

nie dziś - to jutro!

 

I w tejże chwili – przez szkiełko, oko, czucie i wiarę –

widzi się podglądaczom:

 

Transfuzja. Przetoczyło się życie

z ręki do ręki. Noworodek. Niewiniątko już w bożej otulinie

własnym westchnieniem porwane i uniesione w stronę, którą niefortunnie

zasłonił najciekawszy spektator.

 

- Do jutra, o tej porze! – żegnają się starcy i truchcikiem, osobno

rozbiegają po świecie.







ZBIÓRKA

 

Drużyna na tle zachodu – jaskrawo,

a nikt z szeregu nie rzuca cienia.

 

Kapral się przejęzyczył:

 

- Spocznij! Wolno płakać.


--

CMENTARZ MORSKI. PS:

Wiatr się zrywa, ku życiu pora zwrócić kroki!

Tak, słyszę panie Valery, ale ja jeszcze chwilę

tutaj…

Bo wiatr się zrywa, uderza garściami Morse’a

z głębokości: znaczący piasek.

Nie zagasłe iskrówki.

Czytam. Tłumaczę. Słyszę:

Ratuj… Dusze… Nasze…

Wreszcie, wreszcie

ona: od rzeczy

modlitwa.

Nieludzko czysta.

Krótka.

A trudno ją zapamiętać.


--

DESER

Biesiada suta.

Wcale nie smutna.

Sprzątanko po sobie nie wielkie.


W zlewie komfort:

jeden

talerz głęboki,

jeden

talerz płaski,

jeden

talerzyk,

jeden

nóż,

jeden

widelec,

jedna

łyżka,

jedna

łyżeczka.

Jedna łyżeczka – zdrowej ziemi z ogrodu,

co godzina, co kwadrans, bez przerwy –

na szybszą przemianę materii.

O, niebo w gębie!

Po życiu życie!

Na taki to deser liczę.


--

SKOCZYMY DO MIETKA

Prądem rynsztoków mętnych

zniesion w portu stronę, do kolebki.

Do mojej.

Gdy nagle pochwyciła mnie dłoń holownika:

przerdzewiały, z serii 56

ostatni młody poeta gdański.

(O lata 60-te, o czasie piękny

kiedy nikt nie umierał!...)

Zdryfowało nas do Oliwy –

wypłynęła na powierzchnię zatoki zielona, parkowa

jak przed półwiekiem.

…Kręckiego 3, parter.

- Skoczymy do Mietka?

- Jeszcze nie dziś.

- Ileż to? Dwanaście, piętnaście lat?

- Umarł poeta.

- I nadal jest umarły.

- To jeszcze po kropelce paliwa i wpław!

Przez pustynię Gdańska, komicznie

skacząc przez lastrikowe pryzmy

i piaszczyste kopczyki.             

     

--

ÓSMY KRZYŻYK

Dotknąłem 73-ch.

Ni ziębią, ni grzeją.

Moc życzeń; ale tylko od nieobecnych.

Byli. Nazywali się…

A propos: jak miał na imię dr Alzheimer?

Jest i prezent u płota

szukajęcy kłopota:

czarno i srebrnie łyska

pojazd w eleganckiej stylistyce

z lekka nawiązującej

do karawanu –

wehikuł czasu.

Wrzucamy wsteczny.

Wiatr. Jak niezapomniane stronice furkocą

chwile.

Ileż ich? Wiele.

Panie! Kierowco, który nie znasz prób ani błędów -

uchwyć, wybierz mi

nieomylnie którąś

jak uważny urzędnik ZUS-u najlepszy okres składkowy.

O tak… Przypominam.

Przytwierdź tę chwilę do słonecznego zegara.

- Chwilo, stop!

Chwilo, przez chwilkę trwaj!


--

DZISIAJ GDAŃSK

Wycięła się kosa z Memlinga.

Przefrunęła przez miasto na wskroś

słoneczną stroną ulic

i tą w cieniu rozkwitających dziewcząt.

Przeszły rozkołysanym krokiem.

A ta w jasnym przebiega, wciąż przebiega przez zebrę

róg Grunwaldzkiej – Sobótki.

Trzeba ci było kochać, ale

nie mniemałeś o sobie zbyt dobrze.

A teraz przypominaj.

Okna, schody, windy i klamki.

Wlecz się walizo wprost do hotelu na przeciw dworca.

Chwilę odsapnij.

Potem wysyp na stół te długie ciągi cyfr

głuchych albo zdziwionych numerów telefonicznych,

zemnij je w garści

i suń na wieczorny spacer.

Utop w Motławie te szyfry.

Dawno złamane.


--

MIAŁ BYĆ TRAKTAT

Tak prosiłem

się

o uważną korektę:

powinno być traktat -

jest trakt.

Skoro jest – pośpieszajmy.

Do ostatniej instancji,

(bo odwracali się ode mnie doktorowie

i wszyscy święci kiedy pytałem).

Dalej!

Kościstym gościńcem – po kościach,

po warstwach kości

przez sosnowy lasek ojczysty.

Aż wychynie grubo ciosany kościółek,

aż wysłuchasz kazania wiejskiego proboszcza.

Aż upadniesz przy Podniesieniu.

I dasz na ofiarę

tę dociekliwość

zaiste złośliwego sztubaka,

który drażnił się z katechetą:

Wola Boża?

Dopust Boży?

Czy Boży bicz?

Pin It