Agnieszka Moroz - Wiersze

Laura La Wasilewska, Certitude, 2012, akryl na plotnie, 120x90 cm



















Popołudnie w Café de Nattes

 

 

Siedzimy przy niebieskich ćwiekowanych drzwiach

popijając miętę z piniowymi orzeszkami

pod niskim sufitem w pasy

wielowiekowe wiatraki na oślep tną

powietrze i kolorowy dym

rozbijają czas

jak szklankę w odcieniu indygo

która właśnie wypada ci z dłoni

Już wiem że tylko tyle nam z niego zostanie

 

Zapamiętane chwile zmieniają się w głowie

grzęzną w szczelinach fałd

lub osiągają szary ląd jako puste wyschnięte skorupy

Wkrótce wspomnisz już inne kolory ścian

zgubisz stłumiony zapach szafranu

ciche rozmowy w językach

których nie mogłeś rozróżnić

Dialogi zbudują się na nowo w każdej kolejnej anegdocie

i w końcu nie będziesz wiedział

czy naprawdę upuściłeś szklankę

co powiedziałam

ani jak ważne było to jedno popołudnie

 

Dlatego szybko zapisz je na kartce

zrób zdjęcie                         

i zamknij w koreksie

Pozwól nam zastygnąć

jak obrazowi o ciepłym tytule

który przetrwa

jeśli odpowiednio ochroni się go przed światłem

 

 

 

Na ulicy Sennej 24

 

 

Nie potrafię już oderwać się od tamtej strony

łóżka

sen przychodzi do mnie coraz bardziej

bezceremonialnie uzależnia

ciepłem opadającej powieki

Może zdarzyć się że przedawkuję

 

Śnią mi się wielkie zaschnięte owady

w kloszach starych lamp

i pęki poskręcanych kluczy

które nigdzie nie pasują

ale trzeba krążyć z nimi po pożółkłych traktach rycin

póki nie znajdzie się zamka

 

Śni mi się

że wreszcie wypowiadasz wszystkie zapomniane słowa

a wiatr zawraca porwane wyrazy

i po raz pierwszy mogę je usłyszeć

Oczywistość odpowiedzi bije prosto w twarz

jak plik kartek z bardzo mądrej książki

Trzeba się obudzić zanim zniknie

Odkryć i nakręcić taki zegar

w którym byłby jeszcze czas

 

Pośród snu podsuwam koszulkę do góry

rozpaczliwie przejeżdżam dłonią po plecach

ale zamiast tkwiącego w nich klucza

znajduję tylko skórę

 

 

 

Facebook jako nowa Księga Rodzaju

 

 

otaguj mnie i oflaguj

przypnij pinezką zgodnie z etykietą

oznacz

jestem tylko jednym z twoich składników

moją zawartość w tobie

określa kolejność w szeregu na liście

bliskich znajomych

i szczebel którego udało mi się sięgnąć

na osi twojego czasu

 

jak dobrze że wreszcie wszystko można nazwać

opisać na tablicy kanapkę ze śniadania

nakreślić ilość piw i panien

z imprezki u Sławka

znaleźć odpowiedź na bardzo dziurawe pytania

w zdjęciach

których istnienia nawet się nie podejrzewało

 

na szczęście nie musimy się już zapoznawać

kliknij na link do mojej głowy

i czuj się jak u siebie

a zamiast nazwiska

przyklej łatę-szmatę

nazwij jak przygarniętego psa

który zawsze w końcu upodabnia się do właściciela

 


 

Dokładanka

 

 

Dobrze wiesz jak nie znoszę koreańskich filmów

podprogowego przekazu

starego bólu kalendarzy

które nie mogą po prostu zapomnieć

zniknąć ze ścian

a jednak śmiejesz się jakbyś o niczym nie miał pojęcia

mówisz że jesteś starej daty i po raz dwudziesty włączasz Pusty dom

Tym razem jest to próba generalna

 

Nasza wzajemna niechęć ma w sobie coś z wyrafinowania

 

Wychodzę

w obcisłych spodniach obcasach

bardziej w dekolcie niż w bluzce

I już za progiem tak chce mi się śmiać

że prawie pęka całe napięcie jakie na sobie niosę

 

Będziesz teraz myślał o wszystkich tych chłopcach

a twoja złość wzrośnie od waniliowej cygaretki

aż po czerwone Marlboro

 

Nie znoszę gdy palisz

Ty nie pozwalasz mi jeść nocą

więc w kuchni pójdziemy na noże

podczas kolejnej ostatecznej bitwy

skończonej kapitulacją w głębokich fotelach

przed Pustym domem i talerzami z chińszczyzną

 

Nasza wzajemna niechęć ma w sobie coś z miękkiego uczucia

którego nazwa zaczyna się na m

i kończy na ości

dlatego nigdy nie może nam przejść przez gardło

 

 

 

Papier, nożyczki, kamień

 

 

Nie potrafisz określić kiedy

przestaliśmy rozmawiać

wykonujesz tylko gesty

jak postacie z antycznych waz

 

Wyciągam stare klisze

z podróży na pustynię Thar

owijają nas cieplej niż koc

gdy jedyne słońca są zamknięte

w puszce brzoskwiń

 

Rano owiną nas rachunki

wystawią łby przez okna

w kopertach

Wytniesz jakiś numer

na tym się znasz

obetnę włosy jak kobiety

wierzące w nowy etap

 

Nie potrafię określić kiedy

przestaliśmy rozmawiać

może w dniu odkrycia

że Sfinks w Gizie nosi twoją twarz

Odjeżdżając nocnym pociągiem

będę myśleć o chłodzie jej kamienia

 

 

 

Jenny głaszcze rybkę

 

 

Jenny boi się

spojrzeć tacie w oczy

kiedyś zamiast tęczówek

zobaczyła zegarowe tarcze

krótko potem

chat noir

zwinął się na ścianie

w obawie przed zagłaskaniem

na śmierć

 

Jenny boi się

rozmawiać z mamą

kiedyś zamiast słów

z jej ust wypadła guma

z przeżutych kartek terminarza

Lalki zaczęły tracić głowy

bez grania w gilotynę

W ostatniej były papierowe kulki

 

Jenny się boi

kiedy wchodzi do pokoju

Welon szybciej niż zwykle

okrąża szklaną kulę

woda wrze

bąbelkami z jego pyszczka

Podobno głaskanie uspokaja

więc Jenny głaszcze

 

Rybka wypływa na powierzchnię

 

Nie martw się Jenny

kupimy nową

Idź się pobawić

 

 

 

Baltazar

 

 

Pewnego dnia zostanę Baltazarem

z chińską monetą w palcach

starą sztuczką nie do odtworzenia

 

Kiedy wejdę do pubu

żaden dzieciak nie podniesie wzroku

i nie powie mi

ilu jego kumplom mam postawić piwo

 

Na spacerze ze mną

obejrzysz sto trzy zachody słońca

rozszerzonymi źrenicami

i jeden krwawy zachód serca

pewnego dnia

 

Ale teraz dopiero o tym śnię

mam parę słodkich pulchnych stóp

a matka alfabetem grzechotkowym

wysyła w przestrzeń marzenia o mojej

przyszłości

 

 

 

Cisza za szkłem

 

 

Las w którym zabili mi psa

pełen był ciszy

zauważalnej dopiero po wystrzale

 

Pamiętasz?

Radioaktywny deszcz

wreszcie dopadł nas

na spacerze

Wyrośliśmy w nim jak wrzucone do wrzątku

warzywa z chińskich zupek

(gdyby przewidział je Mojżesz

może kazałby skale wypłynąć z wody

nie odwrotnie)

 

Chodziliśmy długo

gwiżdżąc

ale pies nie chował się za pagórkiem

I był to nasz ostatni spacer

w miejscu

gdzie jako dzieci układaliśmy

piaskowe witraże

Źdźbła trawy

pod zaparowanymi denkami butelek

jak równoległe mikroświaty

 

Piękne tylko wtedy

gdy oglądane

zza szkła

 

 

 

Mój przyjaciel maluje kubistyczny obraz

 

 

I nie jest to łatwe

krążymy po osiedlu

szukając tła

Małe psy z idiotycznymi kokardkami

proszą się o kopniaka

nie bardziej niż zwykle

ale ostatecznie można by je wkomponować

(kluczowa kokardka- dwa trójkąty)

 

Dzieciaki

w sześcianach huśtawek

gryzą jabłka

okrągłe i zielone

więc się nadają

chociaż ich wrzask

doprowadza cię

do naciśnięcia tuby z karminową farbą

 

Co innego ja

kiedy pozuję

sukienka urasta na wietrze

w tysiąc zawinięć i fałd

kolczyki nieznośnie brzęczą

echem odbitych zdań

natury niemartwej

 

W kubizmie natura nie oddycha

sukienka to trójkąt rozbity na szkiełka

więc krzyczysz

STOP

Idziemy do japońskiej restauracji

sztalugę rozstawiasz na zewnątrz

Ja siadam przy oknie

połykam kęsy ryby fugu

czekam

 

 

 

I woke up mornings the lion still

added dying on the floor.

‘Terrible Presence!’

I cried ‘Eat me or die!’

 

Allen Ginsberg The Lion for real

 

 

 

Śmierć na żywo

 

 

Pijemy yerba mate

na dywanach z turecką czerwienią

zawsze pije się mate

w takich chwilach

 

Oczy Magdaleny

rozpędzony absynt

odwracają się

od czarnych ekranów z Salvadorem

odwracają się

od białych godzin bez snu

 

Minął czas

kiedy można było

się zatrzymać

Jutro do naszych drzwi

zapuka przerażony Allen Ginsberg

i opowie o zgłodniałym lwie

który powrócił do pokoju

 

 

 

Sztuczki

 

 

Trzaskanie drzwiami

wychodzi mi najlepiej

kiedy stoisz w środku

Policzkiem ocieram się o nie

jak o wachlarz

i wywołuję huragan Daria

 

W pokoju wirują skrawki słów

papierki po kolekcjonerskich

egzemplarzach dopalaczy

i podłoga

dlatego ściana z twoich pleców

niezbyt dobrze odbija

to co mówię

drogie buty nie pomagają

wyjść na prostą

 

W końcu będziesz musiał

złapać za framugę

a wtedy kochanie

zrozumiesz

że nic nie wychodzi mi tak dobrze

jak zatrzaskiwanie drzwi

 

 

Pin It