Andrzej Sosnowski

(ur. 29 maja 1959 r. w Warszawie) – polski poeta i tłumacz. Redaktor Literatury na Świecie. Ukończył anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat m.in. Nagrody im. Kościelskich i nagrody miesięcznika Odra. Wydał dziewięć tomów wierszy, dwa prozy; tłumaczył m.in. takich autorów, jak Ezra Pound, John Ashbery, Elizabeth Bishop, John Cage, Ronald Firbank, Harry Mathews. Poezja Andrzeja Sosnowskiego, posługująca się wielowarstwową metaforyką, uważana jest powszechnie przez krytyków za unikalne zjawisko we współczesnej polskiej literaturze. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W 2008 roku jego książka pt. Po tęczy otrzymała Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius 2008 na festiwalu literackim Port Literacki Wrocław


Jesień

Oni też przekraczają miarę, burmistrz i elita,
przysyłając listy pełne świetnych ofert
życia tak zawrotnego, że blask na peronach
gra jak pozytywka i ktoś parska śmiechem
kiedy wiatr podrzuca liście i odsłania krew
którą skryło złoto jesieni. I chce się płakać,
bo cierpimy oszczędnie pośród znacznych ofiar.
Ale ktoś komuś tłumaczy, że żyje zachłannie
przeskakując z nocy w pospieszne poranki,
a ktoś tłumi skowyt wkładając wieczorem
ironiczny uśmiech jak dwurzędowy garnitur.
I tylko jesienią zdołasz poznać ideoplastykę
snu, co wyrasta na zboczach powietrza:
in girum imus nocte et consumimur igni
(w koło idziemy nocą i trawi nas ogień).


Wiersz dla czytelnika

Zamglone jezioro. W drodze nad zatokę
mieliśmy deszcz na twarzach i poziomki w ustach.
Nic nie chciało się przetrzeć. Rzęsiste horyzonty.
Zapadał wieczór, zrywając czarny brezent.

Z czasem księżyc. Obok szkielet ryby,
czyli chmura, ale promienna jak ażurowy abażur.
A potem arkosolium w ścianie leśnego bunkra,
do którego prowadził nasz poziomkowy okop...
nie, to zbyt piękne. Inscenizowane
w chińskich półcieniach specjalnie dla ciebie.
Nie przygryzaj warg. Masz już krew na ustach.
To od tych poziomek. Chodźmy, nic tu nie ma.

Zorzynku. Co miałoby być, prócz tego, że nic?
Pamiętam deszcz kodów kreskowych w oczach,
kiedy zmieniłem cię w ćmę. Żegnaj.
Jak kokardka dymu wiążesz mi światło latarki,
miotasz się jak szalona i wpadasz w moje włosy.
W moich włosach nie ma schronienia dla ciem,
ćmo, moje włosy to piekło, ryzykowna przystań,
czarna matnia, Meduza, hańczańska rosiczka.
Teraz patrz. To hienady. Miej ostatnie słowo.

Blik

Że niewesoło a może wprost przeciwnie,
może wręcz przeciwnie, cokolwiek bądź
układa się przeciwnie? Deklarować wino,
czyli odmładzać, tak jak w wyrażeniach
pan był zdeklarowany i szalał do rana,
zdeklarowana pani musi się wyszumieć.


Lecz Stefan, który mówi "zdeklaruję wino"
nie ma na myśli powrotu do wyjściowej brei,
tylko żart z dobrego gustu i kolegów,
którzy przyszli na wino con paluszki.
Co począć? Cóż, nie da się począć, bo cząć
nie istnieje, przynajmniej w moim słowniku.
(Zdezintegrowany w trakcie teleportacji
nigdy nie pojawiam się po drugiej stronie.)


Teraz odpadam. Chciałbym cząć, tonować,
klarować, ale tonę i deklaruję bezustannie.
Co chyba znaczy, że tylko bez ust Annie
można będzie jakoś to zakomunikować.
Anno, komunikuję, komunikuję i komunikuję.
Albowiem używałeś licznych fraz wymiennie
dotykając niesłowności, które dyktuje życie.
Lecz kiedy mówiłeś życie, nie miałeś sukcesu.
Próbowałeś śmierci, lecz z podobnym skutkiem.
Musi być fifty-fifty. Gdyż nieprzerwanie mieszać
trzeba ten legendarny koktail, aż wreszcie wypali
i spłynie gorzką lawą w głąb stęsknionych gardeł
elektryzując wnętrza, które wiele znaczą
w sensie moralnym. To jest czarnoksięstwo.
Ale pani pięknie się myli, schlebiając konstrukcjom,
twierdząc, że tak nas mało do zniszczenia chleba.
A ja? Najskromniejszy karawan jedenastej klasy.
A pani? A pani jest moja filozofia życia.



Pin It