{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Janusz Drzewucki

 

 Bogumiła Wrocławska











WARSZAWA WE MGLE

 

 

Koniec listopada, początek grudnia,

ustąpiły deszcze, nadciągają mrozy,

jak rok temu woda ścina się w studniach,

zaraz lód nagą biel na szybie otworzy.

 

W Łazienkach pospadały wszystkie liście,

zziębniętą topolę tuli do siebie świerk,

na wschodzie czasem horyzont rozbłyśnie,

serce wróbla przeszywa tajemniczy szmer

 

Najlepiej sprzedają się dzisiaj swetry,

wojskowe kurtki, puszki kawioru z Rosji,

wczorajsze gazety poszły na śmietnik,

ostatni mecz Legii bez większych emocji.

 

Nowym Światem błądzi kopyt stukanie,

mleczny wosk ścieka na czekoladowy tort,

głuchy śpiew niesie się po Barbakanie,

w kolejce do kina stoi Harrison Ford.

 

Płynie przeze mnie prąd kontynentalny,

w nocy pieni się Wisła, szare brzegi rwie,

nic nie czuję, z południa wieje halny,

Warszawa powoli rozpuszcza się we mgle.

 

 

 

ZA OKNEM, WENECJA

 

                        dla Hanki i Jerzego Lisowskich

 

 

Wenecja jest bielą, i w dzień, i w nocy,

biały jej cień w Adriatyk bielą broczy.

 

Białe jej mury, wszystkie mosty białe,

wilgotny czas przepływa w białej chwale.

 

W połowie września zapada w sen złoty,

jeszcze jest ciepło, śpią myszy i koty.

 

Koronki z Burano, z Murano szkiełka,

w kościele dei Frari ktoś z Polski klęka.

 

Wieczorem przy Rialto harmonii dźwięki,

w nagrzanym powietrzu ptaka trel cienki.

 

Lipowa lutnia łka na jednej strunie,

chyżą gondolą śmierć przez miasto sunie.

 

W nadbrzeżnej knajpie ostrzą się noże,

na przebaczenie nikt liczyć nie może.

 

Jest tak jak było, jak nigdy nie będzie,

księżyc tu świeci tak samo jak wszędzie.

 

Na niebie się ściele jedwabna chustka,

gorycz campari rozpływa się w ustach.

 

Za oknem, Wenecja, pachnie lukrecja,

Wenecja jest bielą, jest wiolonczelą.

 

 

 

 

ARCANGELO CORELLI. SAKSOŃSKA KADENCJA

 

 

Jesień przychodzi zawsze za wcześnie,

rdzawymi liśćmi z pożółkłych listów,

w podmiejskim parku nagie posągi

o wiatr oparte, grają na skrzypcach.

 

Z pęknięcia ciszy sączą się dźwięki,

bezdomny chłopiec u bramy szlocha,

ochrypły świergot gałąź uchwycił,

gorzkim płakaniem zaklina wieczór.

 

Wkrada się w drzewa chłód przenikliwy,

pod korą w żyłach krew biała płynie,

wygasłe pszczoły w wyschłych fontannach

pełen zagadek stawiają pasjans.

 

Klasztornym gankiem mnich spaceruje,

starzec bez twarzy w brudnym habicie,

rozgryza szeptem słowa z brewiarza,

w zimnym pogłosie kościelnych murów.

 

Skostniały żebrak szuka schronienia,

w torbie podróżnej zgłodniałe dziury,

szczury zbiegają w wąwozy śmietnisk,

chwalić odpadki z pańskiego stołu.

 

W przydrożnej karczmie Żydzi zasiedli,

bezmyślnie patrzą w ogień kopcący,

czasami werset wypadnie z księgi,

w dzbanie powoli stygnie jabłecznik.

 

Jesień przychodzi zawsze za wcześnie,

rdzawymi liśćmi z pożółkłych listów,

w podmiejskim parku nagie posągi

o wiatr oparte, grają na skrzypcach.



 

PRZESTRZELONE GRUDY WIEKU, SZKARŁAT KRWI

 

Śnieg, śnieg, lodowate miasto w białym śnie,

ślad dłoni na ścianie, pobrzękiwanie sań.

Skrzypienie śniegu, za tobą ciężki krok

– to twój profesor logiki, zamarzła kość.

Złorzeczenie skazanych na wygnanie,

chrapliwy śpiew burmistrza i odór wódki.

Z rozbitych okien kolonialnych sklepów

pieprz i wanilia, liście bobkowe, kawa.

Nie chcemy żyć w zimowym świetle gwiazdy,

czytamy stare księgi – ostatnie słowa.

Strużka dymu zgaszonej rankiem świecy.

Pożółkłe druki mówią ledwie półprawdy,

przestrzelone grudy wieku, szkarłat krwi

– kielich wina oznaczający rychłą śmierć.

JAK KAMIEŃ W OGNIU MILCZĄCY

 

Wokół nas boska ciemność

– miasto przygasa zatrute.

W szklance zimna herbata

– pijak zawodzi z żałością.

 

W lampie jakby mniej prądu

– tusz na rysunku zemdlony.

Siedzę, czekam, wciąż czekam

na słowo, które jest ciałem.

 

Chłopczyk, obok w pokoju.

mój syn, jak zawsze nadzieja.

– Jak kwiat bezbronny śpi,

jak kamień w ogniu milczący.

 

Jeszcze nie jest żołnierzem

– nie przebudziły go węże.

Nad wężami, nad chłopcem

straż trzymaj, Nieunikniony.

 

 

 

W MDLEJĄCYM OD SMOŁY POWIETRZU

 

 

Śpiew pasterzy o świcie napełnia szczęściem doliny,

pomiędzy beczeniem owiec szczekanie wesołych psów,

gdzieś indziej, w tym samym czasie pada żyto pod kosą,

górnicy zjeżdżają pod ziemię wydzierać czarną sól.

 

Za hutą, w martwym jeziorze gasną światła neonów,

po szklanej posadzce w muzeum ślizga się srebrny szczur,

w stronę niebieskich gwiazd gnają dzikie arabskie konie,

chorych na astmę w szpitalu rozsadza wściekły ból.

 

Statki z dalekich rejsów wracają z kawą i pieprzem,

na brzegu krzyk brudnych dzieci, w oddali tli się ich dom,

nad miastem bielonym wapnem swąd smażonej cebuli,

w mdlejącym od smoły powietrzu pęka spiżowy dzwon.

 



CHOROBA JEST W NAS, ROBAK, CO TOCZY

 

 

Kupcy wrzeszczą zza swych straganów,

chcą dziś handlować złotem północy.

Studenci nad książkami skupieni,

w gotyckiej starych murów gorączce.

 

Pod wieczór, w kawiarni przy winie,

papieros za papierosem gaśnie.

Już pierwsze wonności w ogrodach,

chrobot owadów w kwiatach, turkusy.

 

Niech nie zwiedzie was wiatr wiosenny,

miłość bzu, ta cierpliwość kochanków

– wieże miasta obmyte w deszczu.

 

Choroba jest w nas, robak, co toczy,

przejrzystość rankiem, szmaragd tęczy

– czuwa jak Argus, skruszony granit.

 

 

 

 

PO POPIÓŁ, PO POPIÓŁ NA STRUNACH

 

 

Na rynku płonie ogień powietrza,

w świętym mieście zdychają szczury.

W połowie lata zakwita sierpień

– kwiaty, tłuste kwiaty gruźlicy.

 

Słodki dym wznosi się ponad chmury,

na ulicach już tylko ślepcy,

dłonie w błaganiu po kubek wody

– po popiół, po popiół na strunach.

 

Popatrz jak otwierają się mury,

zakrzepła krew traci swą pamięć.

Jesteśmy sami, nie ma współczucia.

 

Słuchaj, głos fletu rozbija szkło

– cierpienie krzyży, prośby zakonnic.

Straż miejska ostrzega przed burzą.

 

 

 

 

JAK BIEL SZTANDARU, SERCE JEGO SPALONE

 

 

Pąsowe róże, wilgotne pajęczyny,

kolory kamieniczek, liście, liście.

W słoiku miodu zasnęła srebrna łyżka,

sól cierpka, ból gardła taki nieznośny.

 

W porannych gazetach szpicle policyjni

sieką mięso świata – zamachy i zdrady.

A potem to samo, pleśń i pajęczyna,

strzępy rozmów, zamieszki na prowincji.

 

Nielitościwi, jesteśmy znów bezbronni,

piszemy listy do starych znajomych

– w perłowej muszli zasznurowane głosy.

 

Jesteśmy niemoralni – zastygły trzmiel,

jak biel sztandaru, serce jego spalone

– w stolicy przy muzyce wytrwały głód.

 

 

 

WRACAJĄ WIATRY, ZAPACH BZÓW

 

 

Z zamorskich krajów wracają wiatry,

węgorz nim się przebudził jest już mój,

nad górą wznoszą się światła płatki,

za ścianą trębacz sprawdza trąbki strój.

 

Może lepiej nic nie mów, tak, winno

się milczeć, gdy północny wieje śpiew,

błękit lodu przemienia się w wino,

syn ojca rozdziela ziarno od plew.

 

Trzeba się brać do porządków w szafach,

wymyć podłogę i zajrzeć na strych,

otworzyć okna, czekać na zapach

bzów, za umarłych wypić wódki łyk.

 

 

 

Janusz Drzewucki





Janusz Drzewucki (ur. 6 grudnia 1958 roku w Kruszwicy) – poeta, krytyk literacki, wydawca, dziennikarz; członek Polskiego PEN Clubu, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego (1982). Po studiach odbył staż asystencki na UJ, potem był redaktorem w Wydawnictwie „Pomorze” w Bydgoszczy (1984-1989). Od 1990 mieszka i pracuje w Warszawie. Dziennikarz tygodnika „ITD” (1990), dwutygodnika „Atak” (1991), „Nowej Europy” (1991-1993), „Rzeczpospolitej” (1993-2005). W latach 1997-2009 był autorem comiesięcznego felietonu „Półka z poezją” publikowanego w dodatku do „Rzeczpospolitej” – „Rzecz o książkach”. Ponadto artykuły i recenzje poświęcone współczesnej literaturze ogłaszał na łamach „Gazety Wyborczej” (1991-1992), „Polityki” (1992-1994), „Sycyny” (1995-1996) oraz „Tygodnika Powszechnego” (1997-2004).

Za debiutancki zbiór wierszy „Ulica Reformacka” (1988) dostał Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny, przyznawaną za najlepszy poetycki książkowy debiut roku. Potem wydał tomy poezji: „Starożytny język” (1989), „Podróż na południe” (1995), „Światło września” (1998) i „Wiersze wybrane” (2010)

Jako krytyk literacki zadebiutował w roku 1985 w „Życiu Literackim” i z tym pismem współpracował do roku 1990, w tym samym czasie współpracował także z dwutygodnikiem „Student”, „Pismem Literacko-Artystycznym” i z „Poezją”. Autor książek krytycznoliterackich „Chaos i konwencja” (1988), „Smaki słowa. Szkice o poezji” (1999), „Akropol i cebula. O Zbigniewie Herbercie” (2004). Laureat Nagrody Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego (1989), Funduszu Literatury (1989) oraz Nagrody im. Stanisława Piętaka (1991) w dziedzinie krytyki literackiej.

W roku 2006 prezydent Włoch Giorgio Napolitano uhonorował go Krzyżem Kawalerskim Orderu Gwiazdy Solidarności Włoskiej (Ordine Della Stella Della Solidarieta’ Italiana).

W latach 2005-2012 pracował jako redaktor naczelny Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Jest edytorem trzech tomów utworów wybranych Jarosława Iwaszkiewicza, które ukazały się w latach 2007-2008: „Urania i inne wiersze”, „Brzezina i inne opowiadania”, „Wenecja i inne szkice”.

Od roku 1988 stały współpracownik „Twórczości”, od 1996 członek zespołu redakcyjnego i redaktor działu poezji „Twórczości”, gdzie pracuje do dzisiaj. W ostatnich latach szkice i recenzje ogłasza również w kwartalniku „Wyspa” i w „Magazynie Literackim. Książki”.


Pin It