Agnieszka Marek - Wiersze


Rozliczenia

 

                                                           Władysławowi Broniewskiemu

 

 

To jest czas, gdy wreszcie możesz się przyznać. Masz dość

wierszy o Ance, zdrapywania strupów. Patriotyczne

peany też przestają rozgrzewać, nie powstrzymują

porannego dygotu rąk (niektórzy mówili na to delirka).

 

Powiedz, trzeba ci takiej jak ja. Gotowej o każdej porze,

a przy tym nieskalanej, przezroczystej. Co nie wyśmieje,

gdy będziesz brał do ust, smakował po ostatnią kroplę.

Mięknął, zamiast twardnieć. Widzisz, zostałam tylko ja.

 

Wierniejsza niż pies. Żytnia księżniczka ze szklanej wieży.

 

 

 

 

Północ, południe

 

Góralskie dziewczęta wciąż pociągają Kaszubów. Zaczyna się od

bioder i dojrzałych owoców, gdy podnosisz wzrok. Nawet najbardziej

zatwardziałym przychodzą myśli o dziecku, puchowej pierzynie

i miękkich piersiach. Od razu ma się ochotę na bosą wędrówkę po hali.

 

Przestaje drażnić brak morza na horyzoncie, grafit zamiast błękitu.

Słońce pali dokładnie tak samo, a kiedy ona podaje żętycę, można

zapomnieć prawie zupełnie. Świeży chleb odwinięty z chusty jest kropką nad „i”.

 

Wystarczy słowo, żebyś został. W mieście, gdzie tory po prostu się kończą
i nie ma odwrotu. Jedyna okazja, by potargać weekendowy bilet, wymieszać
geny oddalone o siedemset kilometrów. Zakiełkować po drugiej stronie.

 

 

 

 

Ostrzeżenie

 

Kleimy się mimo odległości. Wmawiam ci, że to upał,
zaburzenia klimatyczne, żadna chemia. Tłumaczę lipcem,
unikając myślenia o pestce, która nabrzmiewa,
a słodki miąższ wokół znów miałby się zmarnować.

 

Mistrzowsko udaję, że nie czekam, nie wróżę z fusów.

Wieczorem znów zamkniesz mi oczy żartem, uśmiechem

bez słów. Nazajutrz wyślesz dziwną fotografię, podpartą

cytatem, który da do myślenia. Nie masz pojęcia, że od

 

dłuższego czasu zszywam laleczkę, ostrzę końcówki szpilek.

 

 

 

Veni creator

 

Tak się urodzi najnowszy, o tobie. Na przystanku,

wśród ludzi. Ze świeżym tomikiem w ręku, łzami,

które wpycham na siłę pod spalone słońcem powieki.

Znów przeszkadzają umalowane rzęsy, topnieje tusz z górnej

półki. W nosie niechciana wilgoć. Zupełnie niepoetycko.

 

Dotykasz mnie teraz – przy starej kobiecie na ławce,

pijanym zgredzie bez oka. Nikt nie reaguje. Mieszają się

daty urodzin, ślubu i śmierci (dokładnie w tej kolejności).

I wszystko zahacza o piąty dzień stycznia. Jak nie uwierzyć

w sensy, bliskość w oddaleniu? Jak to ugryźć?

 

  

 

W drodze na Istrię

 

Za dużo było czarnych kotów, popękanych płyt.

Gołębie roznosiły tę samą wiadomość (Nie jedź tam, nie jedź),
lecz wolałeś udawać, że nie widzisz. Świat zmieniał się w proroka,
przewidując puste, hotelowe noce, gładkie prześcieradła, jeden
ręcznik. To już cię nie bawi, nie tym razem. Próbujesz nie myśleć

 

o niej. Na przekór wszystkim uczysz się nowych nazw,
powtarzasz gardłowo, jak mantrę Krk, Vrsar, Rovinj. Krótko,
zbyt krótko, za mało. Ten turkus kłuje w oczy, jest nieprawdziwy.

Wydaje się, że palec zanurzony w wodzie stanie się nieznośnie

lepki. A przecież tylko jej usta mają do tego prawo.

 

Twoje stopy dobrze pamiętały nagrzaną skałę. Żołądek w dziwnym

trzepocie, jakbyś przeczuwał. Później już tylko rozszerzone źrenice -

 

zdziwienie, tuż po skoku, zanim poszedłeś na dno.

 

 

 

Możliwe

 

Podróże przestają boleć – powoli, jakby jednak

nie wypadało. Niczym pilna studentka uczy się nowej trasy,

oswaja nieznane dotąd nazwy mijanych miasteczek.

Przywiezie dla niego krople deszczu ze swoich stron -

poczekają uśpione w fałdach złożonego parasola.

Przemyci niespokojną, rozkołysaną wilgoć, której wciąż

jeszcze strzegą kurczowo zaciśnięte uda. Szyny zaśpiewają

zupełnie inną piosenkę, a gwizd lokomotywy skojarzy się już

tylko z jego staromodnym czajnikiem. Widzisz, wystarczyło

 

wybrać inną relację pociągu, zmienić kierunek. Policzyć schody

prowadzące na poddasze i zdecydowanym ruchem nacisnąć

klamkę. Odważnie rozkroić pachnący sierpniem chleb.


-----------

Agnieszka Marek

Jestem bielszczanką. Urodziłam się 35 lat temu w stolicy Podbeskidzia, gdzie chodziłam do szkół i spędziłam lata dzieciństwa oraz wczesnej młodości.


Ukończyłam filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i podyplomowo bibliotekoznawstwo.

Obecnie pracuję jako nauczycielka języka polskiego w moim rodzinnym mieście.

Piszę od kilku lat. Jestem laureatką dwudziestu ogólnopolskich konkursów literackich (m.in. im. R. Wojaczka, X OKP im. C.K. Norwida, III OKP im. J. Różewicza, XXIII OKP im. J. Krzewniaka).

Moje teksty były publikowane w tomikach pokonkursowych, a także w czasopismach literackich takich jak „Bliza”, „Migotania”, Ogród Ciszy" oraz na portalach poetyckich (Pisarze.pl, Śląska Strefa Gender).

Lubię dobrą literaturę, muzykę, fotografowanie, a nade wszystko wędrówki po Beskidach i Tatrach. Jestem mamą siedmioletniego Michałka.


Pin It