Beata Golacik - wiersze

nigdy nie byłam bardziej sama niż z tobą

 

w świecie którego nie chcę pamiętać samotność przychodzi
tuż po a nawet jeszcze zanim zapadnie jednoznaczny wyrok snu
w tych sprawach moje kobiece szczątki się nie mylą

 

szukam słów którymi cię przepiszę

z głowy na papier – wiotczejący

tak brzmiałoby twoje indiańskie imię

gdybyśmy byli dziećmi

być może podziwiałabym pióro

sterczące dumnie zza twojej głowy

sny o potędze – gdybym była jak ty

bezwładna nadal moglibyśmy tworzyć

rezerwat z nas dwojga ja

myliłam się trafniej


muszę cię nazwać żeby zapomnieć

– wietrzejący smak bladą twarz

 

 

List do Agnieszki

 

Nie pisałam, bo odkąd stałaś się kobietą trudną

moje słowa są jak ryż dla nowożeńców. Sypią się,

zostawiają ślady na jego nieskazitelnej czerni. Jest taka

czerń, z którą się nie dyskutuje nawet korespondencyjnie.

Tego lata nadarzyła się

świetna okazja żeby nie pisać. Dobre, oszczędne lato.

Pod koniec czerwca Krysi umarło serce. Nie miała

w plecaku drugiego. Chodzi teraz z dziurą pod lewym płucem

– zapada się, ale przecież trzeba oddychać. Jest taki oddech,

z którym się nie dyskutuje.

W lipcu padało. Zauważyłam, że zgoda na deszcz uspokaja.

Urosłam bujna i zielona i można po mnie teraz chodzić

boso aż do późnej jesieni. Co potem – nie wiem. Jest takie

nie wiem, które się bierze pod rękę na poobiednim spacerze

w niedzielę. Zwyczajnie. W wyprasowanych spodniach, w koszulce

pod szyjkę, pobożnie. Nikt się nie ogląda. Noce są chłodne

od połowy sierpnia. Czuję wzbierający we mnie sen i jestem gotowa

wypowiedzieć jak Luther King: I have a dream. Jest taki dream,

z którym się nie dyskutuje. Jest i będzie. Jak dzień.

Obudzi się przede mną i zaśnie po mnie. Będę rodziła mu dzieci.

 

 

morza żółte szum kalendarze

 

minęły już trzy dni od kiedy przestałam cię kochać

do soboty zdążę zapomnieć że nie słodzisz

kawy ani żadnej rzeczy która moja jest


i zaczniemy się starzeć w przyspieszonym tempie

będą nam grabiały dłonie coraz częściej

spadną ze stołu srebrne łyżeczki filiżanki

cały ten serwis zabytkowych dźwięków

którymi będziemy się porozumiewać

bez zbędnych słów dotkniesz mnie

żeby przesunąć

 


złodziejka głosu

 

jak długo będę tłumaczyć mezalians z literaturą

ilu jeszcze pustym stronom powiem: nie pamiętam

waszych imion naprawdę jestem bezdenna nic we mnie

nie osiada o czym się mówi tonie co trzeba wiedzieć opada

jak czerwone krwinki w osoczu kiedy już ich nie porusza

skurcz serca jestem bez serca nie bije we mnie żaden nurt

tylko język wiano zasuszone wiano-wianek

 

tło niehistorycznoliterackie jestem tło bez tła

sobie tło i to mi nie pomaga w dyskusjach

jeśli zabiorę głos już go nie oddam przepadnie nie wróci

będę musiała wymyślać siebie w nowym kontekście

 

 


 

przypowieść

 

kiedy przemówiłeś
że jeszcze się sprzedam
za prawdę

stałam się kobietą
nagłych obyczajów

wykonałam pewne kroki
i zwrot zaprawdę stałam się

bardziej honorowym dawcą
i chociaż boli przy pobieraniu
nie żałuję

mam wszystko czego mi brak


 

ceremonia

trzeba się jakoś zachować

wobec końca

naczynie zachowało szczątki zdjęcie

zachowało twarz ramka

czarną tasiemkę

przyszło wielu

zachowało spokój ciszę i pamięć

jałową ziemię obiecaną

w którą należało się wbić

by zachować pion

synonim godności

jeden

wyłamał się z kordonu milczenia

ukląkł na znak że umarł człowiek



 

bogi odwrotne

może zdołamy oddzielić od ciał
czerwone słońca wierszy

wody gorące zimne gwiazdy

albo na odwrót

złączymy ze sobą górę
i dół świata wtedy będziemy
jak linia horyzontu

tacy jedni

tacy pozorni


 


i spojrzałam w pole

mnie strzelać nie kazano

wstąpiłam na działo

tego chciało twoje szklane oko

w proch wkuliło w lont w brew

ściągniętą wbrew słowu

krew słowu poczytało

niepoczytalną

kawałkiem szkła

celowało w ciało

mnie o to nie pytano



klangor

napisz wiersz a ja go zapamiętam

o świcie zbudzi mnie jego żurawi krzyk

ponad taflą jeziora przemknie ogromny ptak

odlatujemy – każde w swoją jesień

napisz jeszcze jedną strofę przyszłej wiosny

do której się przyzwyczaję jak ty do mojej

nieznośnej lekkości płaczu

nie zgadzam się na twoją śmierć

tylko tyle mogę


Beata Golacik. Wiersze publikuje pod pseudonimem Kalina Kowalska. Ur. w 1966r.

Ukończyła teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz studia podyplomowe: Wiedza o społeczeństwie i edukacja europejska w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie i Zarządzanie zasobami ludzkimi w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie. Nauczycielka w szkole średniej. Pracuje i mieszka w Świdniku.

 

Zadebiutowała tomikiem "Za mną przede mną" w 2011r. W 2012r. wydała kolejną książkę poetycką – „Światło”. Przez kilka lat obecna była ze swoją poezją na internetowych forach literackich, co zaowocowało publikacją wybranych wierszy w formie drukowanej w antologiach: „Ogrodowe portrety” (2010), „Ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w zbiorku okolicznościowym "Układanka" (2006,2007 bez rejestracji ISBN).

 

Aktualnie, wiersze autorki ukazują się na łamach internetowych pomorskiego magazynu literacko-artystycznego "Latarnia Morska" oraz w e-tygodniku literacko-artystycznym "Pisarze.pl", gdzie publikuje również swoje felietony.

 

Witryny prywatne autorki:

Blog kowalski: beatagolacikblog.blox.pl/html

Strona autorska: www.kalinawiersze.yoyo.pl

Profil na FB: www.facebook.com/beata.golacik

 


Pin It