{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Sławomir Majewski

 

 Bogumiła Wrocławska









* Atramentem, Chryste! Atramentem żywym...

 

w avinionie na tym molo które było mostem

i w akwizgranie w cieniu

skrzydła katedry

oraz obok

wdzięcznego uda bladej dziewczyny

o rudych włosach breughlowskich ladacznic

i piegach

atramentem, Chryste! atramentem żywym

na dłoni pisałem

 

jak kołysze się śliwa o kwiecie pachnącym

a sroka i jastrząb koliście wśród chmur

 

nikt nie pamięta poza moim uchem lewym

/lepiej słyszącym/

owych kropli soku z arbuza

opadających na jej pierś prawa

a spod podłogi dochodził zapach

smażonych brokułów

i wtedy

słowa takie padły od których

padają imperia

to nasza ostatnia sobota, miły

a ja pisałem

atramentem, Chryste! atramentem żywym

 

jak się jakiś obrywa płatek

 

a to się oberwał nasz strop niebiański!

 

płakała

 

 

 

 

* Aetius Flavius

 

uwielbiał czas skowronka nad polem

w jezioro patrząc las albo po prostu w niebo oczyma ustami

palcem wskazującym o, leci

a jeszcze lepiej w wolterowskim fotelu przy kominku

jakiego abelarda o zbożnej biesiadzie nie wspominając

parę szczap dorzucał gładząc jej stopę

i z tym lubieżnym uśmieszkiem popołudniowego fauna

dla współlśnienia z matowymi figurkami z brązu

Roma sancta, o aeterna! recytował jej pośladkom

kiedy patrzyła w płomienie szukając rozżarzonych piór feniksa

gdy za oknem ktoś ostrzył kosę na sztorc

przeciw legionom zdziczałych maków

 

zapytany ongi panie kolego czy apulejuszowy złoty

osioł jest-li czy nie jest ową wspaniałą i niepowtarzalną...

odparł z przekonaniem niezachwianym

tak

i poczuł pod palcami jej palce i wiedział że tu się rzymy

i starożytności wspaniałe spotykają

jak dwa języki dwu oceanów

rzeczywistość smakuje piołunem betonów

a powroty zawsze napawają niesmakiem

 

jest w mieście coś pełnego rozkładu

miliony spłuczek

bez cloaca maxima na rubieżach tybru

 

W poszukiwaniu świętego spokoju

za przykładem Marcela Prousta

i paru innych

 

poeta zapala papierosa dzierżąc go między

wskazującym a środkowym palcem ręki lewej

ważnym dla batalii łóżkowych

paluszek-świntuszek gdakała radośnie

a jej twarz marszczyła się jak schnąca skórka jarzyny

 

poetka wykwintnie odstawia

na bok paluszek mały figlarny od filiżanki filigranowej

komplet w sklepie U Jakuba jedyne osiem złotych

dziewięćdziesiąt dziewięć ja ci powiem

że to jest gówno nie porcelana chińska

a może i chińska ale za takie pieniądze

to jest gówno a nie chińska

powiada pan mandaryn kiedy psa sikającego

po futrze nóg wywleka na klatkę chodź no tu

pieprzona suko skowyt i warczenie

a to se kup u harrodsa palancie rzuca

kiedy trzask windy zabiera go w cholerę z tej piekła sztolni

małe domowe inferno jak co dzień o Boże

ten jego wzdęty brzuch co rano myjąc zęby

worek z wodą i skapitulowana kapitalnie męskość

a taki młody słodki namiętny czarny

może być grek albo tunezyjczyk a

maryli to się udało

 

patrzą w okno niby przed siebie a tak naprawdę

w głąb konchy gdzie miękka pulsująca śliska

materia skrywa łyskającą perłowo perłę ich

natchnień a jej macica dziecka spragniona

jak wody na pustyni karoo wyschnięty liść czegoś-tam

kurczy się i burczy i mruczy jak miś

koci-koci łapki ech do dupy to wszystko...

 

zatem

kiedy na dwu parnasach nasycą dymem i herbatą

płuca i żołądki śniadania były należyte

poeta tylko do szklanki kilka kropel spirytusu

nie zanadto ot parę kropelek no jeszcze parę

dla dodania ducha owemu genius loci

znowu od rana zaczynasz chlać szurają kapcie po

wytartym jak stary lew linoleum i trzask imbryka

w zagrzybionej kuchni

a za gaz to nie zapłacisz

 

oni z podniesionymi w górę jak u fortepianistów szponami

czekają z napięciem na pierwsze akordy

absolutnej

niczym niezamąconej ciszy

 

dnieje

 

 

* Nowy leopold bloom i molly tak

 

ławice myśli przez pokoje ponad głową pod sufitem

patrzy milcząc

jakby w oczekiwaniu na niech stanie się światłość wiekuista

kobieta w halce boso zapala światło wiekuiste

szukając majtek stanika sukienki butów torebki

samica szuka wiekuistych atrybutów

przez filtr dymu filtruje pewność domysłów

jakaś natrętna arietka w głowie płoszy ławicę

więc wstaje nalewa koniaku sącząc

patrzy w kwadrat okna na plac gdzie dzieci

wiekuiste dzieci ze śmiechem jeszcze się napłaczą

śmieją się bawiąc

 

dzień zaczyna się statecznie

z nieubłaganą rutyną kustosza muzeum

plakietki na swoich miejscach ramy posągi każdy eksponat

opisany i nie ma miejsca na dowolność

wiekuista kobieta w sukience torebce chmurze

zapachu szminka szelest pończoch szanell numer pięć

szal kaszmirrrrr

skinieniem głowy arystokraty wyraża podziw aprobatę

tylko nie wracaj za późno

mam kilka spraw nie mając spraw żadnych ale

poczytam pojadę spotkam sie wydawca

pocałunek i kroki zamierające na schodach

 

spotka się z ławicą rybiokształtnych myśli myśląc

o niej tam teraz kiedy

on nowy bloom jej molly

a owo jej tak

nie zżera mu już serca rakiem zawiści jest po prostu

tak jak ma być

wiekuiście

tak

makbet w gaciach

 

podaj puchar zapomnienia otruj

weź miecz słowa

niech ci nie zadrży ręka

zabij

mówi namiętnie ochryple i wije się pod nim

więc on napełniony jadem jej pochwy

zakłada kapotę i

ściskając krzyż miecza słów

dzwoni z budki na larum

idzie zabija truje

pakuje walizy

porzuca

odchodzę powiada na koniec

jak :

żegnaj o, żegnaj!

 

potem,

jakkolwiek dystyngowanie by nie stąpał

po śliskich od krwi posadzkach nowego

pomieszkania

krzyż miecza winy od teraz towarzyszyć mu będzie

nawet w sraczu wsparty o nagie kolana

zawsze gotów do odparcia ciosu

sumienia

tak to ja

 

o, tak

to ty

 

biorąc do ust kulkę wiśni soczystej

broczy krwią soku na medaliony pamięci

ubitego wczoraj

reszta nie jest milczeniem, mój książe

reszta jest w szczelinach oka

niewyciągnięte zadry mordu

jak cierń w dupie uwierający bezustannie

jakimiś telefonami listami pozwami

 

makbet

w gaciach na kanapie

z petem w ustach obok swojej nowej lady

która jutro będzie stara

jak stara była nowa kiedy była nowa

 

o hej, jakże urokliwa jest droga twoja zaprzeszła

nasycona posoką

porzuconych

 

tak

 

 

 

* Dantejsko jak najbardziej

 

gdybym miał sto oczu

jak argus i trzy głowy cerbera

a jeszcze skrzydła pegaza i kopyta cenatura

to i tak dalej siedziałbym po prostu

na dupie

bo tak jest najbezpieczniej umierać żyć cicho

nie drgnąć ani mru-mru nabrać powietrza i nie oddychać

nabrać go na zapas niech nie zabraknie wiecie

na długie cztery pory vivaldiego

 

niby nie robię nic a węszę

gdzie pies prawdy pogrzebany

zgrabna ekshumacja odkryłaby mi tajemnice

odpowiedzi na światowe tourne pytania

dlaczego

 

nagość kobiety nasycam zapachami werniksów wspomnień

wspomnienia aktami kopulacji bez prokreacji zaliczając je

do tych elementów przetrwania które pozwalają uwierzyć

we własną marmurem polerowaną nieśmiertelność

/i jakieś złote idole świeczniki z brązu włócznie amfory/

ot kocham się dla owej chwili uniesienia aż pod olimpy

ponad parnasy czy co tam jeszcze wypiętrzone

wspinając się heroikomicznie po drabinie ust

potem piersi i ud aż do zgrabnego środeczka pełnego

lepkiej wilgoci która wypełnia mi usta pytaniem

gdzie podziałeś swoje talenty nieprzebrane jak muszelki morza

ty nieskończenie skończony głupcze

 

ona się pyta ona się pyta

a z drzewa dobrego ktoś zrywa jabłuszko zagłady

i sokiem jak jadem pryska obwieszczając

laszcziate onji speranca

ty która pytasz

Na rogu piwnej

 

zębatą piłą dnia po krtani bo

znów się zaczyna ten najlepszy z możliwych

kto nie ma wyboru nie wybiera

dymiących resztek złudzeń z pańskich stołów

panie ładny na niebiesiech

wiesz że jak raz przyozdobimy nimi nasze zwątpienia

tak na zawsze pozostaniemy przyozdobieni

jako na początku tako i na koniec

bramin

 

są tacy co chcieliby mi

kurwa jasna wytłumaczyć diagnozą

że życie przeplata misterne elementy groteski

z płochym szyderstwem pulcinella

a pozostaje po tym syfie tylko guz

od walenia w łeb pałą przyziemności

i jakieś przeszłe zakurzone kobiety

faceci od witaj stary! aż do spierdalaj żesz ty!

oraz niezapłacony mandat za przejazd

tramwajem zwanym pożądaniem ich samic

tak to prawda

bluźniłem

na rany pańskie krwawe jak maliny patrząc

i wychodziłem z cienia katedry zimnej na skwar piwnej

a widząc jej nagie ramiona sądziłem

sam nie chcąc być sądzonym że ona też tylko o łóżku

i dwugrzbietej bestii horyzontalnej

 

pytała o klasztor urszulanek

 

zbłądziłem

jako na początku tako i na koniec

czegokolwiek

 

 

* Wojownik

 

kółka dymu nawleka na struny samotności

i kiedy za ścianami nad sufitami pod podłogą

dziarsko dudnią telewizory w twarz aseksualnym

nabrzmiałym wódką małżeństwom

młodzieniaszkom o twarzach nałogowych onanistów

i emerytom śmierdzącym kotami

on jak popieprzony wojownik ninja

okutany w czarnowidzę jutro cholera

pogryza jak świeży owoc papai

rozdętą przestrzeń własnego

zbędnego ja

czyli

on

właściwie zmieści się w blaszance

po fistaszkach

albo w szeleście opakowania sucharków

równie dietetycznych jak gówno

tylko na boga żywego po co

zatem śledził wzrokiem savonaroli

ćmę

czekając nad wyraz spodziewanego

jak jego jutra

bezszelestnego bezwonnego

auto da fe fiu

z dymem

 

* Mietkowi Czychowskiemu

 

 

to o czym pogadamy?

o chmurach misce barszczu czy ot po prostu

pomilczymy kolejny wiersz i obraz

a może jak się napijemy okowity

uzdrowi nasze milczenie rozwiązłość języków

tych dam rozwiązłych

wtedy ty stukając drewnianą dłonią w kratę

ceraty zasłanej talarami cebuli

zarecytujesz swoją warmię i trzciny i perkozy

a ja się pokiwam obejmując kuchnię

ramionami twojego smutku

 

- to o czym pomilczymy

przy zapalonych spirytusowych zniczach

- pomilczmy zatem o jutro

 

milczeć jutro rzecz okrutna

straszna i ogromnie smutna

 

- a, jakoś to będzie

- nie będzie - powiadasz

nie będzie bo było...

 

 

 

 

* Mleczna zupa drogi

 

gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni

słychać trzask rozpruwanych kosmosów

napisać wiersz

niby rzecz prosta jak gotowanie na parze odległości

nie rozumiesz?

lokomotywa pokonuje mleczną zupę drogi

a stryjek podrzuca do paleniska drew i dolewa

kiedy gość w dom woda w zupę

a to nie rozum sobie, psiamać do diabła cholera!

czego tu nie rozumieć

 

gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni

słychać trzask rozpruwanych kosmosów

 

no jakby się wysypały ostatnie grosiki z mojej głowy

na niebo i...

 

... sobie łyżką smętnie w talerzu babrzę matko

moja umarła jedyna i sobie i tobie tak myślę

na dnie wszystkiego zawsze jakieś dno talerza jakiegoś

a jak się trzyma dzieweczkę za rękę to się za uda chce

albo i za piersi chce i całować językiem namiętnie babrzę

w szklance co z herbatą i tak sobie myślę

ojcze mój ty umarły z kretesem a ja wiem czy jedyny

na dnie każdej szklanki jest wystarczająco dużo miejsca

na fusy wróżebne ty wróżbito jeden

coś mi wywróżył że żyć będę a kto poza puszkinem

nie żyjąc żyje?

 

gdy się korzenie myśli...

no, to się myśli, po prostu - korzenie!

 

 

* Monologia

 

tarasy mam we łbie a niżej jakieś morza

tu rybak tam jakieś sieci i zapach jodu

jeszcze mi chrzęścisz rozgwiazdą pod palcem myśli

a na szpilki wiatru solnego nawlekam bursztyny słów

że niby jakieś jutro i coś się jeszcze wydarzy epokowego

jak kiedy dwa ciała w zalanej żywicą ciszy przestrzeni

mozolnie rozpalać się zaczną

aż kroki na schodach

aż zaśpiew gdzieś w krzewach

aż nagle uderzy grom

wtedy

cisza po burzy zapachnie ozonem

starożytnie jak pocierany o sukno

jantar

 

dasz wiarę

jak mi cierpną nogi od tego stąpania

po wspomnieniach

a jak drętwieją ręce od usypywania piramidalnie

wspaniałych przyszłości naszych?

jaką łopatą - rękami gołymi językiem pazurem

jestestwem moim nieskończoną męką

kochaniem moim zachłannym jak paszcza

w powojach na stogu pod drzewem i we snach

pod krzyżem na krzyżu i krzyżując serca

rzeźbię epoki nasze z wydyszanych myśli

 

 

więc mam tarasy jakieś w głowie

i sypki zapach nadchodzących

czekań

Pin It