Andrzej Walter - Wiersze


dylemat inkarnacji

 

kiedy już wszystko podda się względności

dobro będzie złem

zło tęczą

a noc dniem

 

nowocześnie umeblowany świat

coraz bardziej wolny

przeżuje życie

 

za szkłem ekranów

plastikowa miłość

nie będzie drgnieniem

lecz towarem

coraz bardziej wymienialnym

na produkt krajowy brutto

 

niespłacone kredyty

luksusowe dziwki

każda figura

wybrzuszy retorycznie szklane domy

 

kiedy pękną

pozostanie umrzeć

a to wciąż

cholernie trudne



empirycznie

 

mówią

nikt dotąd nie dowiódł

 

czy wierzyłbym w dowiedzionego

 

w matematyczny balans ciał

zbyt niebieskich na błękit

zbyt gorących na lęk

uprzedmiotowionych realnie

mówią

nierealnie jest wierzyć

transcendentnie

 

nie wiem

nie odpowiem

 

słowa bowiem chłodzą

zapał szukania

trwogi milczenia

i gnijące ciało

zapada się w kruchość



schody

 

kiedy usypiali psa

(nie na zawsze – na prosty zabieg)

siedziałem na schodach

i

świat był schodami

nieważnymi stopniami

gdzie

przeszłość z przyszłością

śmiało wirowały

nad głową

i

tylko gesty

miały sens

miraculum mirror

tęsknota i cień

smutek wpisany w CV

bezduszność miejsca

zaklęcie czasu

przymierzalnie konkretnego

 

na schodach

uczyłem się pożegnań

w blasku pajęczyn

(to była jesień)

z nieodzownością

kawałku życia na pasku

przytulenia



materia

 

wielka bezduszność

za którą zamykał drzwi

nachalnie wracała

 

- to już ostatni raz !

przysięgał grzechom

 

- potem wylot

na zbity pysk …

 

miażdżąca lekkość bytu

udawana dziarskim

nie wiem

 

mawiała:

- i co z tego !

 

to już pewne

że sprzeda się

działce postanowień

że jutro

nowa amfa z miękkim njusem

siną dal

być może odkupi

 

to już pewne

że w lepkim fejsbuku

(rachując znajomych -

ten ornament wielkości)

otworzy potęgę materii

z rozmiarem pesel

 

to pewne

 

że każdy numer

będzie tęczową receptą

na paradoksalną

kontr skończoność

 

najmniej pewna

będzie noc

wystawiona na pokaz

tłumionej przemijalności





paradoks czekania

 

z reguły jest tak

 

sufit brudzi niebo

na linii wzroku

kiełkuje półcień

zdrady czasu

 

wątki pragnień

leżą na kanapie

 

ręka na czole

jest w zasadzie cięższa

niż układ

wymiernoplanetarny

 

z reguły jest tak

arcydzieło samotności

toczy się dłużej niż noc

wierniej niż wspomnienia

 

rozjeżdża wolność

taranem nadziei

 


pierwszy dzień tygodnia

 

religijny supermarket

wlewa rzeszę wiernych

w podwoje nieskończoności

 

Bóg surfuje w sieci

trochę milczy

 

hostia dzielona na dwa

wyje w podcieniach

a ty klękasz wierząc

w cokolwiek

 

złodzieje

handlują cieniem

 

grzechy główne

kleją się do nóg

 

nic się nie rusza

bezwład

los czeka

na ojcze nasz



singiel

(czyli podstawowa komórka społeczna)

 

na śniadanie

spożył chrupiące uniesienie

 

nakruszyło smutkiem

a stół

nie nadawał się do użytku

zatłuszczony tęsknotą

 

do pracy

spakował czerstwy problem

a na obiad

pożarł duszoną samotność

 

podwieczorkiem

bluźnił sobą

w kontredansie strojonych min

 

kolacja przyniosła apetyczną woń uporu

 

a po niej

przyszła noc

ciemniejsza niż ciemność

 

by zwymiotować

milczeniem



skraplanie

 

kiedy piszesz

w soczewce skupiasz jeszcze ciepłe okruchy

losu rozrzucone na oślep

niby przypadkiem

 

świecą skupione ofiarą słowa

w misterium myśli

zamienionych w spowiedź

fantomy wieczności

 

kiedy siedzisz i chwytasz zachłanne

rozproszenie

na środku oceanu milczy samotność

w zasadzie toniesz

 

nieświadom ducha czasu który podaje brzytwę

tylko nie możesz jej dotknąć

 

drży dzień

noc następna

i poeta przed śmiercią

nie ucieka

 

była w nim zawsze

i zostanie

 


tęsknota                  

 

Jagusi

 

bo mnie zdarzają się cuda

takie zwyczajne

wyciągane z kieszeni

gdzie chowam twój uśmiech

i kilogram pocałunków

bo ty

jesteś płynącą Wisłą

i nieostrym kadrem

 

bo nie ma cię

lecz szepczesz

że cuda fruną w niebo

i powrócą

pachnące odpowiedzią

 

a kiedy nadchodzisz

milkną

 

czuję ich uzdrawiającą

namacalność

Pin It