{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Ewa Klajman-Gomolińska

 

 Bogumiła Wrocławska









Skrzydło smoka

 

Biała otchłań tej kartki Niema jak niepisanie na niej

Czekam nad nią

Pod nią zasuszam maki Przy niej stawiam makową świecę

Czekam przed nią

Aż przemówi czcionką numer 12

Aż otworzą się drzwi i stanie w nich smok

Artystyczna figura koronek

Odmawianych co wieczór Czekam aż w końcu nareszcie Ale nie przyszedł

Nawet sen

Mam bardzo dużo czasu i bardzo dużo kartek

Wszystkie są białe i czyste poza czasem

I czekają na moje rozdygotane litery Na mój interpunkcyjny płacz Krzyk mojej frazy

Na łańcuch splot Wątek zakończenie Fabuła inwokacja Pieszczota kartki

Dialog z papierem Ukołysz mnie wreszcie

A tu nawet pomyłka nie dzwoni

Przyciągam do siebie jeszcze raz

Prawem sekretu wielkiego smoka Wpatruję się w pustą kartkę

I widzę w niej siebie prawem lustra

Chowam w piwnicy Kładę klucz na kartce

Kartkę zjadam prawem tajemnicy Kartka zjada mnie prawem samotności

Wypatruję smoka na ulicy Ludzie wypatrują świńskiej grypy

Może wpuszczą wojska

Rozwalą każdego z chusteczką Miał nadejść smok Nadeszła wiosna

Wracam do białych kartek Sypią się po oczach Kłują w oczy Chwytają się za różki

Klękają na papierowe kolanko

Układają kwieciem w jedno skrzydło

Na całą ścianę Na całą dzielnicę Na całe miasto

I głos z megafonu telefonu radia telewizora gardła tłumu

Tłumem dźwięków gamą liści jezior Aniołów Stróżów

Siłą muzyki klasycznej obrazów Rembrandta kogucikami folkloru ziemskim freskiem Przemawia

Jestem Oz Wielki Oz Kim jesteś i dlaczego chcesz się ze mną bawić?

 

 

Milczenie z Bogiem

 

Żyjemy w szafie

Pokolenie bez wojny po wojnie

Codziennie zbliżam się do ciebie

Jak do wielkiej tajemnicy

I za każdym razem odkrywam

Naszą wspólną doskonałość

W twoim ogrodzie kultywujesz strach

Ja w swoim sieję rozpacz

Chrystus ujmuje zawsze moją twarz gdy długo klęczę

Idź Pohuśtaj się z dziećmi Nie klęcz tyle

Zobacz jak pszczółki robią miód i jak wcześnie umierają motyle

Dowiesz się co to jest budzik i że jego będziesz słuchać pierwszego

Kolejne klęczenie już niebawem

Więc wyjdź ku słońcu Wyjdź z szafy Wyjdź ku mnie

I patrz na mnie poza kościołem

Poza świadomością Między wierszami

Postaw bagaże Przypilnuję ci by słońce nie zaszło

Będę stać ze słońcem w dłoni W otwartej bramie życia

I dzięki światłu nie będziesz chwalić ciemności

Czasami nie będę się do ciebie odzywał

Pomilczymy razem

Zobaczymy jak gasną jeziora Jak starasz się upchnąć w torbie swoje serce

Jak przytrzaskujesz czas drzwiami wejściowymi

Jak głodna jest twoja tęsknota

Posłuchamy wycia komórek i tkanek

Twego zderzenia z tobą jak dwóch planet

Salvador Dali stoi mocno w sztuce choć jego żyrafa wciąż płonie

Więc módl się nie tylko do nieba

Daj szansę ziemi i módl się też twarzą do ziemi

Aż mech się nawróci

Naprostują ścieżki Wygładzą aleje

Topografii nie dotkniętej przez poetów i kochanków

Tam jest tyle tlenu że można się udławić

Wcale nie trzeba nabierać go więcej

Bo ja tu cały czas jestem Siedzę przy tobie i milczę

Więc i ty milcz razem z Bogiem.

 

 

Biała laska

 

Niewidomy stuka białą laską w leśne wrota

Zamknięte Na pewno tu kiedyś byłaś

Kiedyś byłam gdzieś Pomóż mi

Masz skrzydła

Nie mam skrzydeł Mam tylko ciebie

Jakiś znak Kolor na niebie w tym miejscu Zapach

Drogi Rozchodzą się w ciszy Któraś musi mieć muzykę

Latem Pamiętasz gra wszystko Tka nuty twej pieśni

Moja róża Mój kwiat Moje kolce Moje piękno Moje piętno

Nie ma śladów Nikt tu nie gościł Nikogo nikt nie widział

Piłka Co ona tu robi Kto ją zostawił

Kto po śladach których nie ma znajdzie ręce

Podrzucające kolorową piłkę Ty czy ja

Ostatnią z ostatnich zabaw Ostatnia piłka z ostatniego ogrodu

Koloryt tak intensywny że dobrze nie robi się ani miło

Rozpoznaj drogę po kolorach Co widzisz

Ciebie z białą laską Siebie nie poznaję wcale

Są wszędzie takie same korytarze Sufity podwieszane kpiną

Mroczne chichoty Wzdęcia zamykających się drzwi

To nie są leśne wrota Wracamy

Wracać gdy się jest w polu zasięgu

Mieć zasięg na słowa ludzi przedmioty Ogarniać rzeczywistość w konkretach

Konkretnie wyrażać konkret konkretniejszy od liczb

Frywolność zostawić frywolności

A wyobraźnię za polem Tam przyjmą ją miasta widma

Wirtualni przyjaciele Ból odcisków

Już wiem W tym miejscu miałam ostatnio mniejszy odcisk

Więc to nie są leśne wrota Bóg ścierał z nieba pejzaż kaszmirową szatą

I rzucił nią w las I ja biegłam tym lasem Za szatą Za moim niebem

Weź moją białą laskę

Ale to nie są leśne wrota?



Samotność w sieci

 

Jestem Chrystusem Mam własnego Judasza

Zarozumialca ze zdolnością kredytową

Przy drzwiach mojej matki czai się Anioł Śmierci

Jej serce odwraca wzrok od rzeczywistości schodów i drzwi

Wypełniam każdą zmarszczkę matki sensem

Czas dobrze działa na jej demencję

Ona obojętnieje na ontologiczne i egzystencjalne znaki zapytania Anioła Śmierci

On nie reaguje na parskanie kabaretu w telewizji Jest jak moja matka skupiony na jednym

Ona ubiera skarpetę

Jedną Nie jest aż tak zimno

Pomódl się Znasz Boga To Ten Sam

Matka mnie nie słucha Osuwa się przy ostateczności Wybiera gniew

Nieposłuszny umysł staje w poprzek Bożej Łaski

Jutro ugotuję metaforę Podsmażę epitet na skalę planetarną

Pycha

To już coś – mówi Jezus

Kim ja będę po wojnie

Zastrzelone zielone kurtki Bestialsko zamordowane żółte Szubienice czerwonych

Pejzaż zaawansowanej wojny Tu nawet komar przestaje być sobą

Kim ja będę po wojnie Pytam Jezusa Jemy razem zupę z jednego garnka

Śnią mi się często stygmaty

To już coś – mówi Jezus Dokłada sobie makaronu

Żeby świat był kompletny Bóg siedzi z człowiekiem przy jednym stole

Matka używa już tylko kilka wyrazów

Wypowiadam to zdanie ze wskazaniem na ból

Jesteśmy oboje samotni w świecie boleśnie napełnionym ludźmi Zostawieni To nas łączy

To już coś – mówi Jezus

Matka zmarszczyła swą starość w gniew Zarzuca mi upływ pamięci.

 

 

Asertywność

 

Jestem przeciwko sobie

Żeby być bardziej z innymi

Akceptacja walką z samotnością Dziwką która włazi na człowieka

I za gardło trzyma

W mieście samotnych uciec trudno przed

Jej pandemią Ktoś wynalazł na nią szczepionkę

Ktoś wziął koło ratunkowe i zadzwonił

Do przyjaciela Po prostu miał dwie komórki

Cwaniak

Najlepiej wyjechać z kraju Kryzys jest już globalny i garb samotności

Przedziera z kiczowatych amerykańskich filmów

Może w kupie nas nie ruszy w kupie nas nie ruszy

Szemrają szczury Bardzo rano kiedy dzień nie jest jeszcze ubrany

A słońce ma nieumalowane usta

Widać dym nad jednym z budynków

Jakby tam był komin jakby tam było ciepło

Igły z rozpalonego pracą na nadgodziny komputera

Głupieją na dym komin i chleb

Mogę coś dla ciebie zrobić

Pyta oddany przyjaciel aż po samo gadu-gadu

Dotknij mnie

Czekam na odpowiedź coś się międzyczasie zresetowało

Gdzieś mignęło exit i close

Ściana warknęła i rzuciła na to korkami

Elektryczna droga do prawdy ucięta na pół

A drugie pół zostawiam sobie w ten dym i komin

Wchodzę dziką od braku normalności klatką w dom

Skrzypiącymi schodami piecem pamiętającym wieki cywilizacji

Miodem smaruje chleb nieogolony chłopak

Opowiadam mu o kulkowych emotikonkach wysyłanych znajomym

A on się uśmiecha Dziwi Bije brawo Macha mi.

 


Bombki deszczu

 

Aniołowie na rumakach nocy przemierzają stepy nieba

Rozbryzganie jakiego tym dokonują nazywamy urwaniem chmury

Załamaniem pogody Śwista od razów ich mieczy To zaprzęg Archaniołów

Mokre ubranie na poręczy krzeseł Siedzimy w skupieniu z ubraniami

Razem

Zagarniam przestrzeń na szufelkę Zagarniam smak Zapach Ciszę

Miękki przypadek Kruchy cios Słabe kolana w kącie

Mistycznie zakurzonym Zarzucona nicość na plecach przebitych przez strach

Bombki deszczu kołyszą mrok w smugach wątpliwości

Obsesja w tłumie mówiącym w innych językach

Mocno obejmuje mnie nicość Zazdroszczę Twardowskiemu jego dziecięcej wiary

Każdy ma prawo mieć inne zdanie Nikt nie ma mojego zdania

Choć chcę wręczyć mu prawo Ściąga próg wciąż w dół czasu Światła Dnia

Który przestaje być moim początkiem Podróż już obok siebie

Czy istnieje schizofreniczne zmartwychwstanie

Może zrobię się filozoficznie na Platona

Uporządkuję sobie Platonem życie Na półce z poetą mistycznym

Starcem pamiętającym Holocaust Obecnie kloszardem z wolną wolą

Reprezentatywny wybór Zawsze to jakoś brzmi.

 

 

Bądź mym tancerzem

 

Nim podejdzie od tyłu

I strzeli nam celnie w ostatni oddech

Ta podła Podstępna i nieuchwytna od wieków

Samotność ludzka

Bądź mym tancerzem

Jakbyśmy nie widzieli naszych włosów

Białych jak kartka tego wiersza

Zgarnij mnie z jego linijek

I otul każdą literę

Krzyku mego gardła w pusty ekran twego milczenia

Podnieś się

Podnieś się jeszcze raz

Bądź mym tancerzem

Jakby ciała nasze nie miały zmienić się w proch

Jakby ziemia nie miała zderzyć się z piękną gwiazdą

I rozlać rdzawą plamą w miednicy z szarym praniem

Przytulmy się do jej brzucha

Matka naszych pierwszych drzew w sadzie i bankomatów na ulicach

Matka bezludnych wysp Wielkich światowych i ponadczasowych samotności

Wyśpiewuje wciąż ziemski rytm

Bądź mym tancerzem

Okruchami nut

Resztkami resztek

Urwaną gamą z utkanej poezji wszechświata

Nasze kości zaczną się łamać a płuca przestaną oddychać

Tak się stanie mimo moich zaklęć i twojej wiary

Bądź mym tancerzem

A w wolnych chwilach nakarmimy zdziwione ptaki.

 

 

Język niuansów

 

Zostawiam moją nieobecność

Poza językiem niuansów

Moimi naturalnymi drzwiami

Czymże to jest dla mojej wieczności

Jego nigdy i ich zawsze

Stale się pytam o powrotny pociąg

Choć najważniejsza jest plaża

To tyle co mleczne zęby

Nauki humanistyczne są z samej nazwy

Bardziej ludzkie

Jak muskularny kochanek

Co ma po horyzont dobre chęci

Na pograniczu arachnofobii

Choć włochata łapa z akcentem na włochata

W późnym tropiku Pytam moje okna Ściany

Parapet niebieską olejną przeze mnie malowany

Jakim prawem staję się raniącym raportem w twych rękach

Czemu przygniatasz mnie każdą ciśniętą koszulą

Wpychasz w pasmo nocy kościstej

Że muszę wychodzić z własnej głowy

I przeczekać w ogrodzie papierniczym do rana

Zabawne Nikt o tym nie wie

Choć komunikuję się płynnymi wypowiedziami

Jako ziemski ludek i niebiański krasnal

Zarazem nie chcąc z osobna

Brzęczą mi w uszach zdrady twoje i moje

Nie starczyło nam płynu do zmycia

Naczyń Nigdy nie wiem Co zrobić z kwiatami

Wkładając je do wody skazuję na powolną śmierć

Czarne słowa Odwrócone od światła odpadają Z kranu kapie dark water.

 

 

Sypialnia

 

Czyjaś sypialnia

Ktoś kogoś stracił

Albo jest aktorem wymagającym badań kontrolnych

Pomaga tylko numer napisany na dłoni

Albo ściskany w dłoni

Abonent jest poza zasięgiem

Kogoś czy rzeczywistości

Czyjejś czy wirtualnej

Tak czy owak tu też jest smutno

I lekko

To dobrze czy źle.

 

 

As

 

Nie dogania łza łzy

Po samotnej twarzy

Nie dogania wiatr

Słów wyszeptanych

Zziębniętymi wargami

Odskakuje serce od

Wytęsknionej ściany

Wzdycha szyba

Kruchością czasu

Las ujmuje w dłoń

Talię kart wierszy moich dni

Nigdy nie rzuconych

Na stół wielkich graczy.

 

 

Seans u psychologa klinicznego po próbie samobójczej

 

Dostałam bon rabatowy na moją duszę

Tak mi się wydawało

Dopóki nie odkryłam że to chwyt marketingowy

Zlot czarownic polujących na moje przyszłe bliżej nieba

Taką trąba powietrzna znalezienia się w nieodpowiednim czasie

Progresji

I mocnym pociągnięciem czerwonego paznokcia

Po rozgrzanej świecy Już nigdy nie przeczytam mojej historii do końca

Mojego do nieba wołania Mojego krzyku w bolesny blat ziemi

Jestem ostatnim poetą którego podejrzewać można o parodię

A na twarzach widzę pół przyklejonego uśmiechu

Kto by widział twarze w gęstej brunatnej ścianie

Zostaje mi tylko nie wrócić do serca narracji Po wojnie

Kalecy wyrywają mi papier z drukarki

Albo mój wiersz albo ktoś nie odzyska wzroku

Na ścianach pucharu spływa żałoba

Usta już nie wilgotnieją

Piersi rozrywa pokusa zbadania anioła

Pani nie ma z realizmem nic wspólnego

Do tego trzeba być psychologiem klinicznym

I mieć 35 lat stażu

Drzwi klatki są już od dawna otwarte

Zawsze były

Ma pani syndrom wyuczonej bezradności

Proszę się poczęstować cukierkiem

Jest dobry bo ma orzech laskowy w środku

Niech pani zostawi religię Kościół jest po to by za mordę wszystko trzymać

Prawo do szczęścia to jeszcze nie hedonizm

I pani je ma Proszę spokojnie sobie palić

Ja też zapalę i razem sobie będziemy palić

Jak panią znów ogarną te nastroje To proszę przyjść Sobie zapalimy

I proszę głośno obiecać że już się więcej pani nie potnie

Ale głośno tak żebym usłyszał Jak pani może pić kawę bez cukru

Co pani sądzi o ideologii lansowanej pod nazwą socjalistycznego realizmu

Mnie uczono rzetelnej psychologii i miałem praktyki twarde jak cycki osiemnastolatki

Lubi pani seks rano czy wieczorem jakie ma pani fantazje

Ja bym na pani miejscu z matką nie rozmawiał

W ogóle na pani miejscu to ja bym sobie już dawno w łeb strzelił co ja mówię

Seks woli pani w ubraniu czy całkiem rozebrana

Ja się rozebrany czuję jakiś odkryty Płaczę przed pacjentką Nigdy mi się to nie zdarza

Ja w seksie wolę być zdominowany wyobraźnia przedniego gatunku

Moja praca jest moją chorobą jest praca

Ale nie targnie się na siebie dziewczyna więcej Totalitaryzm męskiego wzwodu

Ogarnął te kolorowe szmatławce i dziewuchy nas mają za koguty

Kiedy pani zaczęła miesiączkować

Z czym kojarzy się pani menstruacja

Czasami trzeba wyrwać się z domu pójść na jakiś recital

Nie mówię o medialnym zgiełku może łyżeczkę cukru jednak

Nie

Literatura woli miłość i kochanków

Więc można to przenieść na życie gdy kocha się tak literaturę

Chociaż ostatnie słowo nie musi być ważne

Jakby na to nie patrzeć nie chciałbym być na pani miejscu

Jaki rozmiar stanika pani nosi

Mam swoją teorię na temat biustu i kondycji psychicznej

To działa

Duży się pani trafił orzech laskowy

Wracając do tych czarownic ja nigdy nie wiem kiedy pani pisze na jawie

Śni improwizuje ironizuje jakby podmiot wierszy nie umiał mówić zwyczajnie.

 

 

 

Ewa Klajman-Gomolińska (1966) poetka, pisarka, eseistka i krytyk literacki. Autorka tomów poezji: „Miejsce na ziemi” (Olsztyn, 2003 – Nagroda Główna w Konkursie na debiutancki tom poetycki z okazji 650-lecia Olsztyna), „Sługa, niewolnik i błazen” (Bydgoszcz, 2006), „W samym miąższu pomarańczy” (Lublin, 2007 – Nagroda Główna XIV edycji Konkursu Poetyckiego im. Anny Kamieńskiej), „Eloi” (Lublin, 2008), „Milczenia z Bogiem” (Lublin, 2010 – Nominacja do Nagrody Głównej XVII edycji Konkursu Poetyckiego im. Anny Kamieńskiej; z tego tomiku pochodzą wiersze poniżej publikowane). Prozę opublikowała w książkach: „Pędzące noce w wagonach” (Bydgoszcz, 2007) oraz „Rzeź komunistów” (Bydgoszcz, 2009).

 

Pin It