{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Jan Kurowicki

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

Moment prozaiczny I

 

Oto dziewiąta rano w Jeleniej Górze, dziewiąty dzień stycznia 2012 r.

Trochę śniegu z deszczem, szarego światła w chybocącym powietrzu.

Wszystko to za oknem w obojętnym śnie bogów i demonów. A tuż

Przede mną, po zwykłej stronie ludzkiej niemocy: na biurku zapalniczka,

Kubek z ciepłą herbatą, popielniczka, mały notes, łyżeczka, telefon.


Czy przedstawiam to jasno, Moja Miłości, żebyś moim wzrokiem

Wiodła po drobnych okolicznościach czasu, rzeczy, zdarzeń i przyrody?

Czy też to tylko słowa, które wypadły ze snu bogów i demonów

W skowyt ciszy, w jaką zmienia się stopniowo moje życie?


Tli się ono na koniuszku dogasającego papierosa i porannej godziny.

W zbędnym dla spraw świata rytmie serca.

 


Moment prozaiczny III

 

Oto piętnasty dzień stycznia 2012 r. godz. 6.30, kiedy się budzę

Po raz kolejny, i kaszląc schodzę po schodach z sypialni na poddaszu;

Kaszląc wchodzę do łazienki, kaszląc siadam na sedesie, kaszląc i

Plując w kawałek papieru toaletowego zapalam papierosa.


I w pierwszym momencie, gdy kaszel we mnie cichnie,

Zaciągam się raz, drugi, trzeci. Kręci mi się w głowie, półmdleję,

Ale palę dalej. Mój byt zwycięża bowiem nad powinnością trwania.

Potem idę do kuchni, robię sobie kawę. Kaszlę.


Potem siadam w głębokim, skórzanym fotelu w pokoju,

Słodzę kawę, zapalam kolejnego papierosa i grzęźnie we mnie

Senność oraz obroty ciał niebieskich w głowie.


Włączam radio zawsze z tą samą stacją, z której rozlega się

Zawsze ta sama, bliska pidżamie, muzyka sfer. Cichną płuca,

Oddech normalnieje. Uśmiecha się do mnie kaktus z parapetu okna:

Przypadkowy tak samo, jak ja; jeszcze zielony i też niedosycony.


Dopiero wtedy z góry schodzi Moja Miłość i do końca gasi noc.



Moment prozaiczny VI


Dwunasty dzień stycznia 2012 r. w Jeleniej Górze, gdzieś

Po południu musnął mnie moment z dzieciństwa:


Oto przyszedłem z lasu i mrozu. Patrzę na śnieg przez okno i

Migają mi w oczach białe ślady zajęczych łapek wśród lękliwych

Świerków.


W domu jest ciepło, bo płonie ogień w kaflowym piecu.


Ze ściany uśmiecha się na papierowym, oszklonym obrazku Chrystus Król

Z sercem wybebeszonym na koszuli. Też mu dobrze i ciepło.

Aż mu goreje to serce.


Ale patrzy na mnie zimno, jakbym był nie na miejscu. Kuli się więc

We mnie wina i niewinność.


Białe ślady zajęczych łapek wśród lękliwych świerków

Uciekają w niebyt.


Otrząsam się teraz z tego momentu. I szeleści we mnie papier

Pocierany o szkło. Znika dom, ogień, serce, a obrazek spada na podłogę

I się tłucze. Jednak nie przestaję być tym, którego nie ma.



Moment prozaiczny VII


Oto trzeci luty 2012 r., godz. 11.30. w Jeleniej Górze.

Przed chwilą zdjęto mi zaćmę z oczu. I kolorowe kształty świata

Stały się tylko zaciekami barw w moim nieudolnym widzeniu.


Wszystko płynnie zachodzi na siebie. Drży w każdym poruszeniu

Oczu. Migoce jako ludzie, drzewa, zwierzęta, wznoszenie się zawiei i

Upadek nieba w śnieżne plamy w akwarelach widoków.


„Wreszcie widzę bezpośrednio ucieleśnione istnienie: jest tylko

Rozmazanym ruchem i bezładem!” - pomyślałem.

„To stan przejściowy, niebawem powróci normalność i

Prześlepisz jego niestałość” - powiedział okulista.


Baraszkuję więc, dopóki jeszcze mogę, w płynnej migotliwości

Wszystkiego. Beztrosko mieszam światło i ciemność.


Powoli jednak wchodzę w zwykłość skóry. Życie snuje się

Ukrwioną pajęczyną żył w sennym rytmie dnia. Przełykam ślinę.

Miasto kuli się w chłodzie i niezmiennie zdycha.



Moment prozaiczny VIII


Oto trzeci marzec 2012 r. godz. 10.09. w Jeleniej Górze, gdy za mną

Wszystkie dnie przeżyte od jedenastego października 1943 r.,

kiedy wody płodowe wyniosły mnie poza matkę:

Moment, który nie musiał się zdarzyć, ale już się pogrążył w tym,

Co minione.


Cokolwiek jest i było, nie musiało istnieć i być w żadnym czasie, więc i w moim,

Ale gdy już błysnęło, wiem, że jestem workiem zdarzeń na plecach żebraka,

Który kiedyś był światłem.


Mansardowe okno w moim pokoju na poddaszu wcina się w błękit i obłoki dnia, i

Zdaje się płynąć w płodowych wodach świata. Zamykam oczy, a tam

Ciemne migotanie krwawych błysków i nieustanny, monotonny

początek następnych śmierci.



Moment prozaiczny X


Oto pierwszy kwiecień 2012 r.: dzień odwiecznego kłamania, w który

Obroty planet wprowadziły święto wjazdu Chrystusa na ośle do Jerozolimy.

Prozaiczny zbieg okoliczności.


Pada deszcz ze śniegiem i jest gołoledź. W górę poszły ceny

Jaj z powodu dyrektywy o powiększeniu klatek dla kur. Poszły też ceny

Paliw, bo giełda, gdzie ustala się normy człowieczeństwa, nie pragnie

Krwi Baranka Iranu; chce radości Paschy w strumieniu obrotów.


Boli mnie głowa, jakby snuło się w niej jeno ukrzyżowanie bez nadziei na

Zmartwychwstanie. Bo jestem tylko jeden z pierwszych lepszych, którzy

Mogą się dziś pośliznąć na tym wszystkim

I już się nie podnieść.


Moja Miłość krząta się z odkurzaczem i oszukuje tym wieczność, do której

Ma wejść tylko to, co czyste. Z gałązki wierzby strąca zeschłe bazie. 

Jest więc hosanna i jest prima aprilis: boska współobecność zdarzeń, jak

Na grzbiecie osła w drodze do świątyni Żydów.



Moment prozaiczny XI


Oto siódmy dzień kwietnia 2012 r., trochę po dziewiątej, Wielka Sobota:

Patrzę przez okno na ptaki niebieskie, co to nie sieją i nie orzą.

We mnie zaś tli się wiadomość z TV, że 68 latek spłonął nocą w wieżowcu.

Mniejsza o przyczynę, nawet o to, co z niego zostało, gdy opadł popiół

I rozsnuł się dym wśród ptaków. Mniejsza też o mnie:

Jestem ludzki, czyli obojętny.


Ta wiadomość musnęła mnie jednak, bo przetrwałem tyle samo lat, gdy

On po raz pierwszy, jak trzydziestotrzyletni Chrystus po raz

2012, składany będzie w grobie. To wszakże nie on wzorem uczynił te

Stworzenia, co nie sieją i nie orzą, a żyją.


Patrzę więc, patrzę. I skrzydła we mnie rosną. Jeszcze trochę i zjem

Ku pamięci Zbawiciela świętą kiełbasę z chrzanem, gotowane jajka,

Zagryzę kromką chleba z solą. Baranka z cukru zaś dam do lizania dzieciom.

I cierpliwie będę czekał, aż coś mną też wzleci.



Moment prozaiczny XII


Oto 1 Maja 2012 r. w Jeleniej Górze, gdy upał świątecznie się czerwieni,

A ja od wczesnego poranka mam przed oczyma dawno martwą matkę, która

W zupełnie podobnym miasteczku śpieszy się do roboty w fabryce;

Jeszcze żywego brata łykającego z gorącego kubka zbożową kawę, by

Popić chleb ze smalcem, i też pobiec do roboty; jego syna, o którym

Mało wiadomo, od dawna pracującego na czarno w Londynie.


Czyste demony, których widok zatyka. Snują się jak para nad garnkiem z

Kipiącą wodą i szaro trwają w kłębach powietrza.


Nie mam dla nich dobrego słowa, nie mam złego. Podnoszę tylko

Oczy ku górze, a tam w czerwieni świątecznego upału baraszkują ich

Wagarujący, zapomniani bohaterowie. I też nie mają im nic do powiedzenia.


Jacy ludzie – takie święto.



Moment prozaiczny XXIII


Oto 28 dzień czerwca w Jeleniej Górze, wczesny poranek.

Wczoraj leżałem 40 minut w kanale rezonansowym. Rzęził on hałasem, aż

Doznałem opuchlizny decybelowej.


Nie wiem, jakie ten kanał wydobył ze mnie pejzaże, ale nie mogę się

doczekać, by wszystkie je ujrzeć. Mam już w ramkach ich kolekcję: kilka

Niebiesko-czarnych szkiców mego szkieletu wykonanych przez aparaturą

Zwaną scyntygrafem.


Fascynujące, jak cudownie rozsypują się moje kości!

Patrzę na nie, patrzę i ogarnia mnie duma: jestem niepowtarzalny.


Wychodzę teraz

Na niebieskie pastwiska poranka i mój szkielet śpiewa:

Kiedy ranne wstają zorze...



Na krzaku porzeczki usiadł ptak


                        Czarkowi Sikorskiemu


Na krzaku porzeczki ptak usiadł, obok mnie, na werandzie, ona,

Dla której jestem Józefem Cieślą, choć nie robię w drewnie, tylko w

Przemijaniu. Ale tak samo wychodzi nam jedynie to, co nietrwałe.


Ptak chwieje się na gałązce i strąca owoce głodu; ona kwili swą

Miłość, która chce być wieczna. Łączy ich taka sama wiara,

Nadzieja i niespełnienie.


Boimy się jednak Anioła, który mógłby przynieść Zwiastowanie.

Już to się kiedyś zdarzyło: Józefowi odebrało kobietę, więc zostało

Mu drewno, z którego, dla zarobku, składał krzyże.


Co dalej było – wiadomo.


Wolę zatem po prostu przemijać; widzieć ptaka, głód i posiadać Marię,

Która oto przyciąga gałązkę, płoszy Anioła, a czerwony sok owoców

W dół spływa po jej wardze.


Jan Kurowicki jest profesorem zwyczajnym filozofii i kieruje Katedrą Nauk Społecznych w Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jako poeta debiutował w 1964 r. we wrocławskiej „Agorze”; jako krytyk w 1966 r. we „Współczesności”. Od tego czasu publikował swoje utwory, eseje i recenzje literackie we wszystkich ważnych periodykach literackich i społeczno-kulturalnych Polski. Wydał wiele książek krytycznoliterackich oraz z zakresu filozofii kultury, estetyki i epistemologii. Jest też autorem następujących tomików: „Przypowieści” (1974), „Sytuacje” (1977), „Zwierzenia małego sceptyka” (1981), „Bajka na dobranoc” (1992), „Historie i obrazy” (1995), „Pozagrobowe życie sensu” (1995), „Bajki miłosne z kobietami” (1999), „Każdy” (1993), „Widok na koniec świata” (2002), „Kaprysy nie tylko miłosne” (2003). Ostatnio: „Zepsuta bajka” (2007), „W poranku słonecznej rosy” (2009).


Edyta Kulczak, urodziła się w1970 r. we Włocławku. Mieszka w Poznaniu. Jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Pisze wiersze i krótkie formy prozatorskie. Laureatka ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wiersze prezentowała w wydawnictwach zbiorowych, w antologiach i prasie literackiej. Debiutowała w 2009 r. książką poetycką „Anioły nie zawsze są białe”. Członkini poznańskiego Klubu Literackiego „Dąbrówka”.

Pin It