Elżbieta Musiał - wiersze

Wiersze z różnych tomików

 

Elżbieta Musiał

 

Pośmiertne

 

Więc teraz cement.

Wilgotny, tłusty zamiast ziemi.

Rozsmarowali z prawa do lewa

i w poprzek.

Jak długo będzie zastygać nad tobą

taki sufit?

I nawet nie potrzeba łopaty,

nawet garści,

nawet garść ziemi nie uderza

w głuchy dzwon trumny,

jak –

 

22 listopada 2008, po pogrzebie Janka Krzysztofczyka

 

 

 

Higiena

 

Grabię liście w ogrodzie. Narzędziem prostym

jak nóż; co było – od nowego pora odciąć.

 

Grabię liście. Jak dobrze jest się tak zmęczyć.

Pot płynie – już prawie jest łzą czystą.

Obmywa rzetelnie szare bruzdy

dni przeszłych.

 

Czuję, że mam mięśnie. Silne

do kości. Mogą unieść kamień snu i rdzę

jesieni. Mogą z liści i jesieni leczyć.

 

8 listopada 2008

 

 

Chciałam zaprzeczyć wierszem

 

Napinam wzrok,

                           by dobrze przyjrzeć się młodości;

mięśnie ud i sprężystość pośladków Pauliny,

wprawiają w ruch wiatr, włosy, rower i krajobraz.

Ile w tym jawności wobec obnażanych póz, pór,

odlotów i rychłej jesieni. I jaki gron turgor

w powietrzu się unosi – czy to uchodzi obnosić się

tak z czerwienią?

                           Piej intymna sceno, piej letnia,

przez chwilę, dwie – jeszcze.

Chcę napisać wiersz muskularny jak młodość,

który wyprze się mnie,

który zaprzeczy.

I niechby choć w części był tak impulsywny jak obraz mój

wczesny, bez zwichniętego powietrza znad ostatniego pola

van Gogha.

Napinam wzrok i słuch do wiersza. Badylkiem grzebię,

przebieram w słowach, by znaleźć jedno i by

nie było grząskie. Nie zasnuło kartki mgłą wieczną.

Popycham, zaganiam w takie sąsiedztwo,

jakby nie zmierzchem a farbą mokrego pędzla

miało być żywione. Na próżno. Badylek nie chce

trysnąć liściem, nawet pędzel do popychania słowa,

nie leży w dłoni jak ulał.

I znów nad słowem zawisło powietrze z ostatnich pól

van Gogha,

i nim spadnie, utleni się w mgłę ostateczną.

 

24, 25 sierpnia 2008

 

 

 

Dialog w porze księżyca

 

     – Gdzie jesteś? – Jestem.

     – Jesteś. Bo widzisz, wiatr. I taka noc.

I oczy zaciskam. Policzkiem błądzę po twojej twarzy.

Mokry zostawiam ślad.

I wtulam policzek w to miejsce na szyi,

gdzie krew i czas na przemian w tobie pulsują,

jakbym cała mogła się tam zmieścić

i skryć.

 

– To ty. – Tak, to ja. Otwierasz ramiona.

Szczęśliwy. Przez chwilę niepomny,

że z trwogi o nas za dwoje umierasz

co dnia.

– Nie o mnie się lękaj – tak milczę,

gdy na sobie szczelnie oplatamy ręce.

Umiem być sama nawet przy tobie,

ale ten ciemny na niebie wiatr. Ja tylko,

ja tu, ja ... gdzie krew i czas w tobie pulsują,

spokoju szukam.

 

 

 

 

***

 

Boję się otwierać własne wiersze;

po tchnieniu w nie ciała –

                                           lękam się ich rany.

 

Ponieważ nie dowierzam śladom bez śladu.

Ponieważ domysł.

 

Puste koperty pełne są domysłów.

 

Wiem – nie znaczy przebaczyć.

Ponieważ wiedzieć – nie znaczy przebaczenie.

Powiem inaczej: tym bardziej nie odpuszczenie.

 

Gdy na liść pada światło,

jest czystym światłem pokarmu.

Lecz zaledwie częścią siebie jest –

                                                       co przeniknęło liść.

Co prawdą jest wiersza, a co tylko

cząstką nas? Kto ani liściem,

przez który przecieka wiersz.

 

Ponieważ w wersie niedostatek chwili.

Ponieważ doskonałość rany.

 

12 lutego 2008

 

 

 

Sfumato, albo nienapisane miejsca

 

Jestem w drodze.

Jestem w drodze z braku miejsca.

 

Banita musi przyjąć obecność rozpoznawalną,

skrojoną nie na miarę własnej skóry,

z której ocala jedynie wyblakła sytuacja;

pęknięte szkiełko.

 

(Nie chciejcie bym była wami, którzy

zrodziliście się z tych pól i uchodzicie w nie.

Nie powiem nic o makatkach tamtego czasu,

o oswajaniu kilku na krzyż ulic; nie zasługują

na rolę protez w moich wierszach).

                                              

                                                       A poza tym

wszystkie strony świata trwają tam,

gdzie zostały postawione; spośród nich

to szczeliny najszerzej otwierają ramiona.

Obiecują nieśmiertelność oddalenia.

                                                             Zaprawdę

ten kosmos tak bardzo uwikłany w lokalne mgły,

płacz czajki i przestwór

                                       zdołał ukryć w swojej toni

jabłoń. Spod jej parasola

bywa, że wybiega polana wschodów.

To miejsce było kiedyś na ziemi.

Teraz jest ze mną

w drodze.

 

19 lutego 2008

 

 

 

 

Oto moja dolina

 

Bosymi stopami po wietrze –

oto moja dolina.

Mój oddech wyrasta z powietrza.

Z niego jestem. Jego drzewem jestem,

jego mówiącym wróblem. Ja, pragnienie jego kołyski.

                                         Zawierzyłam przestworzom;

w tych objęciach najłatwiej skryć niejasną obecność.

                                                   Niskim skrzydłem

utrwalam trudne siostrzeństwo. Nierówność szans.

                                                     Niskie skrzydło,

och, niskie skrzydło zawadza.

                                    Trze raz po raz o ziemię.

Ubliża lekkości. Ciąży jak wyrok.

Nie spełnić siebie, nie spełnić siebie.

Zwątpić.

Zawieść swój czas. Swój wiatr.

 

26 marca 2008

 

 

 

Dolina deszczu

 

Że ktoś tuż za nami – to widać po cieniu.

Cienistą duszą zachodzą oczy.

Dolina oczu, dolina deszczu –

jakby tym samym były,

gdy wyschną.

 

Wyogromniała dolina suchego deszczu,

gdzie deszcz już bardziej być deszczem nie może.

 

7 marca 2008

                                                    

 

 

Dolina doli

 

Jaszczurki lęgły się dla mnie

tylko w jednej dolinie.

W południe wiosen wystawiały swą zwinność

wobec słońca. Kładły jurajskie głowy

obok mojej. Wzajemne byłyśmy sobie

w ten czas. Ziemskim korzeniom

deptałyśmy po piętach.

                                 A jednak runęło.

Zwiastunki w łyskających zbrojach

wyrwane Hindusom wprost z wierzeń

o szczęściu

                   musiały ustąpić

zwyciężone.

I posypały się

na moje pierwiosnki

                                 uraniczne kalendarze

przegrane już w pół obrotu.

                                      

Korzenie traw

                       – czy depczą mi już po piętach?

 

 

 

A jakby mnie nie było w

 

                  Pamięci Tadzia Kwiatkowskiego-Cugowa

 

Doprawdy, nie było mnie w...

Toteż gdy odjeżdżałam, z żywych patrzyła

za mną tylko noc.

I nie chciał się powtórzyć peron sprzed roku,

na którym pozostał Tadzio; i stał tak, jak to się jest,

gdy się żegna.

                       Przecież miał

z niego odejść ostatni,

a nie pierwszy.

                         Przecież. A potem

mgła, mgła w...

Mgła, która żegna. I rozlana przed rokiem

obecność milczącego

wiersza Tadzia

Cugowa.

 

W popoznańskich miazmatach wykiełkowało

ziarno nieopatrzne,

bo rzucone we mgłę,

jak czyjeś słowa,

                            że wyjechać –

to umrzeć trochę.

 

I kto to mówił, kto to powiedział?

 

7 listopada 2008, powrót z Listopada Poetyckiego w Poznaniu

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska












Niskie słońca

 

Niskie słońca chodzą moją doliną.

Sennym trawom wydłużają cienie.

Cienie, ach! Właśnie. Ustalmy

coś wreszcie, gdy tak równo

obok siebie

leżą.

I żaden

nie wywyższa się ponad inny.

Są inaczej i czym innym niż odbicia w lustrze.

Już prędzej wahadłem zegara wychylonym

w tamte strony. Ustalmy. Najpierw

rozważmy ten lot lazurów zmieszanych z piaskiem.

Potem niech będzie jabłko, które przestało się toczyć

i wsiąka teraz w ziemię.

                         Wsiąka, czy już z podglebia wyłazi?

Co do tego nie ma pewności.

Dlaczego więc martwi martwość cienia?

                                    On istnieje jakby

spamiętał czas, który ma nastąpić.

Jakby naraz skleił w jedno oba światy.

 

Pora niskiego słońca,

w przededniu i nieco samotna.

Zrywam w dolinie gałązkę,

a cień mój niesie cień piołunu.

Pora niskiego słońca;

ze świetlnych pór przedostatnia.

 

7 września 2008

 

 

Nakarmię boga miłości

 

Nakarmiłam boga cierpienia

 

Mój bóg cierpienia

jest bogiem wielkim

 

Ostatnim spazmem zamknęłam

jego usta i oczy

 

Nie kłopocze się już o chleb

nie zabiega

nie wymyśla pułapek istnienia

 

Jego sen jest spokojny

w swej sytości pusty

 

O brzasku wzejdzie

silniejszy bóg – miłości

 

Dam mu pełnię szczęść i nieszczęść

świat nimi odmierzy i zadziwi się

 

                        

 

Na szczęście

 

 

Niezmrużone noce

raz po raz

nieznośnie sierpniowe

 

gdy ani już miłości

ni tęsknoty

nie wyśledzisz w sobie

 

i cóż że rzucił się dla ciebie

meteor

z nieba

 

– nie podjęłaś słowa

 

w czas rozpękły nie trzeba

 

przyjdzie jeszcze godzina

         obecna w tobie

         inaczej

         rozczuli się wtedy poezja

 

         i z gwiazdą i z Leśmianem

         zamienisz dwa wiersze

 

 

 

 

 

Rozmowa międzymiastowa

 

Ja w to lato? O tak,

czuję się dobrze.

Ktoś mówił, że się postarzałam o parę lat?

A skądże.

Moje lustro już nie ma łez.

A ty śnij swoje życie

ze mną czy bez.

 

Tobie wyrósł młody dąb przed oknem? Męska rzecz.

I strop poprawiasz dzielnie.

Ty budujesz dla was dom. To pięknie.

 

A mnie wieczór przeszedł jakoś znów nie tak,

a nad płótnem zastał nie ten świt.

W moje życie jak to w życie

zakradł się pamięci zwid.

 

Więc sadzawkę masz teraz w ogrodzie. Świetna rzecz.

Na marzenia łowione w z......ote sieci nocy

Przepraszam – w jakie? – złote sieci! Ach tak, tak.

A mnie pytasz nadaremnie jak odmienił się mój świat.

 

A ty żyj swoje życie,

ty je ładnie śnij

ze mną czy beze mnie.

Któż do końca to wie,

którą z dróg trzeba było iść.

 

A ty żyj swoje życie,

ty żyj je wiernie.

Ze mną czy beze mnie.

 

Beze mnie, beze mnie... układaj dni...

Tam, gdzie odcisnęłam stopę

w bosonogi czas              

 

 

 

 
Tatuaż z obłoków

 

             To były czasy

kochany

 

to niezmordowane zrywanie nieba na bukiety

               sypanie nimi pod nogi

               stąpanie bez strachu brodzenie

z namaszczeniem jak nagłe zrozumienie pacierza

przyjdź królestwo Twoje

 

a piruety

pamiętasz kochany

na linie kręcone tak od niechcenia

i aksamitne podskoki jakby koniki polne łaskotały w stopy

primadonno anielic – mówiły twoje oczy

i żadne z nas nie znało lęku wysokości

 

a podążanie za sobą ufne

bądź wola Twoja

czuwanie w sobie od zmroku do zmroku

byle nie zmrużyć oka

byle walkowerem nie oddać mgnienia

czasowi

 

który nieczuły niezmienny

wszystko na opak przemienia

 

więc co nam pozostało

jedyny

z obłoków tatuaż w oku

 

co ani powieka zastygła

przez wieki go nie przysłoni

 

 

     Nic nowego – jesień

 

Spadła tkliwa z drzewa

– posypią się słowa

w majestacie marzeń

pod rygorem wiersza

 

(lecz te najprawdziwsze

będą do odstrzału)

 

coś w nas zaboli

szczodrze

 

odejście spieszne?

 

zrobimy skarpetę dwa razy dłuższą

ale za to jedną

              

kasztany udomowią kieszeń

 

zagapi się w nas miłość

bez wyjścia

 

 

 

 

* * *                                

 

Szczoteczka do zębów kilka obrazów

radia brak Spakuję Wyjadę

Oddech w normie

Przy furtce stanąć Ostatni raz

spojrzeć przed siebie na drogę

i znów za

gdzie jabłoń wprost okien otwartych na wschody

Tyle tu lat

Jak inni w tym miejscu sobie poradzą

w tym dzikim moim

Przecież życie tu dzieje się samo

Czy będą wiedzieć że w czarnym bzie

to wcale nie wiatr

że z chorą na rozum pliszką trzeba łagodnie

A jabłoń Ta stara niemodna

Czy od jej śmierci rozpoczną

A wtedy dom to już nie będzie

ten sam dom

Gdy ustawią szczoteczki do zębów

kilka zdjęć stamtąd i radio

 

17 listopada 2002, Gracuch  

 

 

Sarkofagi

 

Był jeden z tych dni

w którym tak niewiele ma się do stracenia

 

i deszcz i zachód jakoś

zaczął się już w południe

 

zatem oferta:

SARKOFAGI do sprzedania –

wyjątkowo kusiła karatowym złotem

 

a zwłaszcza sugerowana w niej

mnogość

 

i nie tyle architektura słowa

co jego zmumifikowane wnętrze

żywo przypominało sfinksa

 

być może przyniesione którejś wiosny

na bocianim skrzydle

 

spoczęło spokojnie

na przydrożnym szyldzie

 

w otoczeniu przyziemnym

jak na przykład – trumna

 

co prawda

tutaj trwa niezmiennie

urodzaj na śmierć

 

a jednak kroje proste jak deska

o swojskim smaku sosny

 

sprzedają się lepiej

Pin It