Bianka Rolando - wiersze



---------------------------------------

 

Ostatnia czynna Centrala

 

 

Wstaję, dygocząc, ręce szeleszczą z zimna

gdy pakuję w papier firmowy cztery romby

Po bokach transfuzja danych, transfuzja krwi

subtelne zgrubienia, o których pisma milczą

ze względu na czytelność

 

Na dworcu, obok, przerażona dziewczyna

patrzy na mnie, czeka na mój wschód

 

W przeszłości, w przyszłości Dokarmiające Zwierzęta

Szorstkie języki cieląt pijących twoją i moją krew

w korytarzach nabitych tytoniem łaski pańskiej

Zasady domniemanej niewinności, phi

Wszystko wokół nas wyczekuje, wyjękuje

– Daj jeść, daj jeść przed czasem

Choć pół porcji!

 

Chodź po północy pewnym krokiem

 

 

 

Leśne rozgrzebanie

 

Uchylają się ku mnie modrzewiowe korony

w ich pniach gorzkie soki wzrostu, słyszę je

Wewnętrzne przedzieranie się ku górze, płyną

Na szczytach przechowywane są tajemnice

których się nie zdradza ze względu na dobro

Karmelowe, smażone tajemnice ukryte

wielokrotnie powleczone kamforą, wysoko

Czubki tych drzew chylą się już ku upadkowi

ku dołom czarnosinym, wyżej już nie sięgną

Ziemia wilgotna, która dawała oparcie korzeniom

teraz wzywa je z powrotem swym przyciąganiem

Jakiś czas temu zamieszkałam w ich koronach

Na najwyższym piętrze, stąd dobry widok w dół

Niszczę gniazda, mam to we krwi, takie gesty

Psia krew na moich rękach, białe zarazy przekleństw

Ścigana przez leśne partery, ktoś wyciąga pięści

w stronę zieleni, gdzie się schowałam na zawsze

 

Uchylają się ku dołom modrzewiowe korony

Nie spotykasz ludzi na ulicach jednokierunkowych

Miasta opustoszałe, wszyscy wybrali się w siebie

Tylko w dół, tylko powolne ukłony ku ziemi

Całe życie uczymy się tej maniery, przez lata

maniery ukłonu wobec dołów zarezerwowanych

Ukłon zbyt głęboko, najgłębiej jak mogę, do bólu!

 

Dziesiątki tysięcy miękkich igieł opadają już

Ukrywają moją jaskółczość, moją jaskrawość

Ciśnienia piętrzą się na mnie przedziwnie w porządkach

Jestem hałaśliwa i nieuprzejma i przegrywam zawsze

Niech to cię uspokoi, w podnoszeniu ciężarów przegrywam

mimo licznych brwi, których się dorobiłam

wyćwiczyłam je poprzez zdziwienie, stąd ich nadmiar

siedem razy siedem, pięćdziesiąt brwi na ramionach

mieszkańca lasu rozróżniającego wszelkie odcienie zła

niczym holenderska koronczarka pięć milionów odcieni

Już nie widzę w górze nieba i drzew, ale ciężkie korony

 

Rozbij mnie jak butelkę, narób mną hałasu w ciszy

Nadstaw swe ucho, to dostaniesz po uchu, kici, kici

dostaniesz zamiast pocałunku hałas i szemranie

Jestem schowana w sobie, żebracza, nieodkrytonasienna

Majaczę, przed szkaradnymi porankami wywołuję zieleń

Przecieram oczy, by jeszcze błyszczały dziewictwem

Zasadzone we mnie modrzewie, siedem razy siedem

Z wielokrotnością we mnie te nasiona wrzucone

(na wszelki wypadek trochę więcej, by dać im szansę)

Krwiste ptaki zmuszają mnie do dziwnych odpowiedzi

Szczepiona z uprzejmością dla zbiorów, pieję hucznie

przyjaciele!

Bóg obdarował mnie językiem rozwiązłym i nieco chciwym

Zwołuję do siebie gwiazdy krwionośne w obiegach myśli i żył

Wróżby z soków naszych nie dają nam zbyt wielu szans

Zakrzywiające się piękno, co więdnie, a jednak króluje

Koronują mnie drzewa na Panią tronów przenośnych

 

Jestem sama, taki jest jedyny warunek koronacji

Pomruki, łaknienie, przyglądam się sobie w ciszy

Oto nadchodzi władczyni surowa, strzaskana gałązkami

jej sok nadmiernie krąży w ciele i rytmicznie pulsuje

w każdej komórce ciała pałac ułożony z Sekretnych

Alfabetów zagubionych od dawna, skrytych jak skarby

są one jak owoce ściągające w swą gęstość Wszystko

 

Moja głowa ciężko upada wraz z koroną w dół

uchyla się przed ścięciem wraz z ostatnią wycinką

zginę i ja zaplątana, zrośnięta z ich barwami i brwiami

 

Przedzieram się przez gęstość, dojrzeć prześwity lasu

ale ich nie ma, ani przede mną, ani za mną

ani z jednego boku, ani z drugiego boku

Rozkładam się na ich miękkich dywanach

Na cztery rozkładam się, by z każdej strony widzieć

obecność miękkich igieł, kubistyczne łamanie

Zakrywam przepaści, w które będziemy musieli wpaść

łowną zwierzyną przecież jesteśmy od początku

Owoce kradzione z plantacji, z rezerwatów ścisłych

Zanurzam mordę przydługą, zjadając aż do nasion

w ich głębokość zanurzona dostojnie do oporu

Tunelem z liści łopianu, by nie dojrzeć światła

płynęłam niedomknięta na siedem zamków

Na arenie, na podwyższeniu z dźwięczności chcę widzieć

wieczerze mistyczne, w różnych wersjach anafory śpiewane

wskrzeszając moją podejrzliwość co do ich stabilnej formy

syroantiocheńskie próby błędu, gdzie XYZłote bramy

Między rzeczami mocno zużytymi, między śmieciami

płyniemy jeszcze bezkarnie, jeszcze i jeszcze trochę ruchu

Płyniemy jeszcze trochę schowani w leśnym rozgrzebaniu

 

 

Poczekaj moment, zaraz pojedziemy na Wschód

 

Biel u stóp, rozlewiska mocy 
futrem języki, puste magazyny 
dławienie się, doborowi wrogowie 
odsuwanie spojrzeń, a może jednak 
jeszcze moment i uciekniemy na Wschód 
Wkradanie się w łaski posępnych 
kamuflaż, uchylanie chłodu 
Echo tu daleko niesie z Zachodu 
podsłuchujemy te przeinaczenia 
gramatyki preparowane, kruszywo 
Wschód się nie liczy, po ryju 
przymieranie głodem i zbędne kwiaty 
możesz wsadzić je sobie cięte w ziemię 
Nie złapią korzeni, lecz będzie się wydawało 
Nie mamy takiej wartości jak przed momentem 
poza tym jak to się u nas zwykło powiadać 
porzuciłem wrzosowiska i sny koszmarne 
Spóźniłem się nieco, grudniowe zwyczaje 
Najlepsze rzeczy zdarzają się na koniec 

Na Wschodzie moment trwa tysiące lat, dzięki temu 
poznałem lekarstwo na nieśmiertelność, wszystko zależy 
od

 

 

 

Aalborg

Ich ciała przeróżnie się wiją, ale zawsze na dnie 
najgłębiej w szczelinach dochodzi do rozrodu 
tylko po to, by znaleźć właściwość karzącą 
Siedzę nad brzegiem, w wodzie ich tony zgubione 
Zanurzam białe nogi (słodka przynęta dla ryb) 
Grzbietami swymi śliskimi krążą wokół, rozpoznając 
Śpiewają pieśń radosną, ale też nieco nużącą 

Co zrzucisz nam na dół, co zrzucisz nam na dół? 

Zrzucę się sama wam na pożarcie z modrzewiową przyprawą 
Ciało połyskuje w nocy, fluorescencyjny kamuflaż i kościec 
strzeże mnie na życie wieczne i bez przesady, na pewno ukoisz je 
Dlatego cię nie ruszą, chcę się do nich udać po śmierć głodową 
Poruszone drapieżniki, przypomnieć wam, jak się mnie pożera 
Myślniki czarne, przybądźcie ponownie ławicą do Aalborg 
Przybywajcie na pielgrzymkę do moich czerwonych kolan 
A ja w trakcie waszych cichych modlitw i godzin skupienia 
będę żuła żywicę czarną - modrzewiową 
mam nadzieję, że nie będzie wam to przeszkadzać 

Zarośnięta igliwiem, schowana w futrach jaków jakoby, siedzę 
pod paltem nie mam Nic, one bardzo to lubią i pod wodą 
Przemnożone i bez nazwy kotłują się u mych stóp, błagając 
O tytuły, nazwy, przywileje i ustępstwa milczenia, o imiona 
Szkoda je nazywać, bo są jednocześnie wszystkim w tej chwili 
I dlatego nie mogą być czymkolwiek, u mych stóp pląsy zawiłe 
Zdejmuję powłokę i wskakuję do ciemnej wody, bardzo zimna 
Nie wiem, czy ta wycieczka skończy się powrotem do czegokolwiek 

Wpadam w ich rojowiska, szmery, prawie słowa, prawie ból 
Krążą wokół mnie, nie dowierzając mojej bezczelności i złości 
Z początku akceptują moją obecność obok, potem jednak 
Ich masy zaczynają gniewnie falować, dają sygnały 
I choć nie jest to słowo Precz, to mam wrażenie zagrożenia 

Nie mam przy sobie Nic ani Nikogo, tak jak sobie obiecałam 
One jednak układają się w wielkie, ruchliwe czarne usta 
Pełna obaw próbuję płynąć do góry, bo myślę, że tam brzeg 
ale płynę do dołu, głębiej i głębiej 
tłumacząc się im nałogowo, że jeszcze chwilunia i zniknę 
z ich królestwa milczenia, prowadząc dostatnie życie w Aalborg 
wspominając z melancholią godną wariatki marcepanowej 
wspaniałe dobre czasy nieprawidłowej wymowy tych nosowych 

Pomioty słodkie zakręcone bransoletami i kajdanami na mnie 
Wasz ruch przypadkowy, który sygnalizuje kształty, lecz nie osiąga 
spreparowane przez wasze zmyślne ciała, atrybuty płochliwe 
Wasza negatywność i wspaniale błyszczące stroje kąpielowe! 
Antyrumburaki, coś mi się jeszcze przypomina, ale to NIC 
Atrybuty, atrybuty, szaleństwo waszych nieciałek, jakie, jakie 
nie takie, nie takie, nie takie 

Nad czubkami modrzewiowych koron, które poniekąd łaskoczą 
wiszę, udając, że pływam naprawdę szybko, nie zdążę dotrzeć 
na jutrznię, nie zdążę na wprowadzenie, na czytania i na ewangelię 

Zamienicie się teraz, Gniazda Ściśnięte w sobie, zamieńcie się 
przez chwilę bądźcie jego fałszywymi atrybutami, przez chwilę 
Potem elastycznie ugnijcie ów ciężar nazwy na boki, rozpraszając się 
mimowolnie rozkładając krótkopędy na sekundy frygijskie 

Ty Punctum, Wirga, Podatusie, Clivisie, Porrectusie, Torculusie, 
Scandivusie, Climacusie, po linii 
mojego zbiegu do Zielonego Pokoju 

Litują się nade mną, wypluwają mnie znów na brzeg, oto jestem 
Różowiutka jak nowonarodzona, lecz tak pełna euforii i ruchu 
że wszyscy zgadują bez trudu, gdzie byłam ostatnio

 

 

 

Hashima

Hashima, Hashima, eter i pawilony 
haszszima, szszima, eter i pawilony 
Nie wystarczyło pokarmu w pawilonach 
Puste, lekkie, przenośne, rozluźnione 

Hashima, Hashima, tu nie było miłości 
Hashima, Hashima, tu nie było miłości 
Worki z jelit jaskółczych szeleszczące 
Dwunastościany rombowe, perfekcyjne 

Hashima, Hashima, łagodny kolor zamszu 
Hashima, Hashima, łagodne podniesienia 
Wraz z innymi ofiarami leżysz w łóżku 
Zwiną cię służby, przepraszając za zwłokę 

Hashima, Hashima, wydajesz się za, wydaje ci się, że 
dadzą ci trochę węgla, nie oczekując wysokiej zapłaty 
Hashima, Hashima, modliłam się nie tymi koronkami co 
do boga z węgla, w węglarkach jak w lektyce musującej 
rytmiczne pulsowanie, mus szampański, krrrrawędzie 
on przemieszcza się z wysiłkiem, na paluszkach wychodzimy 
by nie usłyszał nas ponownie opiekun roku drugiego 
niewykształcony w kopalni w dostatecznie Ciemne, Jasne

 

----------------------------------------------------------------------------------------

 

Île du Diable

 

Będę mówić za ciebie do tych, co spowiadają zza krat-kart, tak to jest

krzywoprzysięgająca, krzywo uśmiechnięta, możliwe są manipulacje

szczególnie jeżeli w grę wchodzi taka stawka i nieśmiertelne uczucie

W pokera nauczyła mnie grać Rozdająca Pokarm dla gronostajów

płakała rzewnie, rozmazując się całkiem, licząc na przyjemność

odstępnego, licząc na tę przyjemność, której jednak nie dostąpiła

nie ma co jej żałować, na pewno znajdzie sobie kogoś miłego

choćby skazanego sprawiedliwie

 

Zakładam szkołę niedaleko, będę tam uczyła bardzo dziwnych rzeczy

Na mych palcach dostrzegam liczne pierścienie władzy, całujcie je, o tak!

A teraz należy rozbujać się zbyt mocno w sobie, jak hawajskie nagusieńkie

dzięki elastycznym ruchom bioder rozpryskujemy się na nowe rzeczy i nazwy

Ćwiczenia z gimnastyki? Już wiem, kto je poprowadzi nam, już wiem!

Dodatkowe godziny damy dworu dostojnikom, za chałwę maślaną

 

Poszyję im mundurki bogato inkrustowane literami antyalfabetu

będą je przeciskać przez zbyt duże głowy, ze względu na choroby

będą mnie siarczyście przeklinać, w chórach ognistych i gwałtownych

Jeden z nich na zawsze zapomni liter i w obłędzie niepewności

poprosi o pomoc, której oczywiście mu udzielę, ale za guldeny!

 

– Wyżej, może da się to zawiesić jeszcze wyżej, w szkolnej gablotce

holenderscy zdobywcy, w ciemnym korytarzu, jak myślisz, da się?

– AAA! O tak, o tak, mój boże! AAA! O tak, o tak, mój boże! AAA!

– Da się

 

Radiowęzeł rozwiążę w dwie minuty, skomponuję fantastyczny pornomusical

Schody stłukę, będą żyć odtąd w piętrach lasu, domyślające się kicałki

Domyślą się, że ktoś jest nad nimi i pod nimi, ze względu na ruch gałązek palmowych

Bujających się, bujających się ciągle w tam-tamtych-tych rytmach, hawajskie bioderka

W toalecie dla chłopców napisane takie rzeczy, że tam już nie uczęszczają

Palą swoje fajki za murem, odmieniając się przez brzydkie przypadki

 

 

Jest coraz więcej chętnych, matki przesyłają ich, by odpocząć chwilę

odsapnąć z jakimś miłym przechodniem, a potem zapraszają na kawę

celebrując każdą chwilę i wspominając przyjaźnie założycielkę kolonii

tuż za rogiem, Mahaha chichocze histerycznie, wykrzywiając ciało i barwy

rozciągając pojedyncze graphium policenes na tysiące waniliowych kafli

które dryfują w okolicy, reklamując nasze pradawne wyspiarskie figle

 

 

Robotnicy strajkują po południu

 

Na początku myślałem, że to koniec świata

Krzyczą, że oni już tak nie mogą, że nie chcą

Maszyny znikają w nocy, ktoś im je zabiera

Nie pozwala im się do nich zbliżać, wywozi je

Podejrzewają, że jedzie z nimi na daleką Północ

Podpalają baraki, robotnice już dawno zapadły

jak to się dawniej mówiło, a teraz oczekują

w schowku, wśród niebezpiecznych wniosków

I to jest już skandal, jak wyjść z twarzą albo

z ręką w miodzie skradzionym za drobne nogi?

– Czy to jest parada miłości?

– Nie, straty mogłyby być za duże, popuszczają mocz paradni

i robią się naprawdę agresywni, i są skorzy do bójki

Precz z porządkiem władzy! Precz z porządkiem władzy!

 

Dlatego lepiej im zejść z drogi, ślepy Roland schowa się

Schowa się za jakąś liczbę albo liczebnik, albo za jakiś

czas i czasownik, albo za jakąś rzecz i rzeczownik

i jak przejdą, i jak ucichną ukojeni przez właściwe kobiety

wtedy znowu wyłonię swój wszawy i parszywy łeb

Dziki pasternak przeplatany z rudymi włosami płonie

zwęglone łodygi pomieszam z tłuszczem zwierzęcym

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Miliardy są na Zachodzie

 

 

Jestem ulubienicą okolicznych miast, opowiadają o mnie

Tradycja zachodnich miliardów, patyną się pokrywają

kurze na nich rzeźbione przez przypadkowe dotknięcie

Szemramy z chęci zwycięstwa, ale tak naprawdę porażki

Po stronie zachodniej moja skóra jest prawie indygo, tak

prawie jasne włosy przykrywają mnie jak ciężkie frędzle

Bogaci ojcowie sprowadzają sobie dziwki niesprawiedliwe

ze Wschodu, z Południa i noc przedłużana jest już dla nich

Podzielona, wydzielona miliardami, one są na Zachodzie

Schowana w brwiach i porcelanowa kurewsko, namawiam

– Policz moje brwi i ich lśniące końce, chroniące mnie

Zagrajmy po raz kolejny w krykieta, pobiegajmy troszeczkę

robiąc przy tym hałas i miliard zabawnych, drobnych kroczków

Wszyscy w białych strojach spojrzymy na siebie nadrzędnie

Spojrzymy, oceniając swój nienaganny krój marynarek i ciał

Czasem jednak maczam swe usta w winach nie stąd

wtedy wydaje mi się, że jestem owym pradziadem

który poleciał w kosmos i wszystkiego się dowiedział

że tylko śmierć i nuda nam wypisana w gwiazdach

Mówią na Południu, na Wschodzie, że Bóg nie umarł

pojadę za miliardy w te wasze dżungle, udowodnię

Chwycę się jakiejś zielonej pomocy, podpowiedzi

Chwycę te wasze liany zwisające z góry bezwładnie

Wypatrzę, skąd i gdzie one mają swe źródła, określone

Będę stać pośrodku otoczona obietnicami bez spełnień

Możecie sobie wyobrażać nieznane królestwa

ale zapewniam was, tam tylko zieleń, jeden chłód

I na pewno brak czegoś na górze, na pewno

tak, na pewno miliardy są na Zachodzie

 

 

 

Południowe miliardy

 

Miliardy roztopione i rozpryśnięte w cenny pył

choć czasem ktoś stara się u nas kumulować

wtedy jego klęska jest tym bardziej spektakularna

przyciąga wycieczki, obchodzą go dookoła

Jego upadek na zawsze przypominać nam będzie

że Fortuna przyjaźni się ze Śmiercią i lubi malachity

 

Mówisz o miliardach na Zachodzie

mruczę, nie mając nic

Jestem czarny bez

Jestem czarny bez

my mamy tu trochę inną walutę płatniczą

rozdaję pocałunki byle komu przy bramie

po to, by po drodze zrozumiał

że nie były dane byle komu

Mam żebraczą i ślepą naturę, nie gram w krykieta

Nie widzę miliardów, pomadek sinych, ślepy jestem

Zapraszam was, Drużyno Krykieta, i Panie też proszę

pod Złoto-Czarną Bramę, w której często stoi Śmierć

prosi mnie o zapalenie gardła śpiewem płomiennym

bym rozjaśnił i jej drogę, dziś nie idzie po mnie

lecz na Zachód, ona lubi grać w krykieta po ciemku

przyjaźni się z Fortuną i spotykają się razem

od jakiegoś czasu, takie krążą plotki na Południu

 

śmierdzę bursztynowymi psami zatopionymi we mnie

Ich maść uleczająca i pochłaniająca jasność solidnie

 

 

 

Trzecia lekcja uprzejmości

 

Podajemy sobie dzisiaj zupełnie szaleńcze spojrzenia

Częstujmy się nimi jak chlebem i mirtem w skolionie

Śpiewam ochryple, dojrzewając do końca sezonu

Koniec sezonu na leśne zjawiska w dziwnych miejscach

Na trzeciej lekcji uprzejmości należy być nieuprzejmym

Ostatnio wychodzi mi to coraz lepiej, korepetycje biorę

Sama się doedukuję w tym zakresie, wzorowa i pilna

Opadają słowa wraz z ustami w futerały zamszowe

potem można w niespokojnym śnie o tym pomruczeć

Czeka na nas przecież Śmierć w ciuchach do krykieta

Zna wszystkie lekcje uprzejmości, szczególnie trzecią

 

– Szalona Małgorzato, proszę

tylko oszczędź tę dynastię zasuszonych moreli

Oszczędź ją, na pewno znajdzie się sprawiedliwy

lub kilku dobrych ludzi, tak by ci pasowało do liczby

– Niestety wśród nich nie ma nikogo żywego! –

rzekła i wypiła jednym haustem dar kieliszka

 

Przychodzi czasem do nas na przyjęcia nieproszona

choć ją wszyscy szanują, to nikt jej nie lubi

szczególnie mój ojciec dostaje alergii na jej widok

Dlatego zostałam nauczona tej trzeciej lekcji

ze względu na nią, by odburknąć jej właściwie

 

Smukłe, Piękne, Wyniosłe i Ciemne

w szeregach obnażają ramiona

przepasują biodra, uśmiechając się

nie mają w rękach nic, ale to nie szkodzi

Wielobrwiste, chodźcie do mnie

Ostrożnie, nie gubiąc tych zaproszeń ozdobnych

Nie zgubcie ich w pośpiechu kroków wyuczonych

Obejmujcie mnie, porzucajcie mnie, porzucajcie!

 

Wielobrwiste, udrapowane ich brwi dla mnie

wiem o tym i bardzo to lubię, gdy się starają

Modrzewiowe, Modrzewiowe, Modrzewiowe!

Krew, Płacz, Rozczarowanie, na nic miłe słowa

bez ich znaczeń, zatem

Pozdrawiam was, szczególnie te, które spóźniły się

na trzecią lekcję uprzejmości i nie wiedzą, o co chodzi

 

-----------------------------------------------------------------------------

Wszystkie wiersze pochodzą z tomu Modrzewiowe korony wyd. Biuro Literackie Wrocław 2010

 

 

Bianka Rolando (ur. w 1979 r.) poetka, artystka sztuk wizualnych. Autorka książek Rozmówki włoskie (2007), Biała książka(2009), Modrzewiowe korony (2010), Podpłomyki ( 2012). Laureatka Medalu Młodej Sztuki w dziedzinie literatury (2008) i Nagrody Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki (2009). Współpracuje z Galerią Leto i Galerią Foksal. Mieszka w Poznaniu.

 

Pin It