{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Jan Tulik

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 

Na wiosnę

 

Łza zdradzonej matki – zamarza.

Dzieci grają kryształową grudką w mini bilard.

Bila roztapia się, zwilża zielone sukno, na wiosnę.

 

 

Odwiedziny w zamkniętym ogrodzie

 

Ogon jaskółki – szpilka do włosów na wietrze –

Och, najpiękniejsza fryzura na balu – z okazji

Początku świata – przeczytam ci:

– Panie doktorze, za chwilę

 przyjadą po mnie powozem.

– Z pewnością niezwykłym.

– Złotym.

– W co zaprzężonym?

– W czterdzieści milionów

 diamentowych jeleni.

Nic nie mów, to ta ja. Lecz powiedz:

– Co by się stało, gdyby Villon zobaczył secesję?

– Byłby tu z Tobą.

– Jasny anioł – nasz cały świat; piękna

jak pożądanie – mówiłeś do mnie, gdy

jeszcze byłam ja; przemawiałeś spod powiek:

wstrzyknę ci ikrę i urodzisz rybę. A ja,

jeszcze jako ja, wiedziałam już:

Jestem koślawa – szczygieł na nitce.

 

 

Pszczoły spod Verdun

 

Pierwszy świt maja zbudził już mosty

na Renie, Marnie.

Po to jest cisza by szepty słyszeć? – Słyszeć łzy:

– Wielu poetów poznało krzyk ciszy.

 

Mgła lekka już – budzi lot ważki;

jej falbany przenika brzask.

Słowiki skropione nocnym deszczem

nie podrosną, słońce – ono

będzie się wspinać podeprze zenit.

 

Coraz bliżej wieże – kamienne siostry

nawiasów na rozety katedry w Rouen.

 

Za mknącą szybą wstęgi kwitnących rzepaków

– mleczne drogi na złotym atłasie;

rozczesane przestrzenie

na pasma żółte i bure po horyzont;

albo – olbrzymi –

o tak!

największy szerszeń tego świata. Wszechświata.

Przycupnął pod Verdun, gdzie od wieku

na wieki już drzemią osowiałe garstki krzyżyków.

 

– Słyszysz ten szelest skrzydeł i brzęk i szus

słodka Onomatopejo?

– To na miodne rzepaki z utajoną oliwą zlatują

pszczoły w ordynku

jak chińska armia z terakoty…

 

I w mojej krwi zawrzał rój, twoja ręka przysiadła

w skorupie mojej dłoni jak kruchy ptak schroniony

przed okiem kota

jastrzębia

procy

 

– Nie z tego świata obraz. Przetrwa – to już pamięć.

– Zabłysnął zegar w twoim oku, czyli pomyślałeś:

czas istnieje, jednak.

 

Wypuściłem z żyły pszczołę – terakota ożyje –

może pomyli żółte pasma szerszenia

z mimozami

których nie przyjął Mistrz. Które

Małgorzata cisnęła do rynsztoka –

nasze poranne zmartwychwstanie.

 

 

Szepty przy Początku świata Courbeta

 

Wyjął żebro, stworzył kobietę.

Nabił ją na serdeczny palec

uniósł nad sobą –

piwonia zakwitła

płatki polały się aż po kolana

wtedy tchnął w jej ucho:

Tu.

W tobie jest Początek świata.

 

Zobaczysz to wnet. Za kilka dni

świetlnych, w Luwrze.

 

Jest!  Ona – szepczesz w ogrzane do purpury

moje ucho i już wiesz: patrzę na płatki, na ciebie.

Sine żyłki na jej udach, mrożą?

nie zbudzi twego pożądania. Amen.

 

– Słusznie. To

Początek świata; Jest

pomiędzy udami z odcieniem

paryskiego błękitu.

Błękitu Courbeta.

 

 

Marmury, anioły

 

– Patrz: marmurowe piersi, biodra

Jak łodzie – popłyną chłopcy popłyną…

Pięknie opuszcza grona dłoni ta z oczyma

jałówki, jak powiada Horacy; widzisz błyski?

To nie flesz, kochany, nie flesz. Porcelanowa

Biel jeszcze długo będzie tłem dla scen rodzajowych

Odbytych w jej źrenicach; choć pewnie pogubi

Najważniejsze odsłony – przecież w ekstazie

Przymknie powieki – nie uważasz, kochanie?

Tak, jej palce jak witki płaczącej

wierzby – staczają się paciorkami kostek

po stronicy z robaczkami wiersza – opuściła

kartkę – zapamiętała puentę podczas prób.

Te jej palce popłyną między uda,

prześlizgną się po tafli skóry nie raz...

Milczysz?

 

– Milczę o nas, kochana. Także jesteśmy

piękni; cóż z tego, że on za pół wieku

będzie błyskać trzęsącymi się okularami,

słone krople będą wydziobywać wspomnienia

z jej policzków, mrówki przewiercą

jej stopy aż do szylkretowego pazura; cóż

z tego nam, że o tym wiemy – że jeszcze,

jeszcze mamy chwilę dla siebie przed takim

spektaklem. Ona jeszcze nie wierzy

że pod makijażem będzie przemycać sieci

mułu po wyschniętej kałuży. Jeszcze się broni

przed suszą. Albo liczy, że przed czasem

polecą za chmarą aniołów – o, święta naiwności!

O, znów… Ładnie recytuje: Iść za marzeniem

i znów iść za marzeniem

ewig – usque an finem…

Czemu milczysz, kochana?

 

 

Już wszystko było

 

O, tak! Już wszystko było.

Jak nasze ciała przed i po nas, wiecznie żądne,

Pożądane i pragnące.

A ten inny błysk na krawędzi źrenicy

O zachodzie albo wschodzie księżyca?

Pieprzyk na innym niż inne miejscu?

 

Może jednak chodzi o słodką symetrię złamaną

Pierwszy raz od narodzin planet

uniesieniem nogi, rozchyleniem kolan.

Tak, wszystko już było. Lecz nie

we wtorkowy wieczór, gdy nasze oddechy

Poruszały rytmicznie płomyki lampek i nie

Przy tej muzyce ziemskich sfer.

Było, ale zachwyt albo krzyk utkwiły w innych

Gardłach, sercach o innej porze dygotania.

Było. Tylko że wczorajszy Mały Książe podlewał

Złoty pąk irysa. Nie różę.

Zatem było jak wiatr i światło. Jak obłoki,

Które nie chcą się powtórzyć.

Tak już jest, trwa to od Safony

I od wcześniej. Od tamtego wczoraj.

 

 

Milczenie ogrodu

 

Św. Norwid:

Jesteśmy wielkim narodem, ale społeczeństwem żadnym

 

 

Pochwalone niech będzie

Milczenie ogrodu.

 

Patrzę na jego mozaikę:

Na zapylony wzór z Pompei?

Na posadzkę świątyni Kleopatry

Jeszcze z ery jej Egiptu?

Patrzę na cudownie przaśne rozety

Klombów gdzieś w Polsce,

W kraju, którego wciąż nie ma

(o Ubu mój!).

W kraju, który bywa na wargach

Hipokrytów w lukrowanej tercynie:

Bóg

Honor

Ojczyzna –––

 

Milczenie ogrodu Woltera.

Zaczynam lubić nasz Dom – patriarchę z żebrami

Tragarzy z krzyżem spod stuletniego dłuta.

Jego zasłuchanie w szlachetnej szarzyźnie

Niemego ogrodu.

 

Późna jesień, ale ale!

Jeszcze nie znicze listopada.

Zosia nie karmi już ptactwa –

Adam (wieczny jak Zwinger)

Wciąż w Dreźnie (może w Paryżu,

W/przy księdze Rok 1812). By karmić Boga

Honor i Ojczyznę. Bez końca.

 

Miejsce Piastowe, 19 października 2010

 

 

Tyle znaczysz

 

Krzysztofowi Kuczkowskiemu

 

Wszystko musi znaczyć? Te pustułki!

Siadają na kamieniu, zamoczą dziób po krople oczu,

może nawet nie dostrzegą chłodu.

I to nic nie znaczy. Pragnienie. To wszystko.

 

Kamień pachnie wilgocią, dzieli nurt;

kroi rzekę na srebrne i zielone pasy.

Ten kamień nigdy nie był rozżarzony,

nie oczyszczał ust, nie wypalił fałszu.

 

Dlatego nie oskarżaj mnie, że nie rozumiem.

Płyniesz, a twoje piersi zarastają łuską.

Lecisz i z rozpostartych rąk osypują się pióra.

Tylko gdy idziesz, prostujesz się. Tyle znaczysz.

 

 

O porównaniach

 

Zosi

 

Cóż byśmy uczynili bez porównań?

Jak opisalibyśmy kwadratową głowę,

modrzew strzelisty jak gotyk albo

ciało pachnące niedojrzałym jabłkiem?

 

Początkiem dramatu byłyby

zapachy:

wszak niepodobna zmierzyć

woni lawendy żadnym instrumentem – ona

jest. Osobna. Pachnie lawendowo, to koniec opisu i miary.

 

Pory roku odróżniają się zapachami jaśminu,

złotych grusz, śliw posiwiałych

od długiego dojrzewania i gnijących liści.

Śmierć zapachom przynoszą mrozy. Chyba że dymy

z wiejskich kominów kołysze ponad śniegiem

trzaskający chłód.

 

Oto cud porównań, który jest

prajęzykiem, naszą mową właściwą.

Kamień jest tylko kamieniem. Lecz może być

piaskowcem, szczątkiem wulkanu – jeśli

do świata rzeczowników zaprosimy Porównania.

 

Cóż warte są słowa bez swoich luster!

Nie sposób byłoby pomóc bliźnim

w szukaniu prawdy o nich samych: że są serdeczni

(wiedzą o tym z lekcji anatomii), że bywają

butni albo wężowi, że mają miodowe oczy.

 

Nie moglibyśmy mówić o języku sąsiadów,

że jest twardy albo splata się z melodią.

To porównanie zsyła moc dotknięcia Prawdy;

ono było pierwsze! Potem Bóg uczynił Słowo,

by je wspomagać.

I tak narosło słów, że mowa stała się

źródłem wszelkiego nieporozumienia – jak zauważył

Mały Książę, poznając istotę życia planet.

 

Teraz, zaczynając od początku, czyli od porównań,

znów jesteśmy gotowi spojrzeć w słoneczne oczy świętych,

w różany zapach powietrza o świcie.

 

 

***

 

 

Nasionko

 

Poczwarka

 

Jajko

 

Dwa ząbki listka

bolesne igiełki

 

Skrzydełka motyla

jedwab na podniebienie

 

Nożyczki dziobka rozwartego przez ziarno

orzech w cęgach nad sadami wśród skrzydeł

 

Rośnie

 

Tak pisz

 

Tak czytaj


 

 




Jan Tulikpoeta, prozaik, eseista. Autor zbiorów wierszy: „Zdarzenie w C-durze”, „Ocalone drzewo”, „Budzenie licha” „Wada pierworodna”, „Suplikacje”, „Godzina drogi”, „Szepty przy Początku świata” i wyboru wierszy „Kaligrafia zdziwienia” oraz wyboru poezji w serii LSW Biblioteka Poetów. Wydał również powieści: „Doświadczenie” (wyróżniona w konkursie wydawnictwa MAW, czytana była w III programie PR przez Marka Kondrata), „Furta” (Nagroda Fundacji Kultury, 2001) oraz zbiór opowiadań „Gry nieużyteczne”, dramat „Kontynenty”, „Legendy. Krosno i okolice” (legendy i opowieści związane z Podkarpaciem).

Jest również autorem wielu esejów i recenzji, szkiców i artykułów publicystycznych. Autor licznych słuchowisk radiowych, nagrodzonych w konkursach krajowych i lokalnych. Jego utwory tłumaczone były na kilkanaście języków.

         Za twórczość literacką otrzymał m.in. Nagrodę im. Stanisława Piętaka, im. R. Milczewskiego-Bruno, Nagrodę Fundacji Kultury. Rzeszowski dodatek „Gazety Wyborczej” nadał mu tytuł „Osobowość Roku 2000”. Uhonorowany Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Kilkakrotny stypendysta Ministra Kultury i Sztuki.

         Członek ZLP.


Edyta Kulczak, urodziła się w1970 r. we Włocławku. Mieszka w Poznaniu. Jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Pisze wiersze i krótkie formy prozatorskie. Laureatka ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wiersze prezentowała w wydawnictwach zbiorowych, w antologiach i prasie literackiej. Debiutowała w 2009 r. książką poetycką „Anioły nie zawsze są białe”. Członkini poznańskiego Klubu Literackiego „Dąbrówka”.

Pin It