{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Andrzej K. Waśkiewicz

 

11 lipca 2012 zmarł w wieku 71 lat Andrzej Krzysztof Waśkiewicz. Przypominamy tu jeden wiersz, a w zasadzie poemat, z tytułowego cyklu tomu „Sekwencje i inne doświadczenia dawne i nowe” (2005) tego wybitnego poety i krytyka literackiego towarzyszącego pokoleniu Orientacji Poetyckiej „Hybrydy” i późniejszym generacjom oraz formacjom. Waśkiewicz był wybornym znawcą poezji XX-lecia międzywojennego, kronikarzem życia literackiego, wieloletnim redaktorem gdańskiego dwumiesięcznika „Autograf” i filarem znanego konkursu o laur „Czerwonej Róży”. Razem z Jerzym Leszinem-Koperskim był kronikarzem „wstępujących roczników”, wydawał takie serie, jak „Debiuty poetyckie”, „Generacje”, „Pokolenie, które wstępuje”; stanowił ważny filar takich pism, jak m.in. „Orientacje” i „Integracje”. Jego poezja należy do najciekawszych po 1960 (kiedy to debiutował), niestety wydaje się zbyt słabo znana i spopularyzowana...

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 


piąta

(morena, zima)

*

okno otwarte w kamieniołom ciemności

deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre

gałęzie drzew

rzeczywiste; jak ze snu

są; jeszcze

*

zmienny we zmiennym pośród dryfujących

powidoków zdarta skóra

świata jak on nagi rzeczywisty

jak ze snu

12 13

i spojrzałeś

w głąb dołu wapna

unosił się płynął

pośród obłoków dół

po ekshumowanych wyludniona

planeta

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

sny na jawie ciężkie

lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami

imperiów

kończy się wiek i milenium

głosy dawno zmarłych

tułają się po niewypowiedzianych zdaniach

*

lgniesz

do widoków pospiesznych piszesz

inskrypcje na smugach dymu

obłoki płyną ołowianym niebem

i wstaje ciężki świt nad kontynentem

szturmówki wieją nad twarzami które

z tej odległości są nie do poznania

ci co zamarzli sami sobie winni

już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet

(zamarzło dwustu dwudziestu potem

porzuciłem gazety)

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

*

królestwo konieczności: spadł śnieg

i stopniał

teraz znowu pada

przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże

biały – póki co – całun

rozgwieżdżone niebo

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

*

one

nie zadają już pytań

jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty

zaległego czynszu

14 15

*

ciemne i grząskie jak ze snu obrazy

wynoszą cię na powierzchnię i trwa

nieciągła rzeczywistość wracają

w dowolnej kolejności głosy i obrazy

ty którego mówią

słuchający głosów

ale przecież lgniesz

do widoków pospiesznych

przypadkowych słów

jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia

zmienny we zmiennym

*

i to rozsypane

pokruszone strzaskane

śni się rozpostarte

na zdartej skórze świata

wielki plan

budowniczowie ruin

i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka

śniąc nagle obudzonych

z recydywy marzeń

*

sny pod piaskiem

wiejącym przez ruiny

nagie

bezsenne oko

*

sam

bez sankcji i powinności

bez usprawiedliwień

pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku

płonących gmachów dryfując wraz z nimi

w wielki dół wapna

otwarte groby jak otwarte konto

*

niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie

w samo południe upalnego dnia

topniał na hotelowym dziedzińcu mgła

obejmowała twe stopy i nagle

rozwiała się zaświeciło

słońce

rozwietlony

wiosennym słońcem rynek w kożuchowie

z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza

sypią się płatki

spadają pod stopy

ciężki nawilgły poranek kwietniowy

afisze wieszczą strajki policjantów

coś w rodzaju barykad

i napis

16 17

wchoda niet zagwożdżone działa

aurory

autokary

czekają na nabrzeżu

i jeszcze

pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu

niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci

*

forsycje w pąkach niedługo zakwitną

w nieżywą ziemię spada późny deszcz

topnieje szybko

*

nie brama: furtka szczelina w widoku

zarastającym blizną

*

ślepy kret

w zwałach piachu w glinie

powidoków

płynący przez błękit

dół wapna

*

śni się dawna zima

wrak autobusu który ugrzązł w zaspach

strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk

gestapo i zatarte hasła

na murach gaz w podziemnych przejściach

(z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności

państwo i społeczeństwo

czemu śni się teraz

w parę dni po tym jak stara kobieta

koczująca na schodach właśnie się wyniosła

(człowiek = toboł; smutne błoto)

*

śnieg znowu pada i znów liczą trupy

tych zamarzniętych zmarłych pod bombami

w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych

przypadkowych przechodniów

*

nadciąga burza i niebo ciemnieje

grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny

i nagła błyskawica dobywa z ciemności

nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu

wciąż jeszcze zima

*

rankiem wysoko ponad lasem płyną

okręty wirują

białe płatki śniegu

zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości

piasek zdarzeń

*

są odpowiedzi ale nie ma pytań

18 19

*

śnią się bezludne sny obrazy i zdania

strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy

kursy walut urywki doniesień prasowych

utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie

i cichy zachwyt mijającym światen

i dźwięczne zdanie które się przyśniło

dziejąc się – podobne światu

tak wiele zawisło od niego

przecinek albo może średnik

rozdzielał je

– tak wiele

zawisło od znaku –

śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś

zdania układanego w pamięci

w tylu wersjach że

sens się zagubił i dźwięk

się zatarł zdanie

dryfowało słowa

odklejały się od sensów obrazy

płynęły samotnie i bezdźwięcznie

białoskrzydła

morska pławaczka

niejasna

amfibolia w środku przyśnionego zdania

błyskawica

przedzierająca się przez ciemność

pusta pamięć

*

lustra

odbite w lustrach

szczeliny powidoków

okno otwarte w kamieniołom ciemności

*

dzieje się zima

wiatr ustał i lśnią

sopelki lodu na wiotkich gałęziach

ciemno lecz świecą latarnie uliczne

nieprawdopodobnie

realne

*

jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno

nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach

wspólny ale osobny

jakby płynął

z gwiazd niewidocznych w tej mgle

*

i się wydobyłem

z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci

pagórków z kości dołów z wapnem równych

mogił ekshumowanych aktywa pasywa

rachunek zysków i strat

20 21

*

pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku

nieciągłej

stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń

jak trawa na równinach sen o hunach długie

eszelony i łopot na wietrze

sztandarów proporczyków szturmówek i haseł

skandowanych rozgłośnie

długi

proporzec dymu i spokojny błękit

w którym rozprasza się i niknie

stare sny

śnią się pod gruzami

miast wzniesionych z ruin

i śpią umarli śniący jeszcze żywych

lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy

*

gawrony krzyczą rankiem na trawniku

*

znów kopią groby znowu liczą kości

sztandary z kości wieją po gazetach

sztandary z kości wymienne na akcje

wchodzą na giełdę

popiół po spalonych

otwarte groby jak otwarte konto

*

śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk

czołgi transzeje śnią się szturmujące

niebo katedry pałace kultury

publiczne gmachy zmienione na banki

kościoły supermarketów kursy walut śnią

śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki

noclegownie posiłki dla bezdomnych śni

sen o jednakich żołądkach dykta na której

pisano postulaty cudownie odnalezione

drzwi

wymienne

na akcje

*

znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz

*

i toczy się ścięta

twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały

w mieście spalonym i wzniesionym z ruin

– nie do poznania obcym

wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach

głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych

strzaskany pomnik płomiennego serca

znowu się wznosi na placu przed bankiem

w widmowym mieście

22 23

*

i śnią się strajki protesty głodówki

targi o cenę pracy (dobra rzadkie

mają cenę umowną)

poszuściły w kątku jakieś proklamacje

*

rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem

tylko tyle

żółta forsycja w białych płatkach śniegu

nagie drzewo

butelki

i puszki po piwie

na trawniku przed blokiem

i pies co przybiegł

gdy go zawołałeś

i szliście razem

martwiejąc w tym wierszu

*

śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach

zdarzeń

bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien

sobie i światu

*

błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ

nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności

i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym

niebie po którym płyną ukryte obłoki

a wyżej jeszcze skryte satelity

rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś

w wielkiej komunii ze światem

*

widmowe miasto

wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną

– jakby z ołowiu –

ciężkie lotniskowce chmur

*

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

 

                   1998–2002

 

 


Edyta Kulczak, urodziła się w1970 r. we Włocławku. Mieszka w Poznaniu. Jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Pisze wiersze i krótkie formy prozatorskie. Laureatka ogólnopolskich konkursów poetyckich. Wiersze prezentowała w wydawnictwach zbiorowych, w antologiach i prasie literackiej. Debiutowała w 2009 r. książką poetycką „Anioły nie zawsze są białe”. Członkini poznańskiego Klubu Literackiego „Dąbrówka”.

Pin It