{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Uta Przyboś

 

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska















 


Uta Przyboś jest malarką i poetką. Debiutowała wierszami w miesięczniku "Odra"; publikowała w wielu czasopismach, m. in. w "Akcencie", "Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim", "Toposie", "Twórczości", "Więzi". "Migotania" prezentowały jej twórczość w specjalnym plakacie poetyckim. W roku 2008 ukazał się jej pierwszy tom jej poezji - Nad wyraz, w 2010 wydała zbiór A tu tak, a w 2012 Stopień.

 

 

 

Głupota

 

Zawsze dziwiła mnie, bardziej niż wszystkie inne, nierówność w zdolności myślenia. Także niezależna od wykształcenia. Bywają niemądrzy profesorowie. Tym trudniej o tym mówić, że przecież sama zajmuję jakieś miejsce w tej hierarchii.

 

 

 

Głupota.

Wygodna, rozlana jak plamy ropy,

powszechna jak strzępy plastiku.

Gwałtowna jak atomowej bomby wybuch,

nieczuła jak trup zagłodzonego dziecka.

Najgorsza - przemądrzała (moja?).

 

Procesory różne?

Są miejsca pierwsze i ostatnie za stołem.

 

Aż głupia zrozumiałem słowa przedostatnie:

"ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią".






 

Czarnolas

 

 

 

Siadał tu, pośrodku świata,

świadom wypełniania ludzkiego losu.

Ciemny las okrążał milczeniem głębokim,

ale w parku każde drzewo narastało znaczeniem

we właściwym miejscu – ważne.

Lipa pachniała najmocniej,

cieniem odsłaniając światło.

 

Z matecznika naszej mowy poczęły wzrastać wiersze.

 

Staję dziś wśród innych drzew,

ale w tym samym miejscu na Ziemi,

we Wszechświecie o kilkaset lat szerszym.

Zawsze jednak pośrodku,

wbrew peryferyjnym myślom.

 

Mój los wobec tamtego spełnienia.


W gablotce

wpis w księdze żaków krakowskich

(opłata trzy grosze).

Pośród wielu To nazwisko.

Jedno wśród innych życia do-s-pełnienie.

 

W parku stoi posąg samotny.

Na pochyłym drzewie turyści robią sobie zdjęcia.

 

On cierpiał do-słownie

i wierzył, że

świat można uszlachetnić wyraźnie.

 

Opieram się o lipę przeciw wrzaskowi?

Miałkości?

 

 

Niedługo po

 

splatają się nasze myśli jak dłonie mdlejące

jestem Polką

jestem ssakiem dbam o własne sprawy

pokątnymi myślami

osłonięta codziennością

 

jestem człowiekiem

oszczędzonym przez historię

nie rozumiem jak mogłam ja – oni

przez dziurę w głowie opróżniać innych z jestestwa

jestem człowiekiem – szukam sensu i ładu

tak

znajduję znaki i ciężar słów

kat…

 

„cały świat się dowie”

zamiast bielma na oczach obraz z telewizji

czyżby tak lepszym mógł stać się ktokolwiek?

 

jak późno tej wiosny

drzewa uniosły we flagach liści zwycięstwo życia

 

na plakacie mozaika z ludzkich twarzy

wydłubują z ziemi strzępy bez obliczy

uśmiech zasypało

łza spłonęła

zmieszaną krew rozdzielają

szarpią za łańcuch DNA

każdy skrawek ma mieć tabliczkę z nazwiskiem

ważniejszym?

mniej ważnym?

podobno krzyczeli

 

za oknem właśnie magnolia pobladła płatkami

aż wybuchła ziemia i nam pysznym wspólne niebo przesłania

 

 

Kamień

 

 

Gładki. Szarawy. Jest.

Pani Maria sto lat żyje.

Przysypia cała w fałdach i bruzdach.

Wtem błysnęły zaskakująco nieskórzane oczy.

Świecą niebiesko.

Od lat medytuje jest zatem kamiennie spokojna?

Zbyt płytko tak myśleć.

 

Mówią, że rozłupując kamień

ujrzymy znów tylko powierzchowność szarą,

aż po drobinę piasku w klepsydrze…

Nieprawda!

Bywają kamienie rozpęknięte rozbłyskiem pełni

barw,

kryształami aż łamią światło.

 

W Pani Marii błękitny ocean spokoju

l-śni

widziałam dwie krople.

 

 

Roztopy

 

Biało-bura ziemia wrasta brzóz szpalerem

przerozwiewniej

w niebo ciche i rozległe, obłoczyste.

Jeszcze pola w lekkiej mgiełce niepewnieją,

rzewne…

przesiąkają chmur istotą.

                                       Wtem

ćwierknął ptak.

Jak wiosennie!

 

Chwila mija, trwa przemiennie?

 

 

Kwestia dobrego smaku

 

 

Moja szkoła nie miała symbolicznych ozdób na fasadzie,

duże prostokąty okien

oświecały bardziej niż mądrości z afiszów.

Grzmocona opowieściami o wojnie,

osaczana podstępnym sykiem sztandarów

i tak byłam wolna młodością

lasów

za horyzonty myśli.

 

Nie wierzę w wolność z pól bitewnych,

biedni z nadętym tylko jednym policzkiem

(może dlatego, że moją jedyną próbą bojową

był śmieszny bieg aż do łez

po gazie).

 

Dziś wybory pozornie łatwiejsze.

Malutki i lepki języczek u-wagi.

Stać

gdy inni z nurtem płyną

pop-pularni,

jeszcze się brzydzić

na wystawach,

nawet w teatrach

nie klaskać radośnie

gdy bluźnią

a łatwo…

 

Wolność mam zawsze w sobie jeśli poza granicami siebie.

 

Muszą

 

 

lecą pędzą i wtem

jak odbite od niewiadomego

w inną gnają stronę

i znów tu i ówdzie

kołowato

i nie dalej ani wyżej

nie do blasku

muchy pod lampą która wcale nie świeci

muszą

 

ile czasu mego życia tak patrzyłam

spokojnie nie zmuszona

 

A jeśli…

 

A jeśli potem nie ma z nas nic

tylko jest genów ciągła zmienność

skołowacenie bzdurne gwiazd

w za miękkich mózgach obliczane

a we mnie ten przedwieczny krzyk

szybko wyszumią trawa i drzewa

 

to myślę przecież

jak wielkie jest materii

samozachwycenie

 

 

Czas

 

Czas – przemijaniem

pusty jak skrwawiony pień kata?

Mgnienie po mgnieniu w niebyt:

kolory, zapachy, cała ciężarność materii

doznana rozkoszą i bólem?

Tyle uczuć i pragnień znikomych,

bo dać miejsce muszą przyszłości:

Niczemu.

 

Ale to czas, choć bezbarwny, bezwonny, nieczuły,

cielesność stwarza z niczego,

z przed-chwili.

Soczystą.

Trwałą, choć wymienną.

I mnie niczym środek pustki.

 

Wtem rozumiem, czuję w błysku niejasnym,

znikliwym…

wiem

jak bardzo, najbardziej jest czas!

Czuję.

Byciem sycony nieustannie,

przepychem gęstszy od dziur czarnych.

 

I prawie pojmuję

(nagle, w tym czasie),

że może się skończyć,

wypełniając siebie do kresu.

 

Pod wieczór

 

Przedwieczorna, czujna cisza,

nieruchome drzewa koronują łąkę,

niebo jasne

jeszcze koniczyną i krwawnikiem tysiąckrotnie u stóp świeci.

Wielki spokój,

tylko jaskółki cieniem świergotu śmigają wysoko

na pogodę.

Nieuchwytnie przechyla się Ziemia – pierwsza gwiazda błyska.

Mrocznieje.

 

Zza drzew objawił się księżyc: naszej twarzy odblask w ciemnej źrenicy nieba

 

Zakląskał słowik i poniosło powietrze na wskroś

jego pragnienie...

 

Pierwszy powiew jak tchnienie.



Pin It